Anna Zabdyrska: Dobry projekt to taki, w którym wszystkie etapy procesu zostały dobrze zdefiniowane

Anna Zabdyrska:

Dobry projekt to taki, w którym wszystkie etapy procesu zostały dobrze zdefiniowane

Autor: Aleksandra Koperda
Zdjęcia: Michał Lichtański
Data: 22.03.2026

W słoneczny, jeszcze zimowy dzień wpadliśmy do Nowej Huty, by w jednym z monumentalnych budynków z lat 50. XX wieku, z zielonym podwórkiem, odwiedzić Annę Zabdyrską. Anna jest projektantką, kuratorką wystaw, wykładowczynią UKEN-u. Od czasu do czasu, by opowiedzieć o lokalnym dizajnie, realizuje różne nowohuckie projekty. Jej niewielkie i kolorowe mieszkanie wypełniają przedmioty tworzące wyjątkową kolekcję. Wiele z nich zyskało tu nowe życie, po tym, jak wcześniej zostały porzucone. Uzupełniają je zebrane przez lata, przywiezione z podróży czy otrzymane od kogoś drobiazgi. 

Od kiedy mieszkasz w Nowej Hucie? 

Trafiłam tu w 2021 roku. W trakcie pandemii. Pomyślałam, że może to dobry moment, żeby kupić mieszkanie. Wcześniej mieszkałam w Podgórzu. Chociaż z Hutą jestem związana od dawna. Dorastałam na Wzgórzach Krzesławickich. Robiłam też sporo różnych projektów związanych z tą dzielnicą, więc nie była ona dla mnie nowa. Zdecydowałam się szukać czegoś w starej części Huty, chociaż lubię też bloki. Szukałam czegoś wygodnego, w rozsądnej cenie i dobrze zlokalizowanego. Nie udało mi się znaleźć nic, co odpowiadało na wszystkie trzy wymagania, odpuściłam więc lokalizację, na której mi wtedy zależało. No i tak trafiłam tu na stałe i nie żałuję. 

Co musiałaś tu zrobić, zanim się wprowadziłaś? Jak wyglądała przestrzeń?

Mieszkanie było do remontu, bo takiego właśnie szukałam. Wyglądało zupełnie nijako. Przez poprzednich właścicieli było przygotowane pod wynajem, więc wyposażono je w bardzo podstawowe meble. Kiedy zdecydowałam się na zakup, miałam już w głowie plan, co można z tym wnętrzem zrobić. Między innymi drzwi do sypialni, które wcześniej były zlokalizowane koło wejścia, przeniosłam bliżej okien. Tym sposobem światło dzienne bardziej rozświetla pomieszczenia. Szklane drzwi i sporo mebli jak szafy, regały na książki było zrobione na wymiar po to, by dobrze wykorzystać każdy kąt. Część, jak witryna, została przerobiona ze starej meblościanki. Stolarz, pan Zbyszek, wspaniale odnowił jej elementy i dodał nowy korpus. Stoją w niej między innymi kryształy i puszki sardynek, które nadają się do zjedzenia, ale za bardzo lubię ich opakowania. Każdy mebel był bardzo precyzyjnie wyrysowany, żeby jak najwięcej się zmieściło. Kolor frontów kuchennych szafek dobierałam przez dłuższy czas, malując papier próbkami koloru, wywieszając je na zastanych tu meblach i sprawdzając, jak dany odcień pracuje ze światłem, które tu wpada. Stanęło na zielonym. 

Wprowadziłam się tu jeszcze przed zrobieniem remontu i to była dobra decyzja. Mogłam przyglądać się temu wnętrzu, żyjąc w nim ponad rok. Długo zastanawiałam się nad tym, jak wykończyć część nad kuchennym blatem. Dlatego że de facto kuchnia jest też moim salonem. Nie chciałam, by ktoś, kto przychodzi i siada na sofie, czuł się jak w kuchni. Wybrałam lustro, w którym odbijają się wiszące naprzeciwko obrazy, co daje bardzo dobry efekt.

Lubisz polskie projekty i przedmioty vintage. Co tu zebrałaś?

Regał, który stoi w sypialni, to projekt Rajmunda Teofila Hałasa. Dostałam go od znajomej, która go nie chciała. Albo go biorę, albo go wyrzuci. Woziłam go w różne miejsca: najpierw czekał w jednej piwnicy, kolejno w drugiej, później robiłam mu renowację. Musiałam go oczyścić, zabezpieczyć i w końcu stanął tutaj. Wersalka leżała pod wiatą śmietnikową na wystawce. Takie wystawki do niedawna były w tej okolicy bardzo intensywne. Zobaczyłam ją, podpisując protokół odbioru mieszkania. Wnieść ją pomógł mi poprzedni właściciel, a renowację tapicerską zrobił tutejszy tapicer pan Zenon. Lubię meble na wysoki połysk. Przy odnawianiu nie decyduję się na wykończenie wszystkiego tak, by wyglądało na nowe. Są też dwa krzesełka stolarskie Marii Chomentowskiej. Jedno wypatrzyłam gdzieś na podwórku, a drugie zebrałam z pola, na którym kiedyś były ogródki działkowe. 

Jest tu też sporo sztuki. Część to obrazy, które namalowałam sama. Moje nowe hobby to robienie rzeźb z odpadków z warsztatu stolarskiego. Dwie próby wiszą na ścianach, obok rzeczy, które są dla mnie ważne. Jest moja interpretacja ceramiki z Łysej Góry. Poniżej przejaw zamiłowania do podróży do Portugalii: talerz portugalskiego artysty Bordalla Pinheira, który tworzył satyryczne rysunki, ceramiczne rzeźby, w tym kapuścianą zastawę. Lubię grafikę, lubię okładki, więc często w ramki wkładam książki. Książki to też ważna część mojego zbioru. Jeżdżą ze mną z mieszkania do mieszkania. 

 

Co jest z tobą najdłużej, masz jakieś przedmioty z domu rodzinnego?

Tak. Wazony okolicznościowe mojego dziadka. Ktoś w którymś momencie uznał, że wojskowym na 40-lecie Lotniczych Wojsk Polski można podarować wazon w kwiatki. Druga rzecz to flakon perfum Chanel z lat 60. mojej cioci. W mieszkaniu stoi też mój pierwszy w życiu meblowy zakup: retro fotel. 

 

Jakimi przedmiotami najchętniej się otaczasz?

Lubię przedmioty, które niosą ze sobą jakąś historię. Każda z tych rzeczy, która tu jest, jest tu z jakiegoś powodu. Wokół mnie jest ich dużo, bo każda jest wspomnieniem miłych chwil. Lubię też nadawać przedmiotom drugie życie. Kiedy widzę coś pięknego na śmietniku i uważam, że nie nadaje się do wyrzucenia, a jednak ktoś się tego pozbył, to zabieram to ze sobą. Albo daję znać innym fanom wystawkowych skarbów.

Kiedy zaczęło się twoje zainteresowanie dizajnem? Co studiowałaś?

Gdy dorastałam, zainteresowały mnie plakaty. Chciałam je projektować. Do wyboru miałam dwa kierunki na krakowskiej ASP: albo formy przemysłowe, albo grafika. Wybrałam ten drugi. Od tego się zaczęło, a zainteresowanie dizajnem przyszło później. Po studiach zaczęłam współpracować z Małopolskim Instytutem Kultury, po jakimś czasie część zespołu przeszła do Muzeum Etnograficznego i zostałam zaproszona do współpracy przy projekcie festiwalu etnodizajnu. Kuratorowałam wtedy między innymi wystawę główną. Idea była taka, żeby wkomponować współczesne obiekty w stałą ekspozycję muzeum. Po tamtej wystawie zaczęłam współpracować z Zamkiem Cieszyn. Przygotowywałam wystawy, ale też projektowałam grafikę. 

 

 

Wspomniałaś wcześniej o projektach związanych z Nową Hutą. Co to było?

Zaczęło się dawno temu, to był chyba 2005 rok, od jednego plakatu. Ten projekt był częścią większego działania realizowanego przez MIK: część uczestników robiła wywiady z mieszkańcami Nowej Huty, a grupa projektantów tworzyła właśnie plakaty. Wspominam o tym, bo ten plakat wciąż czasami gdzieś wypływa, przypomina się, w zupełnie nieoczekiwanych momentach. 

A ostatnio – mniej więcej od 2020 roku – zrobiłam całkiem sporo: serię nowohuckich szyldów, z których siedem można znaleźć w okolicy. To było działanie zainicjowane przez Referat ds. Rewitalizacji UMK przy okazji wprowadzania Parku Kulturowego Nowa Huta i nowych zasad związanych z ekspozycją szyldów. Później było pięć tablic osiedlowych, które nawiązywały do pierwotnych nośników, ale dodałam wtedy kilka współczesnych rozwiązań projektowych. Przy okazji tablic powstał pierwszy z dwóch nowohuckich krojów pisma: krój Huta. Moją rolą była opieka artystyczna, a projektowała go znakomita typografka Dominika Langosz. Drugie nowohuckie litery to krój Samosia, też stworzony z Dominiką. Huta zainspirowana była tablicami ulicowymi i tabliczkami z numerami budynków z lat 50. Samosia natomiast powstała na bazie neonów, które w latach 60. znajdowały się na budynku lokalnie zwanym Helikopterem, na osiedlu Centrum D. Font Samosia był częścią projektu realizowanego z Ośrodkiem Kultury Norwida na temat nowohuckich neonów. Poza krojem pisma powstał też przewodnik po neonach nowohuckich, który zaprojektowałam. Dla Ośrodka Kultury Norwida, dla Nowohuckiego Laboratorium Dziedzictwa realizowałam katalogi wystaw, w tym wystawy kolekcji ośrodka. Bardzo ciekawa historia, związana z artystami, którzy albo pracowali w tej dzielnicy, albo dla niej, dla ośrodka. Dla NHLabu zrobiłam też zeszyt ćwiczeń do zajęć z dziećmi – Projekt: Miasto, o nowohuckiej architekturze. Było jeszcze siedem dużych murali przedstawiających nowohuckie landmarki. Znajdują się w wejściach do centrum handlowego Nowe Czyżyny.

Przy okazji projektu „Sztuka do rzeczy – design w Krakowie” chciałam opowiedzieć o postaci Mariana Sigmunda – kierownika Pracowni Architektury Wnętrz. Sigmund zaprojektował wnętrza między innymi Centrum Administracyjnego Huty im. Lenina, kin Świt i Światowid, a razem z zespołem młodych projektantów – wyposażenie lokali użytkowych przy Placu Centralnym i wszystkich innych, specjalnie dla Nowej Huty tworzonych. Pomyślałam, że jak mamy mówić o dizajnie w Nowej Hucie, to dobrze byłoby zacząć od samego początku. Przez dwa lata zbierałam materiał do publikacji Marian Sigmund. Projektant. Przeprowadziłam dużo rozmów z córką profesora Sigmunda, szukałam materiałów w miejscach, dla których pracował. W książce są trzy rodzaje materiałów wizualnych: oryginalne szkice, zdjęcia historyczne i zdjęcia współczesne, pokazujące co zachowało się z oryginalnych realizacji. Niestety nie wszystko. Tak jak na śmietniku lądują świetne meble z lat 60., tak też zniszczono wnętrza obu kin czy piękne audytorium w szpitalu dziecięcym w Prokocimiu. Ale bardzo się cieszę, że udało mi się wydać ten materiał. Teraz kolej na następnych projektantów związanych z Nową Hutą…

 

Czym dla ciebie jest dobry projekt? Jakie musi mieć cechy?

Dużo zależy od tego, jakie są założenia. I, dla mnie, dobry projekt to taki, w którym wszystkie etapy procesu zostały dobrze zdefiniowane: dobre założenia, dobrze scharakteryzowana grupa odbiorców i ich potrzeby, dobra realizacja. Jestem też fanką trwałości. Dużo mebli, które stoją w tym mieszkaniu, jest spod śmietnika. Ktoś ich nie chciał, a to przecież nadal świetne i działające meble. Te na wysoki połysk są niemal nie do zniszczenia. Obecnie powstaje dużo produktów jak elektronika domowa czy AGD, w które od początku wprogramowane jest zepsucie, i to, uważam, jest absolutnie nie fair. Produkuje się zbyt dużo produktów, nowe modele powstają w bardzo szybkim tempie. I powodem tej produkcji nie jest realne zapotrzebowanie, tylko chęć napędzania rynku. Mam poczucie, że doszliśmy do dziwnego etapu, w którym powstały już naprawdę dobre produkty, a teraz zaczynamy je już tylko psuć, bo producenci próbują nieprzerwanie wprowadzać do oferty nowości – nowe stylizacje, nowe funkcje, nowe wersje. Niekoniecznie lepsze niż poprzednie. 

Z drugiej strony to projektanci potrzebni są w procesie sprzątania i ratowania świata – ktoś musi ukształtować rewolucyjne turbiny wiatrowe, zaprojektować specjalne sieci do sprzątania wielkiej pacyficznej ławicy śmieci, czy zaprojektować wygląd przyjaznej i przyjacielskiej dziecięcej pompy insulinowej. I to jest fascynująca perspektywa!