Odwiedziny

Magdalena Karpińska: Lepiej żyć z pustką niż z byle czym

Wywiad: Ola Koperda / Zdjęcia: Ład Studio

 

Poczucie spokoju i harmonii towarzyszy nam od samego wejścia do mieszkania na warszawskich Starych Bielanach. Ta estetycznie dopracowana przestrzeń wypełniona meblami vintage, sztuką i pamiątkami rodzinnymi należy do malarki Magdaleny Karpińskiej. Żaden przedmiot nie trafił tu przypadkowo, każdy tak samo zachwyca. Magda mieszka tu od 4 lat. W jednym z pomieszczeń stworzyła swoją pracownię. 

 

 

Urodziłaś się w Warszawie. Spędziłaś tu całe życie?

Magda: Praktycznie tak. Gdy byłam mała, mój ojciec pracował w Stanach, więc przez jakiś czas mieszkaliśmy tam całą rodziną, jednak z tamtego okresu pamiętam niewiele. Moi dziadkowie mieszkali w Algierze, dokąd dziadka sprowadziła praca dziennikarza, później przenieśli się do Rzymu, tam też wychowywała się moja mama. Mama wróciła do Polski na studia. Często odwiedzaliśmy dziadków, spędzałam we Włoszech sporą część wakacji. Moi rodzice też sporo podróżowali, ale zawsze wracali do Polski, postanowili wychować dzieci właśnie tu. Podjęli tę decyzję jeszcze przed 1989, co zawsze podziwiałam.

Jak podjęłaś decyzję o studiach na ASP?

Magda: Byłam przypadkiem dziecka zdecydowanego w kwestii wyboru drogi życiowej. (śmiech) Mama zawsze powtarza, że na pytanie: „Kim będziesz w przyszłości?”, już w wieku 2 lat odpowiadałam, że malarką. Tej odpowiedzi trzymałam się konsekwentnie przez całe życie. (śmiech) To po prostu była taka moja obsesja, cały czas coś rysowałam. Również na lekcjach, zupełnie nie uważałam na przedmiotach ścisłych.

Co wtedy najchętniej rysowałaś?

Magda: Przede wszystkim księżniczki. (śmiech) Ale tak naprawdę rysowałam wszystko, miałam narracyjną wyobraźnię – rysowałam historie, komiksy. Pisałam swoje opowiadania, które później ilustrowałam, więc był to pełen pakiet. Wiedziałam, że pójdę na ASP, bo nie miałam pomysłu, co innego mogłabym robić, chociaż nie myślałam o malarstwie. Wydawało mi się mało praktyczne – i to nawet nie w sensie ekonomicznym, po prostu długo go nie rozumiałam. Podobało mi się projektowanie, wzornictwo, aż przyszedł taki czas w liceum, kiedy zaczęłam malować i wtedy nie było już odwrotu. 

 

 

 

 

 

Jak wyglądały pierwsze lata po studiach? Często to trudny okres dla artysty.

Magda: Czas po akademii jest trudny chyba dla każdego, kto ją kończy – taki był również dla mnie. Wyniosłam z tych studiów wiele dobrego, ale nie byłam w żaden sposób przygotowana do życia zawodowego. Może to też kwestia tego, że dostałam się na studia za pierwszym podejściem. Myślę, że to było za wcześnie. Skończyłam równo po 5 latach i w sensie artystycznym w ogóle nie byłam na to gotowa. Czułam, że nie mam nic do powiedzenia. Dziś mogę to przyznać – mój dyplom był słaby, dziecinny. Po studiach malowałam, ale szukałam jeszcze swojej drogi. Sprzedawałam obrazy, ale nie byłam w stanie się z tego utrzymać, więc pracowałam dodatkowo. Uznałam, że wolę dorabiać, korzystając ze swojego warsztatu, niż robić coś zupełnie innego. Wykonywałam zlecenia plastyczne, które nie były mojego projektu, malowałam murale w knajpach i u osób prywatnych, generalnie żyłam z rzemiosła.

 

 

 

Kiedy nastąpił przełom?

Magda: 2 lata po dyplomie. W tamtym okresie dużo czasu spędzałam w starym ogrodzie przy domu, w którym żyli jeszcze moi pradziadkowie i wychowywał się dziadek. To było niedługo po jego śmierci. Byłam na etapie klarowania tożsamości w kontekście własnych korzeni, upływu czasu, pojęcia straty. Po raz pierwszy tak głęboko zainspirowała mnie wtedy przyroda. Pierwszy raz poczułam, że tworzę coś, co chcę pokazać. Zbiegło się to w czasie ze stypendium, które dostałam na zrealizowanie cyklu malarskiego. Przez pół roku mogłam spokojnie pracować tylko nad obrazami. Powstał cykl, który wystawiłam w Czarnej Galerii na mojej pierwszej, świadomej wystawie. 

Czy od początku twoja pracownia była w mieszkaniu?

Magda: Nie, wcześniej przerobiłam cały wachlarz możliwości. Na ASP każdy może korzystać ze wspólnej pracowni, ale ja podczas robienia dyplomu miałam taką idée fixe, że teraz to już muszę wynająć pracownię. Trafiłam na warszawską Pragę, z grupą artystów dzieliłam dużą przestrzeń pofabryczną. Jednak nie wypaliło. To była ogromna hala, w której nie miałam swojego pomieszczenia, każdy z nas wydzielił sobie kawałek przestrzeni, a wyszło na to, że podczas pracy istotna jest dla mnie intymność i potrzebuję czasu, żeby się skupić. Po tej praskiej pracowni wynajmowałam szereg kolejnych. Przestrzenie wynajmowane na pracownie mają ten minus, że bardzo często jest się z nich wyrzucanym, np. gdy pojawia się deweloper, który chce zaadaptować przestrzeń na mieszkania. Często musiałam przenosić się z zapleczem technologicznym i obrazami, więc w pewnym momencie miałam już dość. Z drugiej strony zawsze wydawało mi się, że pracownia w domu nie jest najlepszym pomysłem, no i wcześniej miałam małe mieszkanie, gdzie trudno było wydzielić taką przestrzeń. Kiedy pojawiła się perspektywa przeniesienia się tutaj, zdecydowałam, że spróbuję takie miejsce od A do Z moje stworzyć tu. W międzyczasie korzystałam ze strychu w domu rodziców. Pracując tam (otoczona pamiątkami rodzinnymi i zielenią za oknem), czułam się dobrze, a samopoczucie ma ogromny wpływ na moją pracę. Przestrzeń z dzieciństwa na powrót mnie doładowała i dokarmiła – lubię prace, które tam powstały. 

Po latach pracownię masz tu, w domu.

Magda: Bardzo lubię to miejsce. Zdarza się, że spędzam tam mnóstwo czasu i wychodzę po nocy – ale wychodzę i zamykam drzwi, co ma dla mnie symboliczne znaczenie. Wtedy czuję, że kończę pracę i wracam do domu.

W jaki sposób pracujesz? 

Magda: Staram się przestrzegać pewnych reguł. Mam taką zasadę, że nie pracuję w weekendy, jeżeli nie ma takiej konieczności. Te 2 dni relaksu są ważne, to dla mnie twórczy reset. Z doświadczenia wiem, że wtedy efektywniej pracuję przez 5 dni. Na początku chciałam się zmusić do normalnych godzin pracy, ale to do końca nie wychodzi, bo długo zajmuje mi skupienie się. Dlatego w pierwszej części dnia najlepiej wychodzą mi odpisywanie na maile i wszystkie techniczno-organizacyjne sprawy, a taki dobry (tj. kreatywny i twórczy) czas mam po południu. Najlepiej mi idzie po obiedzie. (śmiech) Pracuję do wieczora, często dłużej, niż powinnam.

 

 

 

Przeczytałam gdzieś, że pracujesz techniką tempery żółtkowej, która była popularna przed wynalezieniem malarstwa olejnego. Na czym polega ta technika i dlaczego ją wybrałaś?

Magda: Pracuję w różnych technikach, dobieram je pod to, co chcę zrobić, ale tę technikę wybieram najczęściej. Wszystkie techniki malarskie poznałam na studiach, absolutnie to uwielbiałam, to była największa zajawka w czasie studiowania – mogłam się wreszcie wszystkiego nauczyć. Poznałam tam m.in. temperę i okazało się, że ona najlepiej odzwierciedla mój sposób myślenia o obrazie i pasuje do tego, jak chcę go budować. Tempera polega na budowaniu warstwami – musisz mieć plan, kładziesz warstwy (kryjące i przezroczyste) i przez nakładanie uzyskujesz efekt, o jaki ci chodzi, np. głębię koloru albo przestrzeń. Często moje obrazy są dosyć ciemne, ale tylko na pierwszy rzut oka, bo gdy oświetlisz je światłem słonecznym, to okazują się dosyć jaskrawe. Używam mocnych kolorów, ale uzyskuję efekt ciemności przez nakładanie warstw. Ta technika jest dość pracochłonna. Farbę przygotowuje się samemu z pigmentów i żółtka ukręcanych razem w moździerzu. To przyjemny proces, ale dość trudny w organizacji, bo farba jest świeża tylko przez jeden dzień, a dziennie na obraz mogę położyć 2 warstwy. Logistyka to w tym przypadku większe wyzwanie niż przy pracy z farbą z tubki. Mnie ta technika daje efekty, których nie potrafię osiągnąć innymi metodami. Oprócz tego pracuję też w tkaninie – maluję na jedwabiu, robię z niego instalacje.

W twojej pracowni panuje nienaganny porządek.

Magda: Potrzebuję porządku do pracy, nie umiem inaczej. Dobre zorganizowanie przestrzeni i warsztatu pracy jest kluczowe, zwłaszcza gdy ma się mały metraż. Wieczorem zwykle jestem tak zmęczona, że nie sprzątam – myję tylko pędzle, bo muszę. Sprzątam rano, od tego zaczynam dzień, tak się wdrażam.

Jak powstają obrazy? Czy przygotowujesz szkice?

Magda: Zwykle mam bardzo konkretne pomysły na obrazy. Mam je w głowie i szkicuję – te szkice są brzydkie i nikomu poza mną nic by raczej nie powiedziały. Często szkic jest poparty opisem. Kreślę strzałki i zapisuję, o co mi chodzi, dodaję informacje o pigmentach. Kiedyś nie robiłam szkiców malarskich, to się zmieniło, gdy zobaczyłam, jak wiele mi to daje przy dużym formacie. Wtedy taki szkic jest konieczny, choć nie do końca lubię go robić, bo przy pracy nad konkretną formą wytraca się energia malarska. Wolę podejść do tego ze szkicem ołówkowym, ewentualnie ze szkicem parafotograficznym, bo robię dużo zdjęć. Nie są zbyt piękne, to są po prostu migawki tego, co chciałabym połączyć i namalować. Okazuje się, że przy 2-metrowej pracy warto sobie wszystko najpierw rozrysować na papierze, chociażby po to, żeby przetestować kolor.

 

 

 

 

Czy zawsze masz plan na dany dzień?

Magda: Przez większość czasu tak, ale on ulega modyfikacjom pod wpływem instynktu. W mojej pracy najważniejsza jest intuicja. Nie zawsze mi się to podoba, ale tak jest. To jest jedyny realny drogowskaz. Jest tak, że wymyślam sobie obraz i intuicja podpowiada mi, że to musi być duży format, bo mniejszy nie będzie oddawał tego, co mam do przekazania. Czasem po prostu jest taki dzień, że nie mogę się zająć konkretną pracą, chociaż mam plan do zrealizowania. Rzeczy robione na siłę nie wychodzą.

Jak to jest rozstać się ze swoim obrazem?

Magda: Bywają takie prace, których serce nie pozwala mi oddać, wtedy je zachowuję, ale rzadko kiedy mogę. Wkładam w obrazy masę pracy, czasu i emocji. Uczucia przy sprzedaży są więc słodko-gorzkie, nie jest to łatwe. Mam masę obaw o to, co się będzie z tym obrazem działo, czy będzie odpowiednio przechowywany itd. Ale ostatecznie przeważa pozytywna refleksja, że lepiej, żeby obrazy żyły, żeby były oglądane przez jak najwięcej osób i stały się częścią jakichś innych historii niż moja.

Jak odpoczywasz? Co cię relaksuje?

Magda: Relaksowanie się jest trudne. (śmiech) Na pewno muszę opuścić pracownię. Kiedy jestem bardzo zmęczona, to staram się do niej nie wchodzić, bo wystarczy, że coś zobaczę, a już się zawieszam i zaczynam się zastanawiać, co poprawić. Relaksuje mnie natura, spacery. W czasie kwarantanny dużo piekłam, ale to z kolei bardzo przypomina moją pracę.

Jak to?

Magda: Pieczenie i gotowanie też są w jakiś sposób chemiczne. To jest dobry relaks dla głowy w sensie intelektualnym, ale można się zmęczyć. Lubię też oglądać filmy. Ale najbardziej odpoczywam, kiedy leżę i patrzę na białe ściany. Albo na wodę.

 

 

 

Przejdźmy do mieszkania. Jak wyglądało, kiedy tu trafiłaś? Wprowadziłaś się do pustej przestrzeni?

Magda: To była po prostu rudera! Wymagała sporej wyobraźni. Zrobiłam generalny remont, który trwał pół roku. Układ pomieszczeń jest podobny, ale funkcje zostały zamienione. Kuchnia była w obecnej sypialni. Starałam się wzorować się na elementach, które znalazłam tutaj. Jedne drzwi udało się odrestaurować, resztę musiałam zrobić na wzór. Ważna była dla mnie wierność architekturze budynku, który został wzniesiony w 1931, a ukończony w 1935 roku.

Sama projektowałaś wnętrze?

Magda: Wymyśliłam ogólne założenia, ale otrzymałam pomoc w zakresie rzeczy, na których się kompletnie nie znam, np. w kwestii elektryki. Z kuchnią zgłosiłam się po pomoc do pracowni architektonicznej, bo zupełnie mnie to przerosło. Początkowo byłam pewna, że sobie poradzę, ale wyobraźnia malarska to nie wyobraźnia architektoniczna. (śmiech)

Większość mebli to vintage. Jak tu trafiły?

Magda: Z ruchomych przedmiotów mało co kupiłam – większość odziedziczyłam albo dostałam od bliskich. Wiele tu przedmiotów po moich ukochanych dziadkach, którzy byli moimi drogowskazami estetycznymi. Dosłownie kilka rzeczy mam ze sklepów. Sporo mebli jest z domu rodzinnego. Fotele stały przy śmietniku przed moim poprzednim blokiem. Okropnie śmierdziały, strach było ich dotknąć, ale mój chłopak dostrzegł w nich piękną formę! Zabraliśmy je do wspaniałych panów, stolarza i tapicera, i dostały drugie życie. 

Czy jest jakiś drobiazg, który jest dla ciebie wyjątkowo ważny?

Magda: Piękne albumy o sztuce po dziadkach. Mam też po nich kilka obrazków np. z lat 70. – podoba mi się to, że zbierali sztukę intuicyjnie, nie byli znawcami, ale angażowały ich konkretne prace, zupełnie przypadkowo znalezione. Tak np. babcia zbierała miniatury. To, że dokonywali takich, a nie innych wyborów, daje poczucie łączności z nimi, gdy patrzy się na te rzeczy. Jest też trochę moich prac, dzieła moich przyjaciółek – obraz Róży Litwy i kwietnik Kasi Przezwańskiej. Prace znajomych – Doroty Buczkowskiej, rysunek Tomka Kręcickiego czy obraz Pauliny Włostowskiej. Włoska kolekcja książek o historii Rzymu stojąca na półce w kuchni, do której mam ogromny sentyment. Do tych książek były dodawane monety z wizerunkami cesarzy, jedną z nich dziadek podarował mi jako amulet, gdy byłam mała. Ta historia z dzieciństwa została mi w sercu i postanowiłam, że muszę mieć te książki u siebie. 

 

 

 

Jaki musi być przedmiot, żeby przykuł twoją uwagę? Co sprawia, że decydujesz się przynieść daną rzecz do domu?

Magda: Kieruję się głównie wspomnieniami i emocjami, tym, że przedmiot musi być przyjazny. Jestem bardzo wyczulona na kolory, część mieszkania jest całkiem neutralna i to nie jest przypadkowe, bo w takim otoczeniu odpoczywam. Lubię jaskrawe kolory u innych, ale one bardzo mnie angażują, a w mieszkaniu potrzebuję wytchnienia. Postawiłam na kolory i tkaniny, które tonują. Liczą się też naturalne „umilacze”, tj. światło i rośliny. Otaczam się rzeczami, z którymi obcowanie dobrze mi robi. Takimi, które dają mi energię i mi sprzyjają. Nie pospieszam się też i nie kupuję rzeczy tymczasowych. W kuchni zamiast stołu nadal mam blat roboczy. Ciągle szukam stołu, do którego będę przekonana. Kiedyś było inaczej, swoją poprzednią przestrzeń urządzałam nerwowo, w poczuciu, że wszystko musi być od razu gotowe. W efekcie latami żyłam wśród rzeczy, które nie do końca lubiłam. Przekonałam się, że nie warto się spieszyć i że lepiej żyć z pustką niż z byle czym. Lubię przestrzeń i minimalizm, dlatego przedmiot, który pojawia się w moim mieszkaniu, musi być wartością dodaną, energią i korzyścią.

 

 

 

Zostaw Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *