Kultura

Norwegia i kawa

Do Norwegii przyjechałam jako herbaciara. Kawę pijałam głównie w weekendy i było to, powiedzmy sobie szczerze, raczej mleko o kawowym kolorze, niż kawa z prawdziwego zdarzenia. Pierwszy, spędzony w Oslo, listopad oraz jego znak firmowy: mgły, deszcz i ciemność, pchnął mnie w objęcia kawy. A ta jak złapała, tak nie wypuszcza.

Norwegia to, ku memu zaskoczeniu, kraj wybitnie kawowy. Zawsze byłam przekonana, że to domena południa, z tymi ich paskudnymi espresso i cappuccino, a północ to wyłącznie samogon i słodka herbata. Nic bardziej mylnego, przeciętny mieszkaniec Norwegii konsumuje ponad 7 kg ziaren kawy rocznie (prawie 4 kawy dziennie na osobę oraz prawie 13 milionów kaw wypijanych dziennie w Norwegii), a w skali świata ustępuje w tym tylko Finom. Tu warto wspomnieć o zasadniczej różnicy między Finami i Norwegami. To oczywiście uogólnienie, ale pewnie jest w tym nieco racji: ci pierwsi zdecydowanie idą na ilość, Norwegowie zaś, a zwłaszcza mieszkańcy Oslo, poszli w jakość, a może nawet w snobizm.

Fenomen kawy w Norwegii zaczął się już w XVIII wieku, kiedy to korzystając z duńskiej (Norwegia podlegała jeszcze wtedy Danii) kontroli nad wolnym portem na Wyspach Dziewiczych, sprowadzano kawę w cenie znacznie poniżej średniej europejskiej. Dzięki temu, w tym relatywnie ubogim wówczas kraju, kawa była dostępna dla przeciętnego obywatela. Jednak prawdziwa fala popularności kawy przyszła wraz z prohibicją i wysokimi podatkami nałożonymi na alkohol na początku XX wieku. Kawa stała się wtedy, i tak zostało do dziś, podstawowym napojem wykorzystywanym w sytuacjach towarzyskich.

Dziś kawa rządzi tu dosłownie wszędzie. Od stacji benzynowych, saloników prasowych i 7-Eleven, przez globalne sieci jak Starbucks czy nieco bardziej lokalne jak szwedzkie Espresso House, po bardzo przyzwoite piekarnio-kawiarnie w stylu Baker Hensen i Godt Brød oraz wszelkiego rodzaju bary, knajpy i biurowe kantyny.

Ja wciąż testuję i póki co staram się specjalnie nie snobować. Na kawę zazwyczaj wybieram miejsca „po drodze”, co nie znaczy wcale, że byle jakie. Lekki snobizm wychodzi ze mnie, gdy kupujemy kawę do domu. Zwykle wybieramy ziarna lokalnych, cenionych marek (np. KAFFA, LIPPE albo Talor&Jørgen), nieoczywiste i różne do różnych technik parzenia. Na co dzień i na szybko, korzystam z niezłych lokalnych sieci jak Stockfleths czy Kaffebrenneriet.

Obie sieci szczycą się tradycjami i dużymi zasługami w promowaniu dobrego picia kawy. Zwłaszcza Stockfleths. Pierwszy powstał już w 1895 roku i przez lata zyskał sławę miejsca, w którym zaczynają wszyscy sławni i utytułowani norwescy bariści. Mają naprawdę dobrą kawę i przyzwoite jedzenie. Bardzo lubię ich wnętrza, ascetyczne, chłodne i ciepłe zarazem, bez jednej zbędnej rzeczy, a obsługa bez jednego zbędnego słowa czy nadmiernego uśmiechu. Tylko tyle ile trzeba, żeby poczuć się mile widzianym, ale nie nachalnie zagadywanym. Stockfleths to mój wybór na niedzielne śniadanie, albo wtorkowy poranek w oczekiwaniu na tramwaj.

 

 

Zupełnie bez obciachu przyznam, że lubię sieciówki. Kiedyś lubiłam Coffee Heaven, lubię francuskiego Paula (ale nie w Warszawie na Centralnym!), a w Oslo lubię Kaffebrenneriet. Bardzo przyzwoita kawa plus świetne ciastka i bułeczki, do tego przyzwoite kanapki i super lokalizacje. Wnętrza są czasem nieco „przedobrzone”, ale łatwo się tam ukryć i są dosłownie wszędzie. To taka sieciówka w porządku.

Na sobotni spacer wybieram natomiast Kulturhuset. To znacznie więcej niż kawiarnia czy knajpa. To instytucja. Na kilku piętrach znajdują się sale koncertowo-konferencyjne, biblioteka, bary, sale z grami itd. itp. Ja najbardziej lubię ich cortado i czekoladowe bułeczki. W sobotę na wynos, a w tygodniu spędzając godziny na fotelu w sali bibliotecznej, pracując albo ucząc się.

 

 

To naturalnie tylko marny wycinek kawowej sceny w Oslo, bo przecież jest jeszcze choćby Fuglen, Hendrix Ibsen, Retrolykke Kaffebar (dobra kawa i sklep vintage w jednym! Albo zupełnie przyzwoita kawiarnia w Oslo House of Innovation w samym centrum.

 

 

Wpadajcie na kawę do Oslo, szczególnie teraz w okresie jesienno-zimowym. Miasto robi się jeszcze bardziej przytulne, nic tylko czytać książkę spoglądając przez okno kawiarni na przechodniów.

 

Tekst i zdjęcia: Marta Hopfer.

Komentarze 1

  1. kawa wrocław
    Reply

    Świetna historia. Ja tak miałam z Wrocławiem. Mieszkałam przez parę lat w Toruniu, potem przeprowadziłam się do Wrocławia… oczywiście przed przeprowadzką kawy nie piłam, a raczej tak jak Ty – tylko podczas jazdy samochodem bardziej mleko z dodatkiem kawy. No ale zmieniło się to, jak zaczęłam pracować w kawarni we Wrocławiu – wszystko jest teraz inne, prawda?

    14 Kwiecień, 2018

Zostaw Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *