Odwiedziny

Ania Bystrowska: Woda jest dla mnie luksusem i świętością

Wywiad: Ola Koperda / Zdjęcia: Michał Lichtański

 

Ponownie odwiedzamy Stary Żoliborz w Warszawie, tu od 7 lat żyje Ania Bystrowska. W obecnym, 30-metrowym mieszkaniu gości 2 lata. Podczas tej wizyty towarzyszy nam odurzający zapach lilii. Rozmawiając, popijamy napar z rumianku, lipy i róży oraz przegryzamy kokosowe batony przywiezione przez Anię dzień wcześniej z Budapesztu. Ania jest fotografką i reżyserką, tworzy projekty artystyczne i komercyjne dla magazynów, muzyków, agencji reklamowych czy instytucji kultury. Jak mówi, śmiejąc się: „Stopniowo dochodziłam do miejsca, w którym jestem, ale nie wiem, czy jestem w dobrym punkcie kariery”.

Skąd pochodzisz?

Ania: Wychowałam się w krakowskiej Nowej Hucie, częściowo na nowym blokowisku z lat 80., a odrobinę na podwórku dziadków, którzy mieszkali w najstarszej części Huty z lat 50. przy pl. Centralnym im. Ronalda Reagana. Nigdy nie było mi dobrze w wielkiej płycie, gdzie mieszkanie kupili moi rodzice, zdecydowanie lepiej czułam się u dziadków. Budynki były masywne, wysokie, a wokół mnóstwo zieleni, skwery z ławeczkami, pranie wiszące na sznurkach przed oknami. Mam bardzo ciepłe wspomnienia ze spędzonego tam dzieciństwa. Mogłabym być przewodnikiem po starej Hucie, znam każdy zakamarek! Porównanie doświadczeń z dzieciństwa pozwoliło mi odkryć, w jakich przestrzeniach czuję się najlepiej. Mieszkanie w starym budownictwie nie zawsze było komfortowe, ale dla mnie wygrywało z blokami. Liceum wybrałam w Śródmieściu ze względu na to, że bardzo podobał mi się jego budynek (śmiech). Było to X Liceum Ogólnokształcące im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie dziwna, nowoczesna bryła z mnóstwem przeszklonych korytarzy w sercu starego Krakowa. Jako nastolatka całe dnie spędzałam więc poza Nową Hutą. Jednak to jej socrealistyczna część jest dla mnie najważniejszym wspomnieniem z dzieciństwa. Często tam wracam, spaceruję bez celu i patrzę, jak wszystko się zmienia, a o dziwo nie zmienia się na gorsze. Dobrej architekturze niewiele trzeba, aby starzała się z godnością. 

 

 

 

Studiowałaś w Instytucie Twórczej Fotografii na Uniwersytecie Śląskim w Opawie, czy to był twój pierwszy wybór?

Ania: Oj nie. Przez rok studiowałam romanistykę. W liceum bardzo lubiłam francuski i w głowie miałam romantyczną wizję siebie żyjącej w Paryżu, jednak te studia były nudnawe i szybko się zniechęciłam. Od liceum interesowałam się fotografią, zdecydowałam, że pójdę w stronę pasji, i padło na Opawę. W trakcie studiów w Czechach przeniosłam się do Warszawy. To miasto fascynujące i niedoskonałe, ma walor, który jest dla mnie bardzo ważny jest nieskończone, w procesie. Początkowo pracowałam w knajpie i łapałam pierwsze drobne zlecenia fotograficzne. Robiłam portrety, trochę testów modowych, projekty dokumentalne na studia. W międzyczasie skończyłam licencjat w Czechach i zaczęłam studia magisterskie na warszawskiej ASP.

Na zakończenie studiów na ASP stworzyłaś film Męski dokument o ochroniarzach klubów nocnych.

Ania: Parę lat spędziłam na pracy za barem i obserwowałam życie nocne z jednej strony ciekawe, z drugiej mroczne i destrukcyjne. Ochroniarze byli dla mnie fascynującymi postaciami. Gdy odwiedzasz takie miejsca jako gość, nie wchodzisz z nimi w interakcję, ja jako pracownik miałam z nimi kontakt codziennie. Ochroniarze byli częścią zespołu. Widziałam ich w innej, bardziej „ludzkiej” odsłonie. Na zewnątrz trzymają męski etos, jednak po bliższym poznaniu można w nich dostrzec wiele sprzeczności i kontrastów.

 

 

 

Kiedy zaczęłaś fotografować?

Ania: Mój tata robił zdjęcia. Podczas studiów był reporterem na uczelni i to od niego dostałam pierwszy aparat. Była to lustrzanka Zenit, a później średnioformatowy Pentacon Six, oba mam do dziś. Jego pasja naturalnie stała się i moją. W liceum kolega zachęcił mnie do odkurzenia aparatów taty i ciemni, którą miał w piwnicy. Świadome zdjęcia zaczęłam robić w liceum, czyli 16 lat temu.

Pamiętasz jakieś swoje zdjęcie, które wyjątkowo lubisz? 

Ania: Może dziwnie to zabrzmi, ale właściwie lubię wszystkie zdjęcia, które zrobiłam i robię dla siebie. Z pracą jest oczywiście inaczej, ale jak już wyciągam aparat, żeby zrobić zdjęcie dla siebie, to wiem, że będę je lubić. Mam zdecydowanie impresyjno-dokumentalne spojrzenie na świat. Chciałabym pamiętać wszystko, co robi na mnie jakieś wrażenie może to być cokolwiek, ale w pewnych wyjątkowych okolicznościach, które trudno opisać. Zaczynam właśnie pracę nad artbookiem, więc przeglądam swoje archiwa i zbiory. Szukam właśnie tych ulubionych zdjęć i klucza do nich. Okazuje się, że w zdjęciach, które zrobiłam 16 lat temu i których wstydziłam się przez wiele lat, teraz widzę ogromne piękno, prawdę i wartość dokumentalną. Przywodzą mi na myśl mnóstwo wrażeń i wspomnień z przeszłości, czasem nawet zapachy! Więc w moim wypadku to bardzo trudne pytanie. Ale mam kilka zdjęć, które chętnie daruję przyjaciołom jako zdjęcia do powieszenia na ścianę i miłego patrzenia na nie. Jedno z nich przedstawia ławicę sardynek, którą sfotografowałam w Japonii w wielkim oceanarium. Mają piękne kolory (odcienie niebieskości i szarości), połyskują, są zbite w masie i rozmyte od ruchu. Rybki są bardzo blisko obiektywu, wypełniają cały kadr, wygląda to trochę tak, jakbym pływała z aparatem w środku ławicy. 

 

 

 

 

Przez ostatni rok fotografowałaś polskich raperów do książki To nie jest hip hop. Rozmowy II. Co było dla ciebie wyzwaniem w tej pracy?

Ania: Wyzwań było mnóstwo. Ale myślę, że najtrudniejszym wątkiem było to, że projekt był bardzo rozciągnięty w czasie. Na samym początku nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak dotrwam do końca; zazwyczaj efekty mojej pracy widać dosyć szybko. Te zdjęcia były robione pod druk i zupełnie nie wiedziałam, co z tego wyjdzie. Od pierwszych rozmów z wydawcą Jackiem Balińskim do premiery książki minął prawie rok. Oczywiście ważny aspekt stanowiły też spotkania z tyloma przeróżnymi osobowościami. Często musiałam mierzyć się z tym, że moje pomysły i wizje na daną postać są po prostu niewykonalne. Ale uważam to za świetną szkołę odpuszczania i sprytnego działania, kiedy nic nie idzie po twojej myśli. Ale też zrozumienia, że to, co dla ciebie jest super ważne, dla innych jest po prostu zwykłą sprawą, którą trzeba załatwić jak najszybciej. Mimo tych wyzwań była to bardzo ciekawa, często śmieszna i pełna absurdów przygoda.

Jak trafiłaś do środowiska muzycznego?

Ania: W Warszawie poznawałam wielu ludzi. Dryfowałam między różnymi środowiskami, w pewnym momencie zaczęłam robić zdjęcia muzykom. Praca z filmem dyplomowym pchnęła mnie w stronę video. Pojawiły się pierwsze myśli o teledyskach, które uwielbiam oglądać. To bliska mi forma, ponieważ uwielbiam muzykę i słucham jej cały czas. Praca przy teledyskach jest bardzo intensywna i zazwyczaj zupełnie nieopłacalna. Można uznać, że to dobra rzecz, aby kreatywnie popracować z formą, sprawdzić się w pracy produkcyjnej,i mieć artystyczną satysfakcję, ale trudno byłoby mi z tego wyżyć. Prowadziłam przez to nieco niehigieniczny tryb życia, teraz zajmuję się głównie fotografią. Jestem freelancerem, więc czasem brakuje mi codziennej rutyny. Zastanawiam się, jak sprawić, by zachować trochę swobody, prowadzić życie kreatywne, ale jednocześnie wprowadzić do niego systematyczność. To moje aktualne wyzwania: lepiej organizować swój czas i życie, bo czasu mam dosyć sporo, a często tracę go na głupoty. 

Co daje ci satysfakcję w pracy?

Ania: W fotografii (np. podczas portretowania kogoś) cieszy mnie, kiedy pojawia się taki specjalny moment, gest, spojrzenie, światło, ulotna chwila, a ja zdołam to sfotografować. Wtedy mam poczucie, że wydarzyło się coś ważnego na tym zdjęciu. W video podoba mi się to, jak z małego pomysłu w głowie, czasem z jednej myśli albo słowa, powstaje wielka produkcja. Pomysł przeradza się w złożony obraz, który tworzy zespół ludzi.

Tutaj mieszkasz 2 lata, jak tu trafiłaś i co tu masz?

Ania: Na samym Żoliborzu mieszkam dłużej, bardzo lubię tę dzielnicę. Jest tu wyjątkowa społeczność, spokój, cisza i dobrze zaprojektowana architektura. To, co tu mam, to mój „tymczasowy ekwipunek”. Nigdy nie miałam potrzeby gromadzenia ładnych i drogich rzeczy, prawdopodobnie ze względu na liczne przeprowadzki. Jak już znajdę swoje wymarzone mieszkanie, pewnie trochę odlecę przy urządzaniu, bo bardzo to lubię i świetnie radzę sobie z wyczarowaniem czegoś z niczego. Jednak nigdy nie kręciły mnie wymuskane, idealne wnętrza. Lubię, jak jest DIY; trochę punkowo, a trochę uroczo, i czuć pewien element niedopracowania. W Krakowie mam dużo pamiątek rodzinnych i mebli po babci, które kiedyś chcę mieć w swoim domu, np. piękną, jesionową szafę z początku XX wieku, tak dużą, że można w niej zamieszkać (śmiech). Mam za to skłonność do gromadzenia małych przedmiotów: pamiątek z podróży, prezentów i „talizmanów”. Są to m.in. kamienie, kasztanki, małe figurki, drewniany japoński ogród, tradycyjne japońskie laleczki kokeshi, zagraniczne monety, stare zdjęcia z antykwariatów i wszelakiej maści „dzindziboły”. Każda rzecz w moim domu jest w nim z jakiegoś powodu, o każdej mogę opowiedzieć osobną historię. Rozpoznaję w tym pewnego rodzaju obsesję pamiętania lub może raczej niezapominania. Ostatnio szukając czegoś, stwierdziłam, że jeśli nie mam jakiejś rzeczy w zasięgu wzroku, to trochę tak, jakby jej nie było, jakby coś się nie wydarzyło. 

 

 

 

 

Fascynuje cię Japonia?

Ania: „Fascynuje” to chyba złe słowo. Czuję, że to miejsce, w którym powinnam być (albo tam wracać). Z różnych względów. Nie do końca wiem, skąd we mnie tak silna potrzeba podróży do Japonii. Z niewyjaśnionych przyczyn poczułam, że chcę tam pojechać, w dłuższą podróż, i eksplorować. Zaczęłam czytać, oglądać; pojawiały się nowe wątki, które utwierdzały mnie w przekonaniu, że to ten kierunek. I zrobiłam to. Podróżowałam sama mnóstwo przygód, odkryć i nowych doświadczeń. Najmilej wspominam naturalne gorące źródła, onseny. Ciekawi mnie uwielbienie Japończyków do wody, czystości i ich rytuały związane z kąpielą. Następnym razem chciałabym skupić się właśnie na tych motywach, przemierzając wyspy.

Jak odpoczywasz w domu?

Ania: W wannie, w długiej kąpieli z solą i olejkami eterycznymi albo w łóżku, leżakując, czytając i drzemiąc. Od małego uwielbiałam wodę, nigdy nie były mi straszne niskie temperatury w Bałtyku. Woda jest dla mnie luksusem i świętością. Uważam, iż ciepła woda to niedocenione lekarstwo na wszystko i cieleśnie, i psychicznie. 

Masz jakieś sposoby na to, by osiągnąć spokój, kiedy go potrzebujesz?

Ania: Kiedy mam więcej czasu, robię kinowy dzień i idę na 3 filmy z rzędu. Poza tym regularnie chodzę na basen, do sauny parowej i ćwiczę jogę. Sporo ukojenia daje mi kontakt z naturą, lubię obserwować, jak sceneria zmienia się wraz z porami roku. Teraz celebruję te zmiany, już nie narzekam na to, że zima jest za zimna, jesień za szara, a lato za gorące; nie usprawiedliwiam nimi swojego złego samopoczucia. Każda pora roku ma cudowne aspekty rozgrzane, letnie miasto, wiosenne kwiaty na drzewach, pierwsza zimowa śnieżyca, złote i pomarańczowe liście jesienią. Sądzę, że jest to forma medytacji i uważności, odcinania się od gonitwy myśli. Od jakiegoś czasu codziennie przed zachodem słońca patrzę sobie na chmury: czy i jakie są. A jeśli jest szaro i buro, to trudno!

 

Zostaw Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *