Basia Flores: Lubię początki

Basia Flores:

Lubię początki

Autor: Aleksandra Koperda
Zdjęcia: Michał Lichtański
Data: 30.08.2022

Jedno z pomieszczeń mieszkania w kamienicy w centrum Katowic, ściany pokryte kartkami ze szkicami, biała, drewniana podłoga pochlapana kolorowymi farbami, sofa, którą trudno przeoczyć i obrazy pełne fioletów, czerwieni i granatów. Tu pracuje ilustratorka Basia Flores. Basia studiowała grafikę projektową na katowickiej ASP. W tym mieście spędziła praktycznie całe życie, ale jak mówi: Z małymi wyjątkami, kiedy to nie umiałam usiedzieć na miejscu i nosiło mnie gdzieś dalej”.

Rysowałaś od małego?

W sumie nie do końca, bo dosyć długo nie rysowałam wcale. Mam dwie starsze siostry, rodzice są architektami, a mój dziadek był malarzem i rzeźbiarzem, a ja nie chciałam nawet wziąć kredki do ręki. Aż w końcu pewnego dnia sięgnęłam po czarny mazak i narysowałam wielką czarną kulę. Mama się trochę przeraziła, spytała, co narysowałam, odpowiedziałam, że to jest strach. Od tego momentu, kiedy wyrzuciłam ten strach na kartkę, zaczęłam rysować cały czas. W podstawówce rysowałam wszystkim prace i laurki.

Wybór studiów był dla ciebie oczywisty?

Z jednej strony tak, z drugiej strony nie. Poszłam do liceum ogólnokształcącego, dopiero w drugiej klasie zaczęłam przygotowywać się na Akademię. Najpierw zdawałam na wzornictwo i dziś mówię: całe szczęście, że się nie dostałam. Koniec końców ukończyłam grafikę projektową ze specjalizacją ilustracji.

Kiedy i gdzie niosło cię dalej”?

Podczas studiów najpierw wyjechałam do Walii na Erasmusa. Tam pod okiem świetnej nauczycieli i przewodniczki Yadzi Williams otworzyłam się na eksperymentowanie z ilustracją. Ten czas miał największy wpływ na mój styl, było to bardzo odświeżające i otwierające spojrzenie na ilustrację. Potem był staż w Dublinie. Pojechałam na trzy miesiące, zostałam półtora roku. Pracowałam w agencji Zero-G. Mój szef Ciarán ÓGaora – wspaniały projektant graficzny, otworzył moje horyzonty twórcze, obdarzył mnie dużym zaufaniem i pozwolił mi pracować przy ważniejszych projektach. Bardzo dobrze wspominam współpracę z The Gaiety Theatre i proces tworzenia plakatów do spektakli.

Po studiach magisterskich wyjechałam na prawie trzy lata do Brazylii. Tym razem za miłością. Pracowałam tam jako graficzka i art dyrektorka. To był też czas, kiedy na pełen etat zaczęłam robić to, co robię dzisiaj. To tam postanowiłam zrezygnować z pracy w firmach projektowych. W końcu miałam tę odwagę i zaczęłam siebie widzieć jako ilustratorkę. Wcześniej ilustracja gdzieś tam z boczku cały czas ze mną była, więc stwierdziłam, że spróbuję wejść w to na 100%, bo kiedy pracowałam po godzinach, efekty nie były dla mnie satysfakcjonujące. 

Miałam wtedy jednego klienta i to zlecenie pozwoliło mi zaryzykować. Sama do końca nie wiedziałam, co robię. Z perspektywy czasu myślę, że to był dość szalony krok, ale potrzebny. Często było bardzo trudno i myślę, że będąc artystą, trzeba mieć ogromne samozaparcie, nie poddawać się i iść do przodu. Żyje się trochę z dnia na dzień, nie wiadomo kiedy i czy będzie kolejne zlecenie. Obecnie wykładam grafikę i ilustrację na Akademii Śląskiej WST w Katowicach i to daje spokój ducha.

Gdzie dokładnie mieszkałaś w Brazylii?

W samym środku Amazonii, w Manaus. Bardzo ciekawe doświadczenie. To dwumilionowe miasto, otoczone dżunglą. Wydostać się można jedynie samolotem lub płynąc łódką przez dwa tygodnie! Pojechałam tam, nie znając języka, pierwsze trzy miesiące płakałam. Całe szczęście bardzo szybko znalazłam pracę w biurze projektowym z samymi Brazylijczykami, więc to mi pomogło szybciej nauczyć się portugalskiego. Pomimo tego, że to było bardzo, bardzo przyjemne miejsce, super ludzie ze świetną energią, to właśnie ta Brazylia dała mi energię do i motywację do tego, żeby spróbować własnych sił. 

Czy to tam na twoich ilustracjach zaczęły pojawiać się żywe kolory?

Gdzieś tu mam pierwszą ilustrację, którą namalowałam w momencie, kiedy podjęłam już tę decyzję i powiedziałam sobie: będę ilustratorką. Chyba to, że przyznałam przed sobą, co chcę tak naprawdę robić, sprawiło, że coś się odblokowało. Mój styl cały czas się zmienia, głównie w zależności od emocji, które mam i od tego, co się dzieje głowie. Od paru lat maluję też płótna. I to jest dla mnie nowe doświadczenie, ale też chyba nieunikniona zmiana. Cały czas wydaje mi się, że jest jeszcze więcej do eksplorowania, do odkrycia, narysowania innym sposobem, przy użyciu innych narzędzi czy mediów. Płótno, czy pędzle pozwalają mi na inne efekty, zupełnie inaczej wygląda malowanie, a inaczej siedzenie przy komputerze. Inny jest kontakt z ciałem. Tego kontaktu z moim ciałem chyba mi brakowało i dlatego przeniosłam się teraz w większym stopniu na płótna.

 

 

Kiedy wróciłaś do Polski, musiałaś zacząć od zera, wychodzić swoje ścieżki.

Zaczynanie od zera ma też swoje plusy. Możesz zacząć od nowa tak jak z płótnem. Masz wszystkie kolory do dyspozycji i możesz stworzyć coś nowego. Lubię początki i to było raczej ciekawe doświadczenie. Powrót do Polski bardzo dużo mi dał, poznałam wielu ilustratorów. Do dziś te kręgi się przeplatają i to też dużo daje, obcowanie z kimś, kto tworzy w tej samej materii, bo ważna jest wymiana myśli.

Oprócz tego, co siedzi ci w głowie, tworzysz też ilustracje na zamówienie. Którą współpracę czy projekt wspominasz wyjątkowo?

Mam w miarę stałe zlecenia do gazet, np. do „Newsweeka”, „Wysokich Obcasów”. Tworzę okładki książek, plakaty. Obrazy są dla mnie cały czas placem zabaw, momentem, kiedy mogę trochę odpocząć. Wolny czas spędzam raczej przy płótnie niż przy kartce.

Stworzyłam kiedyś plakat z ptakiem. Na jednych targach spotkałam Magdę Kłos-Podsiadło z Wydawnictwa Wytwórnia. W wydawnictwie dostrzegli go i stwierdzili, że chcieliby stworzyć książeczkę dla dzieci z tym bohaterem. No i tak trochę z niczego, z jednej ilustracji powstała seria trzech książeczek: Kuku uczy o kolorach, Kuku uczy liczyćKuku ze zwierzętami. W tym samym wydawnictwie współtworzyłam ilustracje do Elementarza polskiej kultury

Ważnym projektem była książka Inner Strength the Women of Poland and Japan. Zaproszone dostało pięć artystek z Polski i pięć z Japonii. Każda z nas miała przedstawić na ilustracjach swoją interpretację siły kobiet. Ja wybrałam pięć kobiet z najbliższego otoczenia i na podstawie rozmów z nimi stworzyłam portrety wrażeniowe. Później seria tych ilustracji była wystawiona w Japonii, w Tokio i w Mandze w Krakowie.

A jak to jest z kolorami? Są w twoich pracach takie, które pojawiają się zawsze? 

Tak jest chyba z czerwonym; miałam próby odejścia od tej czerwieni, ale jakoś cały czas do niej wracam. Pierwsza ilustracja zrobiona w Brazylii była właśnie czerwona. Bywały też momenty bardzo niebieskie i to może taki banał, ale to się po prostu łączy z emocjami.

Jak pracujesz? Co pomaga ci zacząć dzień w pracowni?

Wiadomo, że kawka. Kawa musi być zawsze. Jeśli chodzi o zlecenia, jeżeli muszę zrobić np. ilustrację do artykułu, to po prostu siadam, czytam tekst, robię notatki ilustracyjne z tego, co wyłapuję. Kiedy czytam, już pojawia mi się jakiś pomysł. Ale poza tym, żyjąc cały czas ilustracjami, siłą rzeczy myślę obrazami, więc lubię łapać jakieś zasłyszane fragmenty rozmów, słów czy przeczytanych historii. To ma na mnie bardzo, bardzo duży wpływ i nawet jeżeli nie od razu, to potem np. kiedy leżę w wannie, to do mnie wraca w formie obrazu.

Korzystasz ze szkicowników?

Rzadko. Moim szkicownikiem jest ściana w pracowni. Tu przyklejam różne szkice. Cenię sobie wolność również w szkicowaniu, czyli na luźnej kartce. Luźna kartka daje mi swobodę i nie spinam się, że coś musi wyglądać super, bo jest w szkicowniku. Chociaż parę szkicowników też miałam, ale zawsze to się kończy tym, że mam 10 porozpoczynanych.

Co lubisz we wnętrzach?

Z racji tego, że bardzo często się przeprowadzam, co jest pewnie związane z moim temperamentem, to swoją pracownię traktuję jak królestwo, coś, co jest w pełni moje. Chcę się tu dobrze czuć. Kiedy wprowadziłam do tego pokoju, pierwsze co zrobiłam, to przemalowałam wszystko na biało, bo wiedziałam, że będzie tu dużo innego koloru. Sofę znalazlam przez przypadek na OLX. A może właśnie ona jest przykładem braku przypadków, bo idealnie połączyła się z wiszącymi już na ścianie drewnianymi oczami od Agnieszki Sieroń, tworząc piękną twarz. W pracowni mam też przedmioty i grafiki innych artystek i artystów. Moje małe amulety. Jest np. portret Davida Hockneya wykonany przez Marikę Szwal i ilustracja od Pawła Szlotawy.