Agi Sibiga:
Chciałam stworzyć przestrzeń, w której dobrze się żyje i miło spędza się czas
„Poruszyć kogoś, rozpalić jego wyobraźnię, sprawić, że ktoś chce przenieść się w dane miejsce – to największy komplement, jaki mogę otrzymać, i prawdziwy cel tego, co robię” – mówi fotografka Agi Sibiga. Odwiedzamy ją w warszawskim mieszkaniu, w którym żyje z mężem i córeczką. Wnętrze urządzała sama, stopniowo nadając mu charakter.
Jak trafiłaś do tego mieszkania?
W 2015 roku wzięliśmy z Łukaszem ślub i zaraz potem je kupiliśmy. Patrząc z perspektywy czasu, była to świetna decyzja. Nie oglądaliśmy wtedy wielu innych mieszkań. Przekonały nas wysokie na sześć metrów okna i to, jakie to mieszkanie jest w odczuciu – nie jest to typowe „deweloperskie” osiedle, a naprawdę dobrze zaprojektowane przestrzenie. No i ta zieleń za oknami! Już w biurze czuliśmy, że jesteśmy zdecydowani, Łukasz od razu oznajmił: „Bierzemy!”, a po oględzinach nie mieliśmy wątpliwości, że chcemy, żeby to mieszkanie było nasze.
To było nasze pierwsze wspólnie urządzone mieszkanie, poprzednie wynajmowaliśmy i nie do końca mieliśmy przestrzeń na zmiany. Jeszcze wcześniej mieszkałam i studiowałam w Barcelonie. Do Warszawy przeprowadziłam się za miłością. Zaryzykowałam. Na początku było mi bardzo trudno, bo czas w Barcelonie był trochę jak film. Dużo nowych ludzi, zupełnie inny styl życia. Mieszkałam z katalońską rodziną, opiekowałam się ich dziećmi. Tu czekało mnie znalezienie poważnej pracy i grona przyjaciół. Do tego była zima i musiałam odnaleźć się w szarościach. Dziś bardzo się cieszę, że tak się wydarzyło.

Jak wyglądało mieszkanie, kiedy je kupiliście?
Wnętrze było w stanie surowym. Minęło już prawie 10 lat, od kiedy je urządzaliśmy. Styl, jaki był wtedy popularny i jaki do mnie przemawiał, to skandynawski. Dlatego trafiły tu między innymi półki String, które dziś są zasłonięte tkaniną wyszukaną w moim ulubionym sklepie charytatywnym w Bassano del Grappa we Włoszech i bardzo podoba mi się ich nowe wcielenie. Dodatkowo Łukasz jest absolutnym fanem książek science fiction, które stanowią główną część naszej biblioteczki, a umówmy się – nie jest to gatunek słynący z najpiękniejszych okładek. To więc dodatkowy atut tego rozwiązania.
Jaką przestrzeń chciałaś stworzyć?
Wnętrze ewoluowało z czasem razem z nami. Wszystko kupowaliśmy po kolei. Najpierw był tylko materac, naczynia zmywaliśmy w wannie, bo nie było kuchni. Krok po kroku wszystko się rozwijało. Najtańsze, składane krzesła z Ikei stopniowo zamienialiśmy na inne. Wróciliśmy właśnie po miesiącu pracy poza Polską i mimo że czasami mam myśl, że coś bym tu zmieniła, to jednak nadal lubię to mieszkanie. Ważne było, żeby mieć tu naturalne materiały. Stół jest dębowy, zabudowa kuchenna też jest drewniana. Wcześniej fronty były granatowe, w czasie pandemii przemalowałam je na czarno. Lodówka Smeg była wtedy moim marzeniem. Dzisiaj pewnie bym jej nie kupiła, ale jest fajna i nie chcę jej wymieniać. Lubię też elementy stalowe, ze schodów ściągnęliśmy farbę, żeby spod warstwy szarej farby wyszła ich prawdziwa surowa dusza.
Chciałam stworzyć przestrzeń, w której dobrze się żyje i miło spędza się czas, dlatego podłoga jest dębowa, przyjemnie chodzi się po niej boso i ma ciepły, ziemisty kolor. Jest dużo punktowych świateł, o ciepłych, otulających barwach. Kocham lampkę solną Latko! Jest duży stół, przy którym możemy wspólnie spożywać posiłki z rodziną i przyjaciółmi. W kuchni wisi lustro, które, nawet gdy coś gotuję, sprawia, że jestem w kontakcie z osobami siedzącymi przy stole, odbija też nasze duże okno. W sypialni użyliśmy brązowej tafli lustra, bo w moim odczuciu dużo ładniej się w takim odcieniu wygląda. To wszystko to małe elementy, które poprawiają samopoczucie.

Photo Agi Sibiga




Photo Agi Sibiga

Photo Agi Sibiga

Photo Agi Sibiga

Photo Agi Sibiga


Photo Agi Sibiga


Photo Agi Sibiga

Photo Agi Sibiga


Photo Agi Sibiga
Photo Agi Sibiga





Jakimi przedmiotami lubisz się otaczać?
Nie lubię, kiedy wszystko jest kupione po prostu w sklepie i w jednym czasie. Wolę poczekać i sprawdzić, czego mi brakuje i w co warto się wyposażyć. Lubię rzeczy mające historię, zbierane stopniowo, przywiezione z jakiegoś miejsca. Łączą się wtedy ze wspomnieniami, są dla nas unikatowe. Mamy tu bardzo dużo pamiątek rodzinnych. Po moim dziadku i babci jest czarny komplet kawowy z Ćmielowa, w którym zresztą my ją dziś pijemy, kryształy na owoce, kieliszki, zestaw obiadowy. Na piętrze stoi barek z Singapuru po dziadku Łukasza. Był marynarzem i często przywoził z sobą różne skarby, w tym porcelanowy serwis z Chin, który też trafił do nas. Szafeczka, która stoi w sypialni, została wykonana przez mojego dziadka i tatę. Mam do niej ogromny sentyment. Była częścią całego zestawu meblowego, który od dziecka bardzo mi się podobał, dlatego cieszyłam się, gdy mogłam ją wziąć do siebie. Pochodzę z rodziny stolarskiej i zarówno tata, jak i dziadek pracowali w jarocińskich fabrykach mebli, a później zaczęli działać na własną rękę, tata do dziś prowadzi swój zakład. Na szafce w ramce stoi praca, którą malowałyśmy wspólnie z Józefinką latem na balkonie i szkatułka z biżuterią, a w niej Maryjka od mojej babci i dziadka – wsadzona do koperty z pieniędzmi na nasz ślub – od tamtej pory jest z nami i nas strzeże. Śpimy na materacu, lubię spać nisko, blisko podłogi. Jest w tym coś, co mnie uspokaja i uziemia, a od kiedy jest Józefinka, jest to bardzo wygodne. Obok wiszą ubrania. Głównie czarne, bo tak zazwyczaj na co dzień się ubieramy. Pojedyncze kolorowe sztuki schowane są w szafie. Z czasem odkryłam, że kiedy mam mniej decyzji do podejmowania, to jest mi lepiej. Kocham kolory we wnętrzach, ale sama lubię być ubrana na czarno.
Bardzo lubię też nasze ściany. Właściwie w żadnym z pokoi nie są po prostu gładkie i pomalowane na biało – każda ma swoją fakturę i jest trochę nieregularna. U Józefinki ściana jest wykończona w stylu wabi-sabi, a w naszej sypialni mamy tynk strukturalny w kilku odcieniach szarości. Podoba mi się to, że nie są idealne. Mam wrażenie, że takie ściany się nie starzeją – nie trzeba co kilka lat przywracać ich do perfekcyjnego stanu, bo ślady czasu tylko dodają im charakteru i nadal wyglądają dobrze.
Zawodowo zajmujesz się fotografią. Co najczęściej fotografujesz?
Głównie domy na wynajem i hotele butikowe. Pracuję zwykle we Włoszech i coraz poważniej myślimy o tym, żeby przeprowadzić się tam na stałe. Teraz wygląda to tak, że ruszamy samochodem z Warszawy i przemierzamy całe Włochy, od północy po południe, przenosząc się z hotelu do hotelu. Ostatnio po dwóch miesiącach takiego życia i pracy doszliśmy do wniosku, że z jednej strony jest to naprawdę piękne doświadczenie, ale z drugiej – bardzo intensywne. Po powrocie do Warszawy często przychodzi mocny spadek energii i potrzebujemy czasu, żeby znowu dojść do siebie. Czujemy więc, że musimy znaleźć w tym wszystkim nowy balans – taki, który pozwoli nam nadal być blisko miejsc, w których pracuję, ale jednocześnie da nam trochę więcej codzienności i stabilności.
Studiowałaś zupełnie coś innego, jesteś samoukiem?
Tak. Ta praca jest wynikiem pasji. Kiedy dostałam pierwsze zlecenia, poczułam, że to, co robię, ma dla kogoś wartość i zdecydowałam się podążać tą ścieżką. Podglądałam przy pracę innych ludzi, konfrontowałam swoje wcześniejsze zdjęcia z aktualnymi. Najtrudniejsze w byciu samoukiem jest to, że nie wiesz, kiedy jest moment, kiedy stałeś się profesjonalistą. Z czasem znalazłam swój wizualny języki i dzisiaj jestem ogromnie szczęśliwa, że mogę wykonywać ten zawód.





