Andrzej Piasecki: Modernizm uwielbiałem od zawsze

Andrzej Piasecki:

Modernizm uwielbiałem od zawsze

Autor: Aleksandra Koperda
Zdjęcia: Michał Lichtański
Data: 13.01.2021

Sępolno – część Wrocławia zaprojektowana przez architektów Paula Heima, Hermanna WahlichaAlberta Kemptera, zbudowana dla przedstawicieli klasy średniej w latach 1919–1935 z założeniem miasta-ogrodu. Osiedle ma wyjątkowy układ urbanistyczny budynki rozsiane są na planie orła z rozpostartymi skrzydłami. To tu odwiedzamy architekta Andrzeja Piaseckiego.

Mieszkanie ma 55 m2 białe ściany, na podłodze oryginalna sosna syberyjska, którą stosowano w mieszkaniach na całym osiedlu, unikatowe meble, bibeloty zbierane latami przez gospodarza. Niektóre z rozwiązań, które zastosował Andrzej, jak lustrzana ściana za łóżkiem (kompozycja z ikeowskich lusterek) czy kolory framug przeciągnięte na podłogę, są zupełnie nietypowe.

Gdzie się wychowałeś? Czy był to Wrocław?

Tak, tu dorastałem, tutaj też studiowałem, więc jestem bardzo zżyty z tym miastem. Najbardziej z Sępolnem, przeprowadzałem się już kilka razy, ale wracałem w to miejsce i to tutaj ostatecznie kupiłem mieszkanie.

Studiowałeś architekturę.

Architekturę na politechnice i architekturę wnętrz na ASP we Wrocławiu. Mój ojciec jest architektem. Wprawdzie nie mieszkał w Polsce i nie miałem z nim zbyt dużo bezpośredniego kontaktu, ale może gdzieś zaszczepił mi tę wrażliwość estetyczno-poznawczą.

Nigdy nie ciągnęło cię, żeby wyjechać do innego miasta?

Miałem to szczęście, że kontakt ze „światem zewnętrznym” był od zawsze, sporo jeździłem po świecie, dużo zwiedzałem – miałem rodzinę w Afryce, więc byłem tam parokrotnie. Jednak jestem zżyty z Wrocławiem, choć nie mówię „nie” dłuższej przygodzie. (śmiech)

Pracujesz w zawodzie, co projektujesz?

Przez ostatnie 4 lata pracowałem w szwedzkiej firmie nad wnętrzami ekskluzywnych statków i jachtów.

Wow! Przedziwna fucha.

Nisza na skalę światową. Firma umiejscowiła się we Wrocławiu chyba tylko z tego względu, że jeden z właścicieli (było 2 Szwedów i Polak) miał bliski kontakt z Wrocławiem. Jako satelitarny oddział byliśmy też konkurencyjni, ale fakt, że to Wrocław wybrano na siedzibę, to czysty przypadek, to mogło być każde inne miasto. Nie mieliśmy nawet żadnej reklamy na zewnątrz, bo do naszej firmy nie trafiał nikt nieukierunkowany. Nie wiem, czy pamiętasz, ale był taki serial Statek miłości w latach 70. – ta firma robiła właśnie ten statek.

Czyli przez cały czas zajmowałeś się wyłącznie wnętrzami statków.

Tak. Wiesz, one się właściwie niewiele różnią, bo to na dobrą sprawę pływające hotele bądź skompresowane mikromiasteczka. Każdy z tych najbardziej znanych światowych hoteli ma swój odpowiednik na statku. Poza tym, że to pływa, jest to wszystko bardzo podobne. Może bardziej bezpieczne w trendach, bo trafia przede wszystkim do klienteli 60+. Mniej więcej 4 miesiące temu wróciłem do architektury. Trochę się za nią stęskniłem. (śmiech)

A od kiedy mieszkasz w tym mieszkaniu? Czego szukałeś?

Jestem tu już 6 lat. To była przede wszystkim świetna okazja, właściciele zeszli sporo z pierwotnej ceny. Mieszkania szukałem w wielu miejscach, bo we Wrocławiu jest kilka fajnych dzielnic. Jest Nadodrze (stare kamienice, secesja, neoklasycyzm), tam mieszkania są duże, piękne w detalu, ale jednak chodziło o Sępolno, które jest dzielnicą robotniczą, ale zieloną, blisko rzeki, z pięknymi trasami do spacerowania – to mnie przyciągnęło. Sępolno jest proste, bo to już okres modernistyczny. Władzom bardzo zależało na takiej dzielnicy w tkance miejskiej. Nie jest to może kunszt samych budynków, ale ze względu na założenia osiedlowe jest to świetna dzielnica, przyjazna jak żadna inna. Zaraz obok mam wały, Odrę, mogę pójść pobiegać, wyjść z psem.

Jak je znalazłeś?

To był przypadek. Dostałem cynk, przyszedłem i się zdecydowałem. Trochę pracy oczywiście trzeba było w nie włożyć, ale jest w duchu dzielnicy.

Czy w mieszkaniu zostało coś ze starego wyposażenia?

Zadbałem przede wszystkim o podłogi (to sosna syberyjska), które udało się zachować w oryginalnym stanie. Niestety reszta nie nadawała się do niczego. Wymieniłem drzwi, kupiłem nowe z podobną podziałką.

 

 

Powiedz, jaki był pomysł na to wnętrze.

To taki duży miszmasz. Łazienkę i kuchnię zrobiłem prosto i z takich materiałów, które w tamtym momencie były przecenione, bo chciałem się szybko wprowadzić. Osobiście jestem zakochany w awangardowym podejściu, czyli w mieszaniu stylów, ale z zachowaniem bazy, która byłaby jednym przewodnim kolorem czy akcentem. Większość mebli w moim wnętrzu to czeski modernizm, inaczej zwany funkcjonalizmem. Modernizm uwielbiałem od zawsze, ten czeski bardzo do mnie trafiał, był tańszy od krajowego i bardziej dostępny dla przeciętnego entuzjasty, którym byłem. (śmiech) Mogłem dostać w dobrych cenach meble z lat 30., świetnie wykonane, z pięknym detalem, który stanowił również konstrukcję, np. chromowana gięta stal, a więc rzecz nie do zdarcia. Znalazłem małżeństwo spod Warszawy, z którym przez jakiś czas współpracowałem. Ściągali i odrestaurowywali bardzo dużo czeskich mebli za niewielkie pieniądze.

Na ścianach pojawiają się tu różne nietypowe elementy graficzne. Ty je wykonałeś?

Pomysł wyszedł od tego starego, polskiego plakatu Czarna owca. Powiesiłem ten plakat i „podpiąłem” pod niego pozostałe rzeczy. Lubię polskie plakaty z lat 70. i 80., są oryginalne, wyraziste. Dużo jest też czarno-białych grafik, które mi siedzą. Poszedłem w czerń w dużym pokoju i przedpokoju. Stwierdziłem, że ten mocny kontrast pasuje mi wewnętrznie. Dodałem starego manekina, do którego wpuściłem lampę. A te motywy liniowe sam dorobiłem dla spójnej koncepcji.

Co jakiś czas pojawiają się główki w różnej postaci.

Pamiętam, jak moja mama się tym interesowała. To były lata 70. i te główki się gdzieś tam w domu pojawiały. Zacząłem je zbierać z przypadku i mam ich już całkiem sporo. Większość jest z Niemiec. Te, które są w dużym pokoju, są szklane, były kiedyś popularne.

A ta fotografia z dwiema dziewczynkami? Jaka jest jej historia?

To zdobycz z mojej ostatniej wyprawy do Indii, która odbyła się w styczniu. Pojechałem ze znajomymi ćwiczyć staroindyjską sztukę walki – kalaripayattu. Zajrzałem do jednego sklepu, w którym było dużo indyjskiej fotografii. To jest ta sama powielona dziewczynka, co nie zmienia faktu, że zdjęcie niesamowicie nawiązuje do Lśnienia Kubrick‎a. (śmiech) Jest lekko straszne, psychodeliczne, bardzo mi się spodobało. To mój ulubiony artefakt stamtąd. Sam dużo fotografuję, jeżdżąc po świecie, więc większość zdjęć na ścianach to moje prace.

Opowiedz o paru meblach.

Krzesła i stojąca lampa to Halabala. Szafa w sypialni to dla mnie najciekawszy mebel, to Mücke Melder. Też czeski funkcjonalizm, fabryka czesko-niemiecka. Ona jest bardzo zbliżona do tych polskich szaf z lat 50., tylko diabeł tkwi w szczegółach – w tym, jaki jest fornir, że wykończenie jest chromowane, stalowe, że jest inny detal w środku samej szafy, są inne łączenia. Ten czeski funkcjonalizm ma swoją grację, Halabala stawiał na gięte drewno, sklejkę. To trochę odmienne podejście do mebli niż w innych krajach. Łóżko to jakiś holenderski projekt z lat 70., ma ciekawe nóżki, pasuje do takiego art deco/modernizmu, więc miałem szczęście, że na nie trafiłem. Ma bardzo ciekawy stelaż podwieszany na dźwigniach, więc konstrukcja jest naprawdę oryginalna. Chromowane lampy sufitowe to czeskie Napako, lampa nazywa się Ufo, daje piękny refleks, została zaprojektowana w 1930. Wygląda kosmicznie, a to już prawdziwy antyk. Wyhaczyłem takie 3. Ciekawe jest też biurko, kupiłem je od starszego pana (profesora matematyki). Zanim mi je oddał, zadbał o moją świadomość odnośnie do mebla. To typowe art deco, ma ładne zagięcie tam, gdzie noga staje się przedłużeniem blatu.

A stolik z niedźwiedziem?

To taki kontrolowany kiczyk (śmiech), który bardzo lubię. Kupiłem go na targu staroci. To masa stylizowana na patynowany mosiądz. Może wymieniłbym szkło w tym stoliczku na kolorowe albo na pleksi. Zobaczyłem ten stolik i się zakochałem. Mój kolega tak się nim zauroczył, że kupił sobie podobny z tygrysem, a potem całe mieszkanie zrobił pod tego kiczowatego tygrysa. (śmiech)

Masz we Wrocławiu ulubiony targ staroci?

Chodzenia na targi staroci nauczyłem się od mojego śp. dziadka, który na emeryturze robił renowacje ram do obrazów. Za dzieciaka chodziłem z nim na te wszystkie giełdy staroci, kiedyś było ich we Wrocławiu o wiele więcej, teraz są targi bardziej mieszane. Odwiedzam Młyn Sułkowice, który jest kawałek ode mnie. Najbardziej jestem jednak zauroczony targiem staroci w Bytomiu. Tam przyjeżdża mnóstwo mebli czeskich – nie kupiłem tam może wielu dużych rzeczy ze względu na problemy z transportem, ale takiego kolorytu jak tam (zwłaszcza rano) nie ma nigdzie.

Jaki musi być przedmiot, żeby mógł trafić do twojej przestrzeni?

Teraz akurat jestem na etapie odgruzowywania i systematyzowania rzeczy, które posiadam, wracam więc do podstaw modernizmu, czyli do minimalizmu i funkcji. Poza dobrym dizajnem mam parę rzeczy o wyjątkowych cechach. Chociażby ta kanapa, na której siedzę. Lata 50., Wilhelm Knoll. Ona nie robi jakiegoś wielkiego wrażenia sama w sobie, jest prosta, ale ma taki bajer, że bierzesz ją i obracasz wokół osi. To hit! Możesz mieć kanapę, szezlong albo, jeśli rozłożysz obie części, łóżko. Ale wracając do głównego pytania: lubię rzeczy awangardowe. 

Czy masz tu coś, co pochodzi jeszcze z twojego domu rodzinnego?

Mam dużo drobiazgów, ale z fajnych rzeczy mam np. korzeń, który wygląda jak pies, dostałem go kiedyś od dziadka (śmiech). Głównie mam książki, więc trudno wybrać i zaprezentować coś szczególnego. Coś, co jest najbliższe memu sercu, to albumy. Jest jeszcze jedna rzecz, którą mogę ci pokazać. To pomysł mojego ojca – secesyjny szyld z fabryki czekolady Wawel, która przed wojną nazywała się A. Piasecki, czyli jak ja (śmiech), ojciec kupił kiedyś parę sztuk.

Piękne masz te wszystkie zdobycze.

Uznałem, że to bardzo ładne rzeczy, zacząłem je zbierać parę lat temu, więc był wybór i można było dużo wyhaczyć za grosze. Do tej pory uprawiałem zbieractwo, teraz w pandemii jest czas, żeby to wszystko posegregować.