do góry

Hygge Miejsce: Mama i córka, czyli Ranny Ptaszek

Dziś wpadamy z wizytą do Rannego Ptaszka – nowego baru śniadaniowego w Krakowie, przy ulicy Augustiańskiej 5. Istnieje od paru tygodni, a  już wszyscy o nim mówią. To miejsce prowadzone przez mamę i córkę, Kasię i Zosię Pilitowskie. Mamę Kasię Pilitowską, odwiedzaliśmy już kiedyś w jej domu. Ranny Ptaszek jest mały i przytulny. Dwa stoliki, dwa parapety i 18 miejsc siedzących. Z okien widok na kościół św. Katarzyny i niebo nad krakowskim Kazimierzem.

Opowiedz coś o sobie Zosiu.

Zosia: Wychowałam się w Krakowie. Wcześniej byłam barmanką, kelnerką. W dużej mierze w była to praca w nocy, czasami po kilkanaście godzin. Gdzieś tam, na dnie serca cały czas drzemało marzenie, żeby gotować. Spędzanie czasu z mamą zawsze wyglądało podobnie. Siedziałam u niej w kuchni na blacie, patrzyłam jak gotuje i wąchałam zapachy. Jest zapaloną podróżniczką, przywozi przepisy z różnych zakątków świata, więc próbowałam niezwykłych i niezwyczajnych potraw. Z wypraw przywoziła mi prezenty jedzeniowe.

 

 

Jak znalazłyście to miejsce?

Kasia: Codziennie przechodziłam koło tego miejsca. Było tu biuro projektowe i malutki komis z ciuszkami. Podobało mi się to, że jest narożne, a z okien widać św. Katarzynę i niewielkie skrzyżowanie, na którym zawsze dzieje się coś ciekawego. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności pewnego dnia najemca się wyprowadził. Poznałyśmy właścicielkę kamienicy, która jak się okazało, marzyła o małej kawiarni w tym miejscu. I tak marzenia się spotkały.  

Jak długo trwały przygotowania do otwarcia?

Zosia: Bardzo chciałam zmienić tryb życia i pracę. Potrzebowałam czegoś, co mnie uskrzydli i  pozwoli zrealizować to, o czym tak długo myślałam. O gotowaniu i własnym miejscu ze śniadaniami. Powiedziałam do mamy: Musimy otworzyć bar, teraz! To było mniej więcej rok temu. Przez trzy miesiące pracowałam z mamą w hummusiji Hummus Amamamusi. Robiłam śniadania, testowałyśmy nowe dania, wertowałyśmy książki w poszukiwaniu inspiracji. Zawsze dobrze nam się razem pracowało w kuchni. Remont trwał cztery miesiące. W tym czasie powstało menu, sesja zdjęciowa naszych potraw i wizja dizajnu wnętrza.

Kasia: Wiedziałyśmy, że dobre śniadania to rzecz, której nadal brakuje w Krakowie. Rzadko które bary czy restauracje są czynne wcześnie rano, a jak już są, to podają śniadania do 12.

Zosia: Mnie zawsze brakowało miejsca “all day breakfast”. Nie zawsze jem śniadanie o 8, czasami chciałabym zjeść je w południe czy o 14. Stworzyłyśmy więc to, czego nam w Krakowie brakowało. Nasz koncept, to bar śniadaniowy, czyli miejsce, które otwiera się wcześnie rano i zamyka się o 16 podając w tych godzinach całe menu.

Kto projektował wnętrze?

Kasia: To nasz wspólny projekt. Ja zawsze miałam ciągoty do różu we wnętrzach, trochę jednak myślałam, że to zbyt cukierkowe, więc stawało na błękicie. Zosia była jednak stanowcza. Powiedziała: będzie różowo i zielono. Ten zielony nie jest “łatwy” w odbiorze, ma odcień rzadko używany we wnętrzach, ale o dziwo tu okazał się znakomitym uzupełnieniem!

Zosia: Mnie te kolory kojarzą się z Kalifornią.

Kasia: Zaczęłyśmy od  generalnego remontu: nie było gazu, kanalizacji, nie otwierały się okna. Trzeba było zrobić porządną wentylację i nową elektrykę. Malutkie wnętrze miało pomieścić 18 osób, więc żeby sprostać temu zadaniu, parapety też zostały przerobione na stoły. Zaplanowałyśmy również stoliki na zewnątrz.  Wałek, który wykorzystałyśmy na ścianie, znalazłam w sklepie w Londynie. Udało się też kupić ptasi zegar, który wybija godziny odgłosami różnych ptaszków. Dekorację stanowi część mojej kolekcji polskiego szkła z lat 60-tych. Całość dopełniają kwiaty w doniczkach, jest ich cała masa!

Co można u Was zjeść?

Zosia: Wprowadziłyśmy coś, co nazwałyśmy “miskami dobroci”. Są one popularne w Stanach. U nas podstawą jest kasza pęczak lub kasza gryczana, do tego wybieramy dodatki: karmelizowana marchewka, cebulka, różnego rodzaju pestki, pieczone buraki, soczewica, liście szpinaku i sosy. Dodatkami, które będą zmieniały się sezonowo, można wzbogacić to danie, albo po prostu skomponować je sobie samemu. Obie jesteśmy wegetariankami, ale nasi przyjaciele, którzy pisali do nas, co lubią zjeść na śniadanie, bardzo prosili o dania z mięsem. Jest więc w naszym menu znakomita kiełbaska węgierska, którą przywozi nam Paweł z Węgierskich Specjałów. To nasz ptaszkowy hit, mamy ją w trzech daniach.  

Kasia: Same robimy konfitury i kiszonki, które dodajemy kanapek. Mamy parę zapomnianych przepisów: jabłka w szlafroczkach, czyli racuchy z jabłkami, które robiła moja mama, kanapkę, “retro jajo”, czyli z klasyczną pastą  jajeczną. Z sentymentu do mlecznych barów podajemy kompot, kakao i kawę inkę.

Zosia: Inspirujemy się też kuchnią wschodnią. Przebojem jest sabih, streetfoodowa izraelska kanapka serwowana w koszernej picie z jajkiem na twardo, pieczonym bakłażanem i piklami z mango. Wymyślamy dania dnia: raz jest to pasta z Pstrąga Ojcowskiego, innym razem tosty francuskie z konfitura rabarbarową, bo właśnie pojawił się na targu.

 

Zdjęcia: Sylwia Wojtkowska.

 

Kto gotuje?

Kasia: Ja i Zosia. Kasia, przyjaciółka Zosi, nasza prawa ręka w kuchni, odkryła w sobie talent cukierniczy i piecze wspaniałe ciasta. Nasi goście uwielbiają jej ciasto czekoladowe, zwane “czekoladową chmurą”

Zosia: Nasza kuchnia to połączenie tego co było, z tym co teraz jest modne kulinarnie. I nie chodzi tu o snobizm, ale o produkty lokalne, stare odmiany np. kasz, sezonowość, przyprawy z różnych zakątków świata.

A co Wy lubicie jeść?

Kasia: Dziś Zosia powiedziała, że gdyby miała jeść coś do końca życia to byłaby to kromka z masłem. Też mam do tego “dania” słabość, dodałabym plasterek pomidora.

Zosia: Uwielbiam masło!

Jak się Wam pracuje razem?

Zosia: Mamy ten sam gust kulinarny. Wystarczy, że coś powąchamy i obie wiemy, że jest to dobre lub złe. Mama jest bardziej indyjsko-bliskowschodnia, z sentymentem do dań z barów mlecznych, ja azjatycko-bliskowschodnia. Więc mamy całkiem spory zbiór wspólny. Często jak coś gotuję, to mama nie próbuje, bo wie, że będzie tak samo dobrze przyprawione, jakby ona to zrobiła. Słowa, które mama powiedziała ostatnio zapadły mi głęboko w serce:  “Nie musisz nic mówić, bo myślę że jesteś mną”.

Kasia: Czasami różnimy się poglądami na sprawy niezwiązane z jedzeniem. Zosia jest bardzo energiczna, emocje w niej się gotują i czasami kipią, ja jestem zen, choć czasami wychodzę na 10 głębokich oddechów.. Nasze doświadczenia życiowe i światy się tu w Rannym Ptaszku łączą i powstaje coś niezwykle ciekawego.

Skąd pomysł na nazwę?

Kasia: Nie chciałyśmy mieć nazwy po angielsku. Szukałyśmy polskiej. Wiedziałyśmy, że musi się kojarzyć z porankiem, z wczesnym wstawaniem, z czymś powszechnie uważanym za sympatyczne. Nazwa przyszła sama i to jest bardzo zaskakujące, że tego określenia nadal się używa!

 

Zdjęcia: Mateusz Torbus.

Wywiad: Ola Koperda

Zostaw komentarz