Basia Cabaj:
Dużo więcej satysfakcji daje mi sama praca niż jej efekt
W katowickim mieszkaniu połączonym z pracownią odwiedzamy Basię Cabaj – absolwentkę malarstwa na Wydziale Artystycznym Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach. W swoich pracach Basia wykorzystuje głównie medium malarstwa, najczęściej przetwarzając wątki zaczerpnięte z własnego życia; tworzy – jak mówi – autofikcjonalną narrację.
Od kiedy tu mieszkasz i pracujesz?
W tej przestrzeni jestem od roku. W zasadzie to, że pracuję tu, gdzie mieszkam, jest dla mnie nowością. W zeszłym roku skończyłam studia, wcześniej przez kilka lat pracowałam na uczelni, w międzyczasie byłam jeszcze na rezydencji w Poznaniu, gdzie miałam swoją pracownię związaną z projektem rezydencyjnym w Centrum Kultury Zamek. Teraz mam nieco przejściowy czas, który zobaczymy, może przerodzi się w nieprzejściowy, ale stopniowo przyzwyczajam się do pracy w mieszkaniu.
Ta przestrzeń jest nieco za mała, pracownia poza domem daje też możliwość wychodzenia do pracy. Dla niektórych mieszanie się życia domowego z pracą jest zaletą, dla mnie jest to jednak trochę trudne. Kiedy jestem w tej pracowni, co jakiś czas pomyślę: „A może wstawię pranie, zrobię sobie coś do jedzenia, a może jeszcze coś innego”. I to jest zdecydowanie rozpraszające. Dodatkowo higiena wychodzenia z domu, to, że trzeba wyszykować się i wyjść – pomaga w pracy.

Mroczna pasażerka

Czy w pracowni są przedmioty, które nie są narzędziami pracy, a są dla ciebie ważne i lubisz je tu mieć?
Tak, mam dużą potrzebę dekorowania przestrzeni dookoła siebie i nawet kiedy jestem w tymczasowych pracowniach, to zawsze muszę sobie coś porozkładać, żeby oswoić wnętrze. W tej pracowni mam też trochę takich artefaktów. Dwa plakaty z wystaw moich przyjaciół, dwa kubki z motywem koni, w tym jeden ze zdjęciem, które było zrobione, kiedy miałam 12 lat, fajansowy piesek, figurki, które pełnią funkcję czysto dekoracyjną. Te przedmioty sprawiają, że dana przestrzeń jest moja i jest taka, jakbym chciała. To dla mnie niezbędne, muszę czuć się dobrze we wnętrzu, żeby móc w nim pracować.
Kiedy zaczęło się twoje zainteresowanie sztuką?
Jeżeli chodzi o moją rodzinę, to nikt nie zajmował się sztuką zawodowo. Mój dziadek bardziej hobbistycznie malował sobie w wolnym czasie martwe natury. Natomiast moja mama była zafascynowana sztuką i zbierała albumy z malarstwem, raczej klasyczne, w typie „1000 arcydzieł malarstwa”. Kontakt z tymi albumami to był mój pierwszy świadomy kontakt ze sztuką i ona zawsze była dla mnie bardzo fascynująca i silnie na mnie oddziaływała. Zapewne w dzieciństwie na innych płaszczyznach niż w późniejszym życiu.
Rozwijało się we mnie także zainteresowanie manualną stroną. Bardzo wcześnie zaczęłam edukację artystyczną, poszłam do gimnazjum plastycznego. Później było liceum plastyczne, a kolejno od razu po maturze poszłam na malarstwo na ASP, gdzie dziś sama pracuję.
Czy zanim zaczynasz obraz, powstaje szkic? Wiesz, co pojawi się na płótnie czy wszystko krystalizuje się, dopiero kiedy zaczynasz malować?
Wszystko jest raczej dość sztywno zaplanowane od początku. Zaczynam od pomysłu, który często noszę w głowie przez jakiś miesiąc czy nawet dwa. Zazwyczaj też tych pomysłów mam trochę do przodu. Więcej wymyślam niż pracuję. Pomysły dojrzewają – dochodzą kolejne wątki, widzę coś nowego, co można wyciągnąć z danego motywu, i później, najczęściej na dzień przed tym, jak zaczynam już dany obraz, robię sobie szkic i na tej podstawie zaczynam malować. Większość moich prac to dość duże formaty, więc przenoszenie małego szkicu na większą skalę często sprawia, że pojawiają się nowe rzeczy, zarówno w płaszczyźnie kompozycyjnej, jak i treściowej. I chociaż wszystko jest zawsze zaplanowane, to jest i tak, że w trakcie malowania pojawiają się nowe wątki, zaczynam mieć nowe przemyślenia co do wybranego motywu, pokazują mi się nowe znaczenia, które sprawiają, że chcę coś dodać, odjąć albo zmienić.
Tu mam szkic do obrazu Mroczna pasażerka, którego bohaterka ciągnęła zwłoki do lasu. Na szkicu dziewczyna jest bardziej zmartwiona, a na obrazie finalnie była zadowolona z siebie. A z kolei tutaj na szkicu jest bohaterka obrazu z koniem. Trochę się może uśmiecha, a na obrazie ostatecznie była mocno udręczona.
Czy kolorystyka prac też jest planowana już na etapie szkicu?
Nie, szkice są raczej monochromatyczne, bardzo proste i bardzo umowne. Kolor pojawia się dopiero na płótnie.
Czy podczas studiów twoje obrazy wyglądały podobnie jak dziś?
Tak. To autoportretowa konwencja, jednak nie zależy mi na tym, żeby były one wierne, a bardziej autofikcjonalne. W zasadzie pewne motywy i kolorystyka zaczęły się klarować już od drugiego roku studiów, później coraz bardziej to rozwijałam. Z każdym rokiem podchodziłam do tego coraz bardziej świadomie i coraz bardziej starałam się analizować swoje wybory, bo na początku były one, powiedzmy, częściowo intuicyjne, a później zaczęłam je mocno intelektualizować i zmieniać poszczególne komponenty tych przedstawień. Ale byłam w tym dość konsekwentna. Są takie osoby, które bardzo ciągnie do eksperymentów i potrzebują dużo próbować, a ja czuję, że z mojej perspektywy robię dużo rzeczy, które są różne od siebie, ale mimo wszystko jest w tym spójność.
To, co pojawia się na płótnie, jest mniej lub bardziej zainspirowane prawdziwymi wydarzeniami czy wątkami z mojego życia. Myślę jednak, że im jestem starsza, tym bardziej motywy odklejają się od wątków autobiograficznych. Choć to jest naturalne w procesie edukacji, rozwoju, że na początku częściej sięga do rzeczy bliższych sobie. To autofikcja, ponieważ w jakiś sposób czerpię z wątków mojego życia, natomiast nie zawsze są to moje doświadczenia. Bardzo często przetwarzam coś z kultury czy literatury i później biorę swoje przemyślenia na dany temat i zastanawiam się, w jaki obraz mogę je przetworzyć, żeby stworzyć przedstawienie bardziej wielowymiarowe czy nieoczywiste, mogące być metaforą, która będzie bardziej pojemna niż autobiograficzna notatka. Natomiast ostatnio było tak, że miałam trochę cięższy okres w życiu. Dużo się działo i wtedy automatycznie te trudniejsze doświadczenia przełożyły się na twórczość.







Przesilenie wiosenne

Wymiana


Na płótnach w symbolicznym przedstawieniu pojawiają się twoje lęki. Czy to kwestia konkretnego cyklu czy wszystkich prac?
To był temat, od którego zaczynałam, ponieważ wtedy był to dla mnie samej bliski motyw i myślę, że dalej tak jest. Natomiast tematyka lęków, obsesji parę lat temu była w moich pracach dużo bardziej dosłowna. Teraz lęk jest wpisany w przedstawienie, ale rzadziej staje się bezpośrednim tematem, a coraz bardziej cechą.
Świadomie nie pracuję cyklami, ale myślę, że można by uszeregować te obrazy w pewnego rodzaju cykle czy fascynacje. Obecnie pierwszy raz maluję coś na zasadzie tryptyku. Są to trzy obrazy, w których narracja w bardzo bezpośredni sposób się kontynuuje. Właśnie jestem w trakcie pracy nad ostatnim. Wszystkie są o upadkach z jakimś rodzajem butów dających możliwość jazdy. Dwa pierwsze o upadkach na wrotkach, a ostatni na łyżwach. Ale wrotki i łyżwy są tak naprawdę tylko scenerią, natomiast upadki są dość metaforyczne i w sumie te trzy obrazy są o relacjach z ludźmi. Pierwszy obraz jest z zeszłego roku. To upadek, w którym bohaterka leży na chodniku, a nad nią znajduje się cień postaci, której nie widzimy. Na drugim bohaterka siedzi po upadku w ewidentnie abnormalnym stanie, a z jej ust wylewa się ślina. Są to przedstawienia różnych stanów i relacji ze światem zewnętrznym, których nie chcę dokładnie dopowiadać.
Tytuły obrazów powstają już na sam koniec, czy na początku?
Różnie, ale myślę, że częściej na koniec. Czasami mam pomysł, w którym ten tytuł jest bardziej integralną częścią, jest ważniejszy i wtedy pojawia się już od początku. Czasami dopiero na koniec zastanawiam się, jaki nadać tytuł, żeby był dobrym uzupełnieniem, ale też żeby nie zdradzał za dużo, żeby nie był wyjaśnianiem wprost tego, co na obrazie, bo jednak lubię, kiedy są one „rebusami”.
Kiedy najlepiej ci się maluje?
Najchętniej zaczynałabym rano, a kończyła po południu, natomiast pracuję dodatkowo w paru miejscach, mam różne zobowiązania. Pracuję artystycznie wtedy, kiedy nie pracuję pedagogicznie, więc muszę się do tego dostosowywać. Podczas malowania niestety zawsze muszę czegoś słuchać.
Dlaczego niestety?
Zastanawiam się, czy to nie jest kwestia zwiększonego zapotrzebowania na bodźce. Kiedy pracuję w ciszy, czuję się niedostymulowana. Choć chciałabym się uniezależnić od tej stymulacji, jest to dla mnie na tyle mobilizujące, że ciężko mi jest z tego zrezygnować.
Czy swoje obrazy wieszasz na ścianach mieszkania?
Nie, to byłoby dla mnie dziwne. Często myślę pod tym kątem o kolekcjonerach sztuki. Ja jestem związana z obrazami, czy w ogóle ze sztuką jako obiektami, które są tekstem kultury, które chłonę i trudno mi je traktować jako element wystroju. Dziwnie czuję się z czyimś obrazem powieszonym w mieszkaniu, a ze swoim byłoby mi jeszcze dziwniej. Tym bardziej że ja sama często jestem na tych obrazach, do tego przedstawiona w specyficzny sposób. W tym mieszkaniu jest kilka prac, natomiast one wszystkie należą do mojego partnera. Ja powoli oswajam się z tym, że one tutaj są.
Czy malowanie sprawia ci przyjemność? Co jest najciekawsze w tym procesie?
To też ciekawy dla mnie temat, ponieważ ostatnio czytałam trochę wypowiedzi koleżanek, kolegów, którzy malują i często spotykam się z tym, że ktoś mówi, że malowanie jest dla niego uzależniające, ale że się bardzo męczy, kiedy to robi. U mnie jest zgoła odwrotnie, ja uwielbiam malować. Jasne, że czasami pojawiają się też negatywne emocje, kiedy coś nie do końca idzie po mojej myśli. Natomiast ja najbardziej lubię zaczynać obrazy, bo to jest dla mnie adrenalinowy skok. Czegoś jeszcze nie ma, a zaraz będzie. Maluję w dość dynamiczny sposób, chcę jak najszybciej zapełnić pustą przestrzeń, a później to już jest dużo dokładania, dużo myślenia, to są faktycznie problemy do rozwiązania. Ale i te problemy są dla mnie przyjemne. Zdecydowanie dużo więcej satysfakcji daje mi sama praca niż jej efekt. Nie czuję wielkiej satysfakcji ze skończonego obrazu. Czuję ją, kiedy zaczynam. No i też sama praca jest dla mnie dużo przyjemniejsza od tych wszystkich późniejszych rzeczy, typu wystawy. Wyobrażałam sobie, że będzie dawało mi to większą przyjemność, ale odkryłam, że najbardziej satysfakcjonująca jest sama praca.

Maluj dalej

Wrotki



Może bym nie musiała





