Wszystko Jest Dizajnem

Tak jak trudno jest być dobrym projektantem, tak nie jest łatwo dobrze pisać o dizajnie. To dziedzina życia, którą, zdaje się, każdy rozumie i odbiera inaczej. Nic na to nie poradzę, ale postaram się w tych tekstach, na tyle ile będę mógł, dizajn przybliżać. Nie cały, tylko ten najbardziej powszedni. Bo mimo jego wszechobecności, przeciętna osoba go nie widzi, a co za tym idzie – nie docenia.

Wydaje mi się bardzo trudne określenie jednej, spójnej definicji tego pojęcia, ale muszę chociaż spróbować. W swoim krótkim życiu spotkałem się z wieloma próbami określenia czym jest, czym powinien się zajmować, jak powinien wyglądać dizajn. Chyba tylko jedna próba przekonała mnie na tyle, by ją powtarzać. Dizajn to, najprościej rzecz ujmując, rozwiązanie (bądź próba rozwiązania) problemu w ramach pewnych ograniczeń, restrykcji lub zobowiązań. Takie przedstawienie sprawy może wydawać się trochę banalne, ale mimo to uważam je za bardzo trafne. Staranne rozwiązywanie realnych problemów nie należy do łatwych zajęć, ale spokojnie, nie będziemy ratować świata. Skupię się na takich projektach, które służą ludziom w codziennych czynnościach. Nie ma dizajnu bardziej codziennego niż to co w Polsce określa się mianem wzornictwa – czyli projektowania przedmiotów.

W tym momencie tytuł tego cyklu może stać się trochę bardziej jasny – większość z nas, tak na codzień, ma bliską styczność z przedmiotami, lepiej lub gorzej zaprojektowanymi. Co pięć minut. I nie chodzi tylko o oczywistości, jak smartfon czy samochód. Włącznik światła, ekspres, filiżanka z której pijesz kawę, pióro, którym piszesz. Nawet rzecz prosta tak, jak saszetka na cukier. Tak, ta mała, papierowa saszetka. Ktoś kiedyś zauważył problem, a potem wymyślił i skonstruował to proste rozwiązanie.

Skoro już wspomniałem o słodkiej saszetce to przytoczę jej dość ciekawą historię. Klasyczna torebka na cukier została stworzona przez Benjamina Eisenstadta – przedsiębiorcę prowadzącego kawiarnię na Brooklynie. Denerwowało go codzienne napełnianie dyspozytorów na cukier w kostkach. Uciążliwość rozwiązał pakując go samodzielnie do małych torebek z określoną porcją odpowiadającej dwóm łyżeczkom cukru. Mimo starań, nie udało mu się przekonać producentów cukru do wdrożenia tej formy pakowania. Ale niewiele potem, firmy same wykorzystały ten pomysł pomijając pomysłodawcę. Tak czy inaczej Eisenstadt, ponad pół wieku temu, zapakował cukier do saszetki ułatwiając życie wielu ludziom i to do dziś. Ale to nie wszystko. Jakiś czas później (nie wiadomo niestety kiedy i przez kogo) podjęto próbę ulepszenia zwykłej, prostokątnej saszetki – powstały tzw. paluszki – te sztywne, podłużne, papierowe rurki wypełnione cukrem. Mało osób o tym wie, ale to zamierzony, bardzo przemyślany sposób pakowania, który jest w stanie znacznie ułatwić nam słodzenie. Wystarczy ów paluszek przełamać w połowie (tak to możliwe) i wsypać zawartość prosto do naczynia, bez rozsypywania – co więcej, można to nawet zrobić jedną ręką np. idąc przez miasto z kawą wziętą na wynos. Pewnie i tak większość z was otwiera takie opakowanie tak, jak zwykłą torebkę. To nic.

 

 

Tak więc, będę starał się opowiadać o inspirujących ludziach, miejscach i przedmiotach. Rzeczach i rozwiązaniach, które tak głęboko wdarły się w naszą rzeczywistość, że ludzie nie wyobrażają sobie bez nich życia (często nie zdając sobie z tego sprawy), o rzeczach prostych, pięknych i użytecznych. Jest ich pełno, zobaczycie.

 

Tekst i ilustracja: Artur Mierzwa.