Odwiedziny

Maria & Jan – Dostaliśmy mieszkanie ze współlokatorem

Wywiad: Ola Koperda / Zdjęcia: Kachna Baraniewicz

 

Dziś wpadamy na warszawskie Śródmieście z wizytą do Marii Olszewskiej i Janka Dybowskiego – założycieli marki John&Mary, o której mówią: “Staramy się robić ładne, skórzane rzeczy. Takie, które sami chcielibyśmy mieć”.

Skąd jesteście?

Maria: Urodziłam się w Nowym Jorku, ale gdy miałam 2 lata, wróciłyśmy z mamą do Polski. Wychowałam się na warszawskim Targówku. Na czas studiów wyprowadziłam się na Śląsk, bo w Warszawie nie było kierunku, na który chciałam pójść (organizacja produkcji filmowej i telewizyjnej), w międzyczasie mieszkałam w Madrycie. Teraz razem z Jaśkiem mieszkamy w centrum Warszawy.. Zależało nam na tej lokalizacji, dlatego żeby wszędzie było nam blisko. Fajne jest to, że praktycznie nie musimy korzystać z samochodu i komunikacji miejskiej.

Jan: Ja urodziłem się w Komorowie w domu moich dziadków, tam też mieszkali wtedy moi rodzice. Podobno była straszna śnieżyca i tata z położną, po którą pojechał maluchem, ledwo zdążyli dojechać (śmiech). Później przenieśliśmy się do Piastowa pod Warszawą, gdzie przez jakiś czas mieszkaliśmy w wynajmowanych domach. W tym czasie niedaleko trwała już budowa dużego domu z ogrodem, w którym jakieś 10 lat temu zamieszkałem z resztą rodziny, ale to z Warszawą łączyło się całe moje życie szkoła, studia, znajomi, czas wolny.

 

 

 

 

Długo szukaliście tego mieszkania?

Maria: Przez 3 miesiące non stop siedziałam na stronie z ofertami wynajmu mieszkań. W końcu jednej nocy pojawiło się tam to mieszkanie. Umówiliśmy się na oglądanie i natychmiast je wynajęliśmy. Lokalizacja, metraż (60 m2), rozmieszczenie pokoi, wielkie okna wychodzące na Pałac Kultury, drewniana podłoga i białe ściany totalnie do nas przemówiły.

Co tu zastaliście?

Jan: Mieszkanie było puste, na tym nam zależało, bo wszystkie wcześniej oglądane lokale były “urządzone” przez właścicieli. Często była to zbieranina mebli od całej rodziny każdy z innej parafii, nie mówiąc już o wszystkich kolorach tęczy na ścianach.

Maria: Ale dostaliśmy mieszkanie ze współlokatorem (śmiech). Przez ponad miesiąc jeden pokój (dziś to nasza pracownia) zajmował chłopak, któremu kończył się wynajem. Kiedy się wyprowadził, z początku nie wiedzieliśmy, co zrobić z tą pustą przestrzenią. Jeszcze przez jakiś czas nazywaliśmy ten pokój “pokojem Kuby”. Ostatnio go nawet spotkaliśmy i z nostalgią wspominaliśmy dawne czasy.

Jan: Mieszkanie wyposażyliśmy studenckim kosztem. Sporo mebli mamy z aukcji internetowych. Jest tu też trochę staroci, które udało nam się zdobyć z opuszczonej, przeznaczonej do rozbiórki perfumerii pod Warszawą: termometr, waga, szklane naczynia, miarki. Lubimy rośliny, na które sporo wydaliśmy, ale przygarnęliśmy też różne okazy z rodzinnych domów, np. kaktusa, który nie mieścił się już u moich rodziców  (pamiętam, że sadzonkę podarował nam dziadek) czy filodendrona od Marysi, z Targówka, którego jej rodzice dostali jeszcze na parapetówkę ponad 30 lat temu.

Od kwietnia zeszłego roku wspólnie tworzycie John&Mary markę produkującą między innymi torby i portfele. Czym zajmowaliście się wcześniej?

Maria: Skończyłam produkcję filmową, ale już po pierwszym roku wiedziałam, że to nie będzie moje zajęcie. Dostałam się na Katedrę Mody na ASP w Warszawie, ale tych studiów z różnych względów nie ukończyłam. W międzyczasie pracowałam dorywczo w butikach i jako manager kawiarni. Jako że oboje z Jankiem mamy ciągoty do prac manualnych, a ja chciałam mieć coś wspólnego z modą (choć niekoniecznie z ubraniami), zdecydowaliśmy się na pracę ze skórą. Zaczęło się od tego, że szukaliśmy portfeli dla siebie i nie potrafiliśmy znaleźć niczego odpowiedniego.

Jan: Ja jestem architektem, pracuję w zawodzie. Ale od początku tworzę markę z Marią. Pomyśleliśmy, że stworzymy modele dla siebie, a jeśli uda się zrobić tak, by powstało z tego pomysłu coś więcej, to będzie fajnie. Po dość długich przygotowaniach, kontaktach z garbarniami, poszukiwaniach skór zdecydowaliśmy się wyprodukować więcej portfeli. Stwierdziliśmy, że jeśli nie uda się ich sprzedać, to część zostawimy sobie, a resztę rozdamy znajomym.

Maria: Co nie wydawało się już takim dobrym pomysłem, gdy zainwestowaliśmy parę tysięcy w materiały (śmiech).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Większość rzeczy, takich jak logo, strona czy zdjęcia, robiliście sami lub z pomocą przyjaciół. Sami też wystąpiliście w sesji lookbookowej promującej produkty.

Jan: Takie było założenie i udało się je zrealizować. Nie mieliśmy funduszy, by zlecać wszystko profesjonalistom. Sami także robimy zdjęcia, często analogowo. Pomaga nam też moje rodzeństwo, a że mam ich sześcioro, to jest nam łatwiej. Młodsze dziewczyny pomagają robić ciasta czy świece na targi, starsze rodzeństwo pożycza swoje samochody, gdy musimy pojechać gdzieś za miasto, czy po prostu pomaga przy rozkładaniu i zwijaniu stoiska na targach ale noszą też nasze rzeczy i testują, czy wszystko w nich gra.

Jak zdobyliście pierwsze skóry do produkcji i jak powstały projekty?

Maria: To nie było łatwe, byliśmy zupełnie zieloni w tym temacie. Jeździliśmy po całej Polsce, by porozmawiać z ludźmi w garbarniach. Co czasem przychodziło z trudem, bo nie znaliśmy fachowego języka! Po długich poszukiwaniach udało nam się znaleźć miejsca, gdzie obecnie zaopatrujemy się w skóry. Zależało nam na sprawdzonych zakładach, aby uniknąć sytuacji, że po wypuszczeniu kilku sztuk produktu nie ma już możliwości zdobycia tego samego koloru.

Jan: Projektowanie zaczęło się od dwóch portfeli. Ja myślałem o małym portfelu męskim, Marysia o damskim. Kiedy mieliśmy oba projekty, razem je dopracowywaliśmy. Uszyliśmy prototypy i testowaliśmy.

Teraz w ofercie macie klasyczne skórzane portfele i zamszowe torebki w pięknych kolorach. Myślicie o czymś nowym?

Jan: Tak, przed świętami udało nam się zrobić prototypy etui na laptopa, kosmetyczek, nowych modeli portfeli. Cały czas mamy nowe pomysły, ale wymyślenie, a później wykonanie i testowanie kolejnych wzorów zajmuje sporo czasu – trwa to dłużej, niż można by pomyśleć.

Jak pracuje wam się razem?

Jan: Dobrze, nie wchodzimy sobie w kompetencje.

Maria: Trochę jednak wchodzimy (śmiech). Czasem mamy małe spięcia, głównie o rozwiązania techniczne. Ja jestem raczej niecierpliwa, a Jasiek jest perfekcjonistą. Finalnie daje to dobre efekty, bo cały czas pilnujemy się nawzajem.

 

 

 

Zostaw Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *