Odwiedziny

Justyna & Darek: Czekał nas remont absolutny

Wywiad: Ola Koperda / Zdjęcia: Michał Lichtański

 

Krakowskie Stare Podgórze nadal kameralna, zielona część miasta. W jednym z budynków przy samej Wiśle, nieopodal miejsca, gdzie stała niegdyś fabryka Vistuli, odwiedzamy Justynę i Darka Para. We wspomnianej fabryce jako krawcowa pracowała babcia Justyny, a budynek, w którym rok temu kupili mieszkanie, pierwotnie służył kadrze kierowniczej. Mieszkanie razem z balkonem ma prawie 100 m2, okna wychodzą na dwie strony na ulicę i ciche podwórko z ogrodem. Od wejścia wzrok przyciąga sofa o wyjątkowym złoto-oliwkowym kolorze, miodowe meble vintage i orientalne bibeloty.

Justyna i Darek pochodzą z Krakowa, poznali się 18 lat temu, lecz przez długi czas nie mieli ze sobą kontaktu. Jak wspomina Justyna: „Kiedy byłam nastolatką, Darek podczas studiów medycznych pracował w sklepie snowboardowym, który był miejscem spotkań dla osób z pasją do sportów zimowych. Ja byłam jedną z nich. Potem nasze drogi czasem się przecinały. Ponownie złapaliśmy kontakt, kiedy zaczęłam myśleć o powrocie do Krakowa z Warszawy, w której spędziłam 5 lat, i to właśnie z jego powodu zdecydowałam się na stałe wrócić na południe Polski! Wprowadziłam się do mieszkania Darka, który od urodzenia mieszkał przy ulicy, przy której niegdyś był również mój dom rodzinny”. Justyna studiowała dziennikarstwo, jednak od lat zajmuje się marketingiem obecnie w jednej z największych polskich marek odzieżowych. Darek jest anestezjologiem. Pytany, jak wybrał ten zawód, opowiada: „Myślałem o innej drodze. Uwielbiam film i fotografię, dlatego zdawałem do szkoły filmowej, niestety się nie dostałem. Drugą rzeczą, która mnie fascynowała, była biologia. Przez rok przygotowywałem się do egzaminów na medycynę. Lubię sytuacje, które są dynamiczne, wymagają szybkiego działania i umiejętności manualnych. Anestezjologia wydawała mi się optymalna. Przez kilka lat (oprócz szpitala) pracowałem jako lekarz w karetce pogotowia, to mówi samo za siebie”.

 

 

 

 

 

 

Jakiego mieszkania szukaliście?

Justyna: Nie wyobrażaliśmy sobie rezygnacji z wygodnego życia w centrum miasta, dlatego szukaliśmy mieszkania w 3 konkretnych dzielnicach sąsiadujących ze ścisłym centrum. Mieszkania z rynku wtórnego, do generalnego remontu, najlepiej z dużym tarasem lub wewnętrznym ogródkiem, które często spotyka się pomiędzy kamienicami. Poszukiwania trwały ponad rok, niemal codziennie przeglądaliśmy ogłoszenia i w końcu trafiliśmy tu. Mieszkanie należało do pani, która od ponad 20 lat mieszka w Stanach i cały ten czas je wynajmowała. Po zdjęciach w ogłoszeniu poznałam, że w tej samej klatce mieszka moja dobra znajoma, która pomogła nam szybko dobić targu.

Jak wyglądało mieszkanie przed tym, jak tu zamieszkaliście?

Darek: Czekał nas remont absolutny, wnętrze nie było odświeżane przez niemal 30 lat. Musieliśmy wymienić wszystkie okna, drzwi zewnętrzne i wewnętrzne, instalacje, skuć do zera 2 łazienki. Zlikwidowaliśmy czwarty pokój, wyburzyliśmy ścianę pomiędzy obecną kuchnią i stołem jadalnianym, powiększyliśmy wejście do salonu i przygotowaliśmy otwór na dwuskrzydłowe drzwi do sypialni. W wielu pracach pomagali nam rodzice mój tata i teść.

Justyna: To, co udało nam się uratować, to parkiet. Został wycyklinowany i polakierowany przez znajomego rodziny parającego się cykliniarstwem od ponad 40 lat. Zachowaliśmy również mosiężne kaloryfery, które zostały wypiaskowane i pomalowane. Większośc prac zlecaliśmy lokalnym rzemieślnikom. Drewniane drzwi wewnętrzne wykonał stolarz z Pcimia, który kilkadziesiąt lat temu robił również drzwi w domu rodziców Darka, wejściowe są dziełem stolarza z Myślenic, a miedziane klamki znaleźliśmy bezpośrednio u producenta w Świątnikach Górnych. Szafę w zabudowie zrobił kolega Darka. Sofa również została zamówiona w polskiej fabryce.

 

 

 

 

 

Jaki był pomysł na to wnętrze?

Darek: Mieszkanie z racji umiejscowienia na niskim pierwszym piętrze nie jest przesadnie jasne, słońce wpada do niego tylko do południa. Białe ściany i naturalne materiały (takie jak jasne drewno, trawertyn na kuchennej podłodze i biały marmur w łazience) pomogły je rozświetlić.

Justyna: Zostawiliśmy sporo wolnej przestrzeni. Są tu tylko niezbędne meble. Lubimy jednak dodatki. Bardzo dużo podróżujemy, z każdej wyprawy przywozimy coś charakterystycznego i wyprodukowanego lokalnie. Lubię to, że gdziekolwiek w domu się nie obrócę, widzę przedmioty, które przywołują miłe wspomnienia. Drewniana figura z teatru lalek w Hanoi, totem z RPA, obraz Ganeshy ze Sri Lanki, plakaty z festiwalu w Hawanie i muzeum w Marrakeszu, tajska jenga czy inne drobiazgi z całego świata budują charakter naszego mieszkania i wiele mówią o nas samych.

Każdy mebel w tym mieszkaniu jest wyjątkowy i ma charakter. Jak do was trafiły?

Justyna: Większość mebli kompletowaliśmy przez prawie rok trwania remontu. Lampę Poulsena nad kuchennym stołem czy biurko projektu Svenda Madsena z lat 60., nad którym wisi plakat z autografem Witolda Cęckiewicza, przywieźliśmy z Bornholmu. Kilka prostych mebli (jak półki na książki czy pleciony fotel) jest z Ikei. Z Ikei są też kuchenne szafki i wyspa, dodaliśmy jednak kamienne blaty robione na zamówienie u krakowskich kamieniarzy oraz uchwyty z innej sieciówki. Dywan w jadalni to przedwojenny krakowski kilim zdobiący wcześniej mieszkanie przy ul. Królewskiej, do nas trafił dzięki targom dizajnu.

Darek: Moja rodzina miała kilka nieużywanych mebli vintage, które doskonale się tu sprawdziły. To m.in. duża, ponadstuletnia szafa w przedpokoju, która była posagiem babci, komplet dwóch rumuńskich komód Bilea z lat 60. większa trafiła do salonu, a mniejsza do łazienki.

Justyna: Stół znalazłam w Internecie. Przyjechał do nas spod Poznania i był w zielonym kolorze, został wyszlifowany przez mojego tatę, a polakierowałam go sama. Lampy nad wyspą kuchenną pochodzą ze sklepu ze starociami na Grzegórzkach, podobno w drugiej połowie XIX w. wisiały w niemieckiej operze.

 

 

 

Justyna, dużo gotujesz, w wolnych chwilach prowadzisz bloga kulinarnego paracooks.com. 

Justyna: Uwielbiam gotować, codziennie przygotowuję posiłki na następny dzień, by móc zabrać je do pracy. Kiedy gdzieś wyjeżdżamy, staram się pójść tam na lokalne warsztaty gotowania i nauczyć się czegoś nowego. Mam za sobą kursy w kilku azjatyckich krajach, w Afryce i oczywiście w Europie. Nasza kuchnia pełna jest orientalnych przypraw. Zmieniłam dietę i założyłam bloga, który miał mnie motywować do zdrowego jedzenia, bo okazało się, że mam niedoczynność tarczycy. Dodatkowo oboje od wielu lat nie jemy też zwierząt. Prowadzę zeszyt, w którym w każdy weekend rozpisuję nam menu na cały tydzień, a obok robię listy zakupów. Darek żartobliwie mówi na mnie „Justyna-tabelka”, ale ja po prostu nie lubię marnować jedzenia. Wolę kupować tylko świeże produkty i to, czego rzeczywiście mi brakuje. Daję sobie wolne raz czy dwa w tygodniu, zazwyczaj w weekendy jemy na mieście lub u rodziców.

A co było w menu dziś?

Justyna: Dal z soczewicy z pieczonymi batatami!

 

 

 

Zostaw Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *