do góry

Hygge Miejsce – Barka i Jakub Jacher

Dziś Hygge odwiedza Barkę Arlina. To jedna z wielu barek zacumowanych przy krakowskich bulwarach wiślanych. Zdecydowanie najładniejsza. Spotykamy się z Jakubem Jacherem – managerem Barki.

Opowiedz coś o sobie:

Jakub: Jestem z Krakowa, jak to mówię od nowości. Jako nastolatek, z przekory uciekłem z domu i tak sobie romansowałem z różnymi miastami, mniej lub bardziej oczywistymi. Od jakiegoś czasu jednak, znacznie się uspokoiłem z szukaniem własnego miejsca. Okazało się, że wszędzie dobrze, ale w Krakowie najlepiej. Całe moje życie dobrze charakteryzuje rzeczny “grunt”, na którym spędzam teraz większą część czasu. Czasem płynie leniwie i spokojnie, a czasem z burzliwymi zawirowaniami. Najważniejsze że cały czas do przodu!

 

 

Jak się znalazłeś na Barce?

Jakub: To super przypadek, których w całym moim życiu jest bardzo wiele. Mieszkałem w kamienicy po drugiej stronie rzeki. Widok z okna był fenomenalny. Pewnego dnia na mało atrakcyjnym horyzoncie bulwarów, pojawiła się Ona. Nie mogłem się nadziwić jaka jest ogromna. Nawet teraz po tych ośmiu latach robi na mnie nieustające wrażenie. Mimo, że statki zawsze mnie fascynowały, to nie ciągnęło mnie, żeby za wszelką cenę sprawdzić co ten nowy ma do zaoferowania. Pewnie dlatego, że barki w Krakowie zawsze były kojarzone z atrakcją dla turystów. Jakiś czas później mój przyjaciel, z którym przepracowałem zdecydowanie najbardziej szalone (i to raczej najgrzeczniejsza forma tego określenia) lata za barem, zaczął pracować na Alrinie. Kiedy znalazłem się w środku, wrażenie było zdecydowanie większe niż to, kiedy zarejestrowałem, że 53-metrowy pełnoprawny statek zacumował mi przed oknami. Nie było tanich podróbek elementów żeglarsko-marinistycznych. W menu nie było ryby z frytkami (tych frytek to czasem żałuję, ale jednak nie można mieć wszystkich uzależnień na wyciągnięcie ręki). Całość była autentyczna. Nie udawała statku, bo nie musiała. Kolejnym zbiegiem okoliczności wpadłem tu kiedyś na fuchę i jakoś się tak stało, że później już zostałem na pełen etat. Praca za barem, mimo że daje super doświadczenie w pracy z ludźmi (tymi po jednej i drugiej stronie barykady), zaczęła mnie już trochę nudzić. Zacząłem współpracę przy wielu różnych projektach z osobą, która podzieliła się swoim doświadczeniem i pokazała jak gastronomia wygląda od technicznej i organizacyjnej strony. Po kilku latach zostałem zaangażowany do otwarcia, w pewnych zakresach, innowacyjnego Ed Red-a. Ciężka praca i prawie dwa lata mocnego tempa dały kolejną solidną lekcję. Projekt się udał przewyższając nawet nieskromne oczekiwania. Wszystko działało. I to mnie trochę zjadło. Nie umiem sobie radzić z monotonią. Zdecydowanie wolę jak coś tonie i pali się jednocześnie. W momencie jak się trochę wypalałem, doszły mnie słuchy, że ten wielki statek nie radzi sobie najlepiej. Poczułem, że to może być wyzwanie, na które mam ochotę. Ten ogromny potencjał nie może się zmarnować. I tak to już od trzech lat jako “kapitan” tego miejsca spełniam swoje najróżniejsze pomysły kulinarno-muzyczne.

 

 

Skąd jest sama barka? Od kiedy jest w Krakowie?

Jakub: Barka została zbudowana w holenderskiej stoczni J.& K. Smit te Alblassardam w 1889 roku jako stalowy dwumasztowiec. Pięćdziesiąt lat później została przerobiona na barkę motorową, która transportowała różne towary o masie nawet 500 ton. W 2003 roku została kupiona przez firmę Pathways, która jest jej właścicielem do dziś. Też był to niejako przypadek, bo szukali przestrzeni na prowadzenie swojej działalności. Trafił się pomysł na barkę. Pozostało ją tylko kupić i przetransportować do Krakowa. Okazało się, że znaleźć wymarzony pokład i środki na niego, nie było tak skomplikowane jak sam transport do miejsca docelowego. Pionierska podróż na taką skalę trwała niemalże rok. Kanałami z Rotterdamu do Krakowa. Holendrzy wręcz protestowali jak odpływała. Długo później jeszcze z tego powodu u nich wrzało. Obudzili się jak zrozumieli że ich skarb, który doczekał się nawet uwiecznienia na pocztowych znaczkach, odpływa do innego kraju. Statkiem kierował nasz niezastąpiony bosman Bogusław Fic, który troszczy się o jej stan od samego początku. Po długiej podróży przyszedł czas na remont. Wiele zwątpień i kilkukrotnie przekroczony budżet, po sześciu latach w stoczni w Płaszowie, dał w końcu upragniony efekt. Miejsca unikatowego zrobionego z dbałością o najmniejsze szczegóły. Po początkowym szukaniu swojej tożsamości “jako nowa w mieście” w końcu wpisała się w panoramę miasta cumując przy kładce Bernatce.

Jakie Ty miałeś na nią plany? Jaki obrałeś sobie cel?

Jakub: Mój priorytetowy plan to było wprowadzenie tu życia i pokazanie autentycznej strony tego miejsca. Widziałem duży potencjał, trzeba było tylko ściągnąć lokalsów nad Wisłę. Wisła nie była w Krakowie traktowana serio pod kątem wolnego spędzania czasu. Działałem już wcześniej przy produkcji różnych eventów. Patrząc na to miejsce zobaczyłem, że może być ono ciekawą alternatywą dla krakowskich piwnic, których mury nadwyrężamy muzyką od ostatnich 15 lat. Czas tą energię przenieść nad rzekę. Moją euforią do tego miejsca udało mi się zarazić kilka osób, które pomogły mi wszystko rozkręcić od strony technicznej. Był to między innymi Kuba Gordoń z Rezerwatu Winyli. Napisałem do niego trzy lata temu coś w stylu – Hej też mam na imię Kuba, a do tego mam taką Barkę, co to myślę, że może dobrze popłynąć jak się zaprosi fajnych ludzi. I ruszyliśmy w rejs. Nie było stricte obranego kierunku. Nigdy nie miałem ograniczenia, że chcę promować taką, a nie inną muzykę. Od zawsze jednak, chciałem żeby ludzie nie przychodzili tu tylko na kolejną banię przy barze i poskakać do randomowych dźwięków.  Zależało mi, żeby się tam po prostu dobrze czuli. Najbardziej motywujące do ciągłej pracy, było to, że ludzie doceniali tą jakość i atmosferę. To był i jest najlepszy motor do działania.

Co teraz na statku ?

Jakub: W tym roku dokańczamy składane zadaszenie na górnym pokładzie. Dzięki temu będziemy w końcu niezależni od pogody i możemy organizować eventy nie obawiając się, że zmienne warunki mogą nam popsuć szyki. Nad Wisłą często mocno wieje, więc musieliśmy zrobić to tak, żeby nie był to żagiel, który będzie notorycznie testował swoją wytrzymałość. Aktualnie robimy ostatnie poprawki, żeby system działał należycie. Wraz z naszym bosmanem zbudowaliśmy na miejscu dawnej sterówki nową przestrzeń, którą ma spełniać wiele funkcji. Będzie letnią kuchnią, barem a czasem djką. Taki pop-up w zależności od humoru i zapotrzebowania. Poza kuchnią dolną, która zostanie mniej więcej w takim wydaniu jak dotychczas, górna ma być bardziej streetfoodowa. Chcemy często rotować różne szybkie przekąski które będzie można np. złapać i wyłożyć się na trawie przed barką. Do tego ciekawe wina w dobrych cenach i pretekst do relaksu gotowy.

Powiedz coś o wnętrzu barki.

Jakub: To co w tym wnętrzu lubię najbardziej to wrażenie jakie robi na osobach, które wchodzą tu po raz pierwszy i mówią wow, z zewnątrz się tak nie zapowiadało. Wnętrze zostało zaprojektowane na tyle uniwersalnie, że od początku tak naprawdę niewiele się zmieniło. I nie ma takiej potrzeby. Pasuje i do eleganckiej kolacji, biznesowego szkolenia czy imprezy techno do rana. Mamy tutaj kilka smaczków jak na przykład oryginalną kozę która ma 160 lat. Pomijając jej praktyczny aspekt ciepła nadaje też ten cudowny zapach drewna! W środku wisi kilka zdjęć, na których widać wnętrze przed adaptacją. Nikt nie może uwierzyć że to “tak nie było zawsze”, a dosłownie wszystko to co widzimy obecnie, zostało przemyślane, zaprojektowane i wykończone. Najwięcej uwagi przyciągają ponad 300kg wodoszczelne drzwi jak z prawdziwych morskich okrętów. Jest tutaj sporo detali, które zostały zapożyczone z różnych stoczni, co w efekcie podkreśla autentyczności tego miejsca.

Co lubisz robić w czasie wolnym?

Jakub: Znajomi zawsze się ze mnie śmieją, że niepewnie czuję się na lądzie i trochę tak jest. Nie jestem najlepszy w spędzaniu “wolnego” czasu. Po organizacji tylu imprez i przyjemności poznania wielu fantastycznych osób związanych z muzyką, od jakiegoś czasu i mnie ciągnie, żeby odtwarzać różne dźwięki, które się wygrzebało. Nie nazwałbym i nawet nie chciałbym nazywać tego djem.  Mam po prostu ogromną przyjemność z obcowania z muzyką i lubię się tym dzielić z innymi. Najchętniej w ciepły letni wieczór na górnym pokładzie wciskając się przed lub pomiędzy prawdziwych djów:) A żeby złapać trochę balansu pomiędzy wodą, a lądem, w tym roku ruszam z nowym projektem na Zabłociu. Będę mógł zrealizować tam zupełnie inne pomysły. Mimo, że te miejsca znajdują się od siebie w niedużej odległości, będzie to doskonała wymówka, żeby powrócić do jazdy na ukochanym motocyklu. A że jestem specjalistą od skrótów – wszak nikt nie mówił nigdy, że skrót powinien być krótszy! To ta trasa może czasem, zupełnym przypadkiem, prowadzić przez Bieszczady.

 

 

Zdjęcia: Sylwia Wojtkowska, sześć ostatnich: Jakub Jacher.

 

Zostaw komentarz