Arman Galstyan: Jedyna sztuka, jaka jest dla mnie ważna, to szczera

Arman Galstyan:

Jedyna sztuka, jaka jest dla mnie ważna, to szczera

Autor: Aleksandra Koperda
Zdjęcia: Mateusz Bzówka
Data: 13.09.2026

W jednej z kamienic w centrum Warszawy odwiedzamy Armana Galstyana. Pracownia artysty to kilka pomieszczeń, które wypełniają głównie płótna i garstka osobistych przedmiotów. Arman ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie. Obecnie w swojej twórczości koncentruje się przede wszystkim na malarstwie. Jego obrazy wyrastają z osobistych wspomnień i refleksji nad doświadczeniem wykorzenienia oraz tożsamością syna emigrantów. 

Czym otaczasz się w pracowni, czy przedmioty towarzyszące ci w pracy są dla ciebie istotne?

Mam tu kilka przedmiotów albo ważnych, albo takich, które już tak długo się ze mną przeprowadzają z miejsca na miejsce, że w naturalny sposób stały się ważne. Na przykład roślinę, którą uratowałem z klatki schodowej na Bielanach. Mam ją z osiem lat, cały czas rośnie i jest już wyższa ode mnie. Staram się, żeby były tu rzeczy, które coś dla mnie znaczą. Uważam, że przedmioty mogą być naszymi przyjaciółmi. Przez to, że nigdy nie miałem poczucia, że mam własny dom – rodzice zawsze wynajmowali mieszkanie, nie miałem też swojego pokoju, bo dzieliłem go z rodzeństwem lub innymi członkami rodziny, to właśnie rzeczy niż przestrzenie są dla mnie bardziej istotne. Ilość przedmiotów ze względu na metraż czy przeprowadzki zawsze musiała być ograniczona, dlatego sprowadziłem wszystko do minimum. Mam jedną torbę z rzeczami, które coś dla mnie znaczą i kiedy zmieniam miejsce, wystarczą mi, by poczuć się jak w domu. W pracowni też zredukowałem ilość przedmiotów. Nie mam nawet nic wygodnego do siedzenia, bo staję się wtedy leniwy. 

Zredukowałeś, bo w jakiś sposób cię męczą?

Tak, wizualnie mi przeszkadzają. Nawet obrazy. 

 

Jak wyglądają twoje dni w pracowni?

Jestem artystą, który nie ma przygotowanego planu. Bywa też, że się nudzę. Siedzę tu na przykład sześć godzin i to jest mój czas. Coś tam porobię, pomyślę, pooglądam jakieś głupoty typu „Na wspólnej”. Jestem fanem polskich seriali, za dzieciaka oglądałem je z mamą. Mój ulubiony to „Ranczo”. Mam wrażenie, że jestem jak Lucy i Kusy jednocześnie. Jak ta Amerykanka, która próbuje coś z tymi Polakami działać, jakoś ich kocha, choć jednocześnie ma z nimi problem. Ja sam czuję, że Polska to moja ojczyzna, a z drugiej strony wcale nie. 

Czasami widzę na ekranie jakieś ciekawe kadry, które przerzucam na płótno. Maluję swoje życie, choć teraz w zasadzie życie, które nie istnieje. Bo jeśli cały czas siedzisz w pracowni, to kiedy masz żyć? Kiedy spędzać czas na robieniu szaleństw, kiedy gdzieś pojechać? Na przykład pojeździć konno. Marzę o tym, żeby pojechać gdzieś na konie, a że nigdy nie mam na to czasu, to po prostu to namalowałem. 

 

Mówisz, że zanim powstanie obraz, nie masz planu. Nie powstają żadne szkice?

Jest raczej tak, że widzę coś w głowie i robię bardzo prosty szkic. Bardziej po to, żeby ustalić, jakie płótno wybrać. Szkic i obraz to dla mnie zupełnie dwie różne rzeczy. Po drodze zmienia się wiele, na przykład kolor. 

Bubble bath, 2026, Oil on jute, 90×150 cm

 Quick shower, 2025, oil on canvas, 160×130 cm

bez tytułu, 2026, Oil on linen, 150×200 cm

Czy kiedy tu przychodzisz, masz swoje przyzwyczajenia, które ułatwiają ci pracę?

Nie jestem artystą, który jest samotny, może wstać i przyjść do pracowni, kiedy chce. Nie ma za bardzo miejsca na rytuały, które lubisz, które ci pomagają, bo czasami oddajesz dziecko do przedszkola i masz trzy godziny, żeby pomalować. To jest też fajne, narzucić sobie czas, w którym musisz coś robić. Najczęściej po kilku godzinach siedzenia w pracowni dochodzi do takiego momentu, kiedy maluję i wtedy nikt nie może mi przeszkodzić. To jest ten czas, kiedy niemal nie wiem, co robię, jestem w amoku i mam maksymalne skupienie.

 

Dziś w swojej twórczości koncentrujesz się przede wszystkim na malarstwie, studiowałeś jednak rzeźbę. Co pokazałeś na dyplomie?

Zrobiłem pracę o Armenii. Armenia, I love you. Metalowy pręt, podłączony do prądu wygiąłem w kształt góry Ararat. Dla Armenii to największy symbol narodowy. Podłączenie do prądu miało symbolizować napięcie pomiędzy Armenią a Turcją, która przejęła tereny, na których znajduje się góra.

Sam nigdy w Armenii nie byłem. W 2018 roku chciałem pochodzić po Google Street View, żeby chociaż w ten sposób zwiedzić ten kraj. Ale okazało się, że nie można tego zrobić. Zacząłem więc znajdować zwykłe zdjęcia zrobione przy aucie czy pod blokiem i malować pejzaże Armenii, ale oczami ludzi, którzy tam są, skoro ja nie mogłem tam być. Namalowałem serię obrazów z geograficznymi współrzędnymi. 

To nie jest tak, że ja wczoraj odkryłem rasizm. Tworząc, pokazuję, jak na miło można go przyjąć. Jak się odnaleźć, kiedy 30 lat ktoś ci mówi, że jesteś ciapakiem. W Polsce ludzie wszystkiego pilnują. Ja raczej staram się nie odzywać. Kiedy ktoś nie posprzątał po psie, nie jestem w stanie mu powiedzieć, żeby to zrobił, bo czuję, że to nie jest moja ziemia, nie czuję tej przynależności. Zadziwiają mnie znajomymi, którzy mówią: moja działka, moja ulica, tu się wychowałem. Ciężko mi uwierzyć, że można tak czuć. Może chodzi o to, że obserwowałem brata, który cały czas na wszystko uważał, bo bał się deportacji. Sam, wychowując się tu od urodzenia, obywatelstwo dostałem, dopiero kiedy miałem 18 lat. Wcześniej, na przykład w szkole nie mogłem wyjeżdżać na żadne wycieczki. Pamiętam, kiedy w Szklarskiej Porębie czekałem, aż moja klasa wróci z Pragi, bo nie mogłem przekroczyć granicy. Byłem takim „nie-Polakiem”, który nie może wyjechać z Polski. Czułem się zagubiony, nie wiedziałem, gdzie jest mój dom. Dziś czuję, że dom jest wtedy, kiedy jestem z moją żoną i z dzieckiem. Nieważne gdzie.

 

Od pewnego czasu na twoich płótnach pojawia się postać Wilkołka. Kiedy i jak powstał?

Ta postać nie ma genitaliów, nie chciałem nacechować jej męskością. To powoduje, że staję się akceptowalny całościowo, że jestem raczej maskotką Polaków niż facetem, który jest wielkim, budzącym postrach, owłosionym typem. Choć chodziło mi też i o to, by wydźwięk był uniwersalny. 

Był moment, gdy chciałem już to rzucić i malować normalnego siebie. Patrząc w lustro, namalowałem swój portret pierwszy raz od wielu lat. I to było mega trudne. Zdałem sobie sprawę, że widzę siebie samego już bardziej tak jak na płótnach. Z włosami. Ta postać stała się moim alter ego i zauważyłem, że jestem jego pomocnikiem, to on jest ważniejszy i to on przeżywa na obrazach fajniejsze rzeczy. Na pewno chcę ten temat dalej pociągnąć, bo całe życie marzyłem o tym, żeby znaleźć coś charakterystycznego dla siebie. Myślałem, że będzie to coś ciekawszego niż owłosiony gość, ale czuję w tym moc, czuję, że to jest szczere. A jedyna sztuka, jaka jest dla mnie ważna, to właśnie ta szczera.

Self-portrait, 2025, Oil on jute, 33×24 cm
Self-portrait, 2025, Oil on jute, 33×24 cm