Agata Marchlewicz: Mam ochotę na kolor

Agata Marchlewicz:

Mam ochotę na kolor

Autor: Aleksandra Koperda
Zdjęcia: Michał Lichtański
Data: 23.01.2023

Historia polskich ludowych wycinanek zaczęła się prawdopodobnie w połowie XIX wieku od wywieszania w oknach wiejskich domów papierowych, białych firanek z ażurowymi wzorami. W latach 50. XIX wieku pojawił się kolorowy papier glansowany, z którego zaczęto wycinać motywy roślinne i zwierzęce i naklejać je bezpośrednio na ściany wewnątrz chałup, by z czasem przyklejać je na szary papier. Wycinanki komponowano zazwyczaj symetrycznie do jednej lub kilku osi, tnąc wielokrotnie złożony papier, robiono to nożycami do strzyżenia owiec. 

Ta tradycyjna sztuka zainspirowała artystkę Agatę Marchlewicz, czyli Ciętą Córę do tworzenia współczesnej odsłony wycinanek. Agata używa nożyczek do paznokci lub nożyka, a motywy, które wybiera, zdecydowanie odbiegają od tych tradycyjnych. 

Skąd jesteś, jak trafiłaś do Poznania? 

Pochodzę z Gorzowa Wielkopolskiego, bardzo zielonego, a jednocześnie depresyjnego miasta, co chyba widać w moich pracach. Do Poznania przyjechałam na studia, na grafikę warsztatową na ASP.

 

Pracowałaś z różnymi mediami, malowałaś, robiłaś grafiki. Jak pojawiły się wycinanki?

Parę lat temu byłam na Taborze Kaliskim, gdzie ludzie spotykają się, by wskrzeszać kulturę ludową, między innymi muzykę tradycyjną. Grałam wtedy w zespole Przodki, przez chwilę miałam romans z muzyką. Podczas tego wydarzenia organizowane były warsztaty z tradycyjną wycinankarką Lucyną Kozłowską, na które poszłam z zamysłem, żeby wykonać coś odbiegającego od tradycji polskiej. To spotkanie było bardzo inspirujące.

Czy zagłębiałaś się wtedy w historię polskich wycinanek?

Mam trochę książek na ten temat, lubię je oglądać, ale nigdy nie próbowałam wycinać jak ktoś, od początku wycinałam po swojemu. To był czas, kiedy byłam na macierzyńskim, siedziałam do domu, nie miałam dostępu do pracowni graficznej. Miałam do dyspozycji tylko najprostsze narzędzia, dlatego zabrałam się za wycinanie. I to mi zaczęło wychodzić. Spodobało się ludziom, co popchnęło mnie do tego, żeby robić więcej. Nie miałam określonej koncepcji, nie myślałam o tym: aaa, może tym wzorem jakoś siebie wyrażę. Po prostu samo się wycinało. Tak jest chyba do dzisiaj.

 

Co wycinałaś na początku? 

To zawsze były jakieś postacie, może trochę potwory jak mówili niektórzy, ale ja nie lubię ich tak nazywać. Stopniowo zaczęło się to przeradzać w bardziej skomplikowane formy, czasami niesymetryczne, w scenki rodzajowe. No i teraz trochę odeszłam od czerni, już mi się po prostu znudziła. Mam ochotę na kolor.

 

Czy do wycinanek używasz specjalnych papierów? 

Nie. Kiedyś korzystałam ze zwykłego cienkiego, czarnego papieru ksero, bo najlepiej wycina się z jak najcieńszego i nie bardzo kruchego papieru. Teraz wymyśliłam sobie technikę autorską, w której maluję papier, wycinam, potem znowu maluję, potem znowu wycinam, woskuję i jeszcze raz wycinam. To jest i woskowane, i malowane, i wycinane jednocześnie, bo trochę brakowało mi w pracach malarskości. Impregnuję papier woskiem pszczelim i przeprasowuję. Przez to, że jest zawoskowany, to jest bardziej przezroczysty, kolor robi się głębszy i trójwymiarowy.

 

Domyślam się, że ta praca wymaga dużej cierpliwości, łatwo o błąd.

No troszeczkę tak jest, że jak coś wytniesz źle, to musisz albo pokombinować, żeby to zmienić i naprawić, albo wyrzucić po prostu. O ile z papierem przygotowanym przeze mnie trudniej mi się rozstać, bo włożyłam w niego jakąś energię, to jeżeli chodzi o zwykły papier ksero, to początkowo wyrzucałam go dużo. Bardzo lubię materiał, jakim jest papier. Od zawsze, kiedy myślałam nawet o malowaniu, to jakoś niespecjalnie ciągnęło mnie do płótna.

Czy najpierw robisz szkic, projekt? 

Mam swoje szkicowniki, w których notuję pomysły. Czasem z nich korzystam w trakcie wycinania, ale zdarza mi się też zmienić koncepcję i ciąć instynktownie.

 

A jak jest ci się rozstawać z tymi pracami?

Z tymi, które lubię, ciężko, a z tymi, których nie lubię, nie.

 

Aha, czyli są takie, których nie lubisz?

Tak. Czasami dana forma przemawia do mnie mniej albo mniej mi się wiąże z wątkami z mojego życia czy ważnym momentem. Ale z drugiej strony, kiedy ludzie do mnie przychodzą po prace, to też często polecam im właśnie te, które mi się podobają i które ja sama bym chciała mieć.

 

Czyli w pracach poruszasz prywatne historie?

Czuję, że te prace są dość intymne, skupiam się bardziej na swoim świecie niż opowiadaniu o polityce czy nastrojach społecznych. Myślę, że jest w nich dużo o macierzyństwie, kobietach, brzydkim ciele, fałdach, cyckach, dzieciach, starcach. Trochę też jest w nich dziwnych plenerów, gorejących krzewów i wulkanów. To taki stały zestaw form, które lubię eksplorować na wiele sposobów. Lubię też pogrzebać w tekstach etnograficznych. Kiedyś stworzyłam cykl prac, w którym opisałam historię nieistniejącego plemienia, bardzo je lubię.

 

Często wycinasz?

Często, ale czasami mam też spore przerwy, np. miesięczne. Zajmuję się innymi sprawami, mam dużo rzeczy do zrobienia w pracy, dzieci chorują albo po prostu mi się nie chce. Ale potem mam takie napady, że wycinam przez kilka tygodni codziennie. Bardzo lubię to robić. To uzależniające. Kiedy nie wycinam długo, bardzo ciężko mi zacząć, wtedy jest to okupione bólem.

 

Kiedy najlepiej ci się wycina?

Jak wpadnę w ciąg, złapię rytm, to mogę wycinać nawet wtedy, gdy dzieci są w domu. Siadam, mam już rozłożone rzeczy przy biurku, pomysły w głowie i coś tam sobie docinam nowego. Ale faktycznie jak już zgubię ten stan, muszę pobyć przez jakiś czas sama w mieszkaniu. Włączam sobie podcasty, muzykę albo filmy, które znam. Mogę oglądać je 10 razy, lecą w tle.

 

Oprócz aktywności twórczej pracujesz na etacie?

Od kiedy ukończyłam studia, prowadziłam zajęcia plastyczne, przede wszystkim dla dzieci. Bardzo lubię pracę z ludźmi, nie mogłabym się zamknąć w domu i robić tylko swoich rzeczy. Obecnie pracuję w szkole specjalnej. Uczę przedmiotów kreatywnych. Strasznie mnie jara to, co tworzą moi uczniowie, uprawiają sztukę szczerą, płynącą z serca i nieobliczoną na zysk. Wiadomo, że to jest oświata, że mogłoby to wyglądać inaczej, wolałabym pracować z mniejszą liczbą osób w bardziej komfortowych warunkach, mieć piękną, superwyposażoną pracownię, a takiej nie mam.

Przypomniało mi się coś. To niesamowite, 20 lat temu zrobiłam akwafortę, portret dziewczyny. Znalazłam ją ostatnio i ta dziewczyna wygląda tak jak moja dzisiejsza uczennica, Oliwia, która mieszka niedaleko. Muszę pokazać jej mamie.

 

Pracujesz w mieszkaniu, w jednym z pokoi. A ile lat tu jesteś?

Ponad cztery lata. Z tym mieszkaniem wiąże się pewna historia. Mój kumpel wynajmował je przed nami i na jednej z organizowanych tu sylwestrowych domówek pewien chłopak powiedział o mnie: ona będzie moją żoną i będziemy mieli razem dzieci. No i tak się stało. Po kilku latach życia razem przejęliśmy tę chatę i wylądowaliśmy w miejscu, gdzie się wszystko zaczęło. Może dlatego lubię energię tego miejsca.

 

Powiedz co nieco o tym, co tutaj masz, o przedmiotach. Jakimi lubisz się otaczać? 

Muszą być trochę ładne i trochę brzydkie. Chyba tak bym to ujęła. Mam taką rzecz, którą bardzo chciałabym powiesić, ale mój mąż mówi, że jest okropna. To dość dziwaczny obrus przedstawiający w pigułce historię ludzkości z ukrzyżowanym czarnoskórym Chrystusem w środku. Był drukowany przez jakąś organizację charytatywną działającą w Afryce. Chyba w końcu będę musiała sobie wynająć pracownię, żeby to powiesić!