Ewa Rodart:
Sztuka jest drogą do samego siebie
W jednej z willi na warszawskim Mokotowie odwiedzamy Ewę Rodart – aktorkę, reżyserkę i artystkę wizualną. Pretekstem do spotkania jest niedawno ukończone, pierwsze własne wnętrze Ewy, którego urządzanie było niejako próbą poznania siebie i swoich potrzeb.
Spotykamy się w twojej prywatnej przestrzeni. Jaka jest historia tego miejsca?
Po latach życia za granicą, wielu przeprowadzkach i braku swojego miejsca poczułam, że potrzebuję się zakorzenić. Wcześniej jeździłam po świecie, przez rok mieszkałam w Chile, pół roku w Makao, Amsterdamie i Pradze, najdłużej, pięć lat w Nowym Jorku. Kupno mieszkania było dla mnie trudnym tematem. Z jakiegoś powodu uważałam, że dostałam w życiu różne dobre rzeczy, ale że w jakimś sensie posiadanie bezpiecznego portu mi się nie należy. Zrozumiałam, że to przekonanie jest tylko we mnie i zaczęłam szukać mieszkania z myślą, że chcę je przemienić.
Znalazłam ogłoszenie. Jedynie ze zdjęciem tarasu. Kawalerka na Mokotowie. Pomyślałam, że 32 metry kwadratowe to za mało, ale chciałam je zobaczyć, głównie po to, żeby dowiedzieć się, jak to jest mieć taki taras z widokiem na ogród w środku miasta. Kiedy tu przyszłam, agentka, która pokazywała mi mieszkanie, powiedziała, że ono na pewno znajdzie nowego właściciela jeszcze dziś i że sprzedawane jest na zasadzie aukcji – kto da więcej.

Kiedy tu weszłam, zachwyciło mnie światło, duże okna wychodzące na dwie strony i stara podłoga. Tylko metraż się nie zgadzał. Podczas spotkania okazało się jednak, że za ścianą obok jest pustostan należący do miasta i może będzie szansa, by kiedyś połączyć go z mieszkaniem. Zdecydowałam się na kupno tego samego dnia, a potem rozpoczął się bardzo długi proces naprawczy, bo już po zakupie okazało się, że w mieszkaniu jest wada ukryta: nieszczelna kanalizacja, która spowodowała przegnicie podłogi i jednej ze ścian. Było to dosyć intensywne doświadczenie w kwestii tego, czy moja przestrzeń mi się należy, czy nie.
Problemów, by tu zamieszkać, było zresztą więcej. Od momentu kupienia do wprowadzenia się minął rok i trzy miesiące. Pamiętam, jak po odkryciu kolejnych komplikacji w chwili zwątpienia zadzwoniłam do przyjaciela, który powiedział mi: Doceń te trudności. I wtedy coś się zmieniło. Pomyślałam, że nie rozumiem tych wydarzeń, że są dla mnie trudne, ale może de facto to jest najprostsza droga do tego, co bym chciała, tylko niekoniecznie najprzyjemniejsza. Ostatecznie dzięki tym zalaniom dostałam szansę zrobić wszystko od zera. Normalnie pewnie nie zdecydowałabym się na tak gruntowny remont. Teraz z perspektywy czasu myślę, że zmiana głębokich wewnętrznych przekonań jest trudna i że tyle czasu było mi potrzebne, żebym zrozumiała, że jak każdy zasługuję na własną przestrzeń, miejsce, z którego nikt nie może mnie wyrzucić.
Sama zajęłaś się projektem wnętrza?
Wcześniej nigdy nie zajmowałam się, ani też nie bardzo interesowałam się aranżacją wnętrz, więc nie był to mój wybór. Kiedy jednak współpraca z architektem się skomplikowała, wspominając słowa mojego przyjaciela o docenianiu trudności, pomyślałam, że może chodzi o to, bym zaangażowała się w to w pełni, tak abym na końcu miała wrażenie, że to jest moje wnętrze, a nie realizacja czyjeś wizji. Sporo pomogła mi koleżanka: to ona wpadła na pomysł narożnej ławy, lustrzanej okładziny lodówki czy wejścia do łazienki. Nieocenioną pomocą był mój wykonawca Wojtek Krzyżewski, który na coraz to nowe wyzwania reagował zdaniem „Ewa, gdybyśmy tylko takie problemy mieli”. Był moim wsparciem emocjonalnym w całym procesie, a do tego wymyślił wnęki na półki, które nadają charakter całemu wnętrzu.
Jakie przedmioty tu trafiły?
Przez wiele lat podróżowałam i ważne dla mnie było, żeby mój dobytek mieścił się w „jednej walizce”. Raczej nie gromadziłam rzeczy i nie miałam żadnych mebli. To mieszkanie było umeblowane, ale wyposażone głównie w meble z Ikei, które posprzedawałam. Zostawiłam stary drewniany stołeczek i komodę. Coś mnie w tych przedmiotach pociągało.
Lubię przedmioty vintage, mające historię. Jeszcze przed końcem remontu, gdzieś na starociach znalazłam malutki wazonik. Po drodze do mieszkania pozbierałam suszone kwiatki, postawiłam go we wnęce w ścianie, i stoi tam do dziś. Kiedy wyjeżdżałam do Stanów dziesięć lat temu, wszystkie moje rzeczy zapakowałam w pudła, które otworzyłam po raz pierwszy tutaj po przeprowadzce. Znalazłam tam przedmioty, o których istnieniu zupełnie zapomniałam. Nie za bardzo chcę mieć wokół dużą ilość bibelotów, ale kiedy znalazłam kilka pamiątek między innymi z Chile, pomyślałam, że to kawałek mojej przeszłości i jest coś wzruszającego w tych przedmiotach, które przyjechały z daleka, by w końcu dostać swoją przestrzeń.
Jestem bardzo przywiązana do wysmaganej wiatrem złocistej gałązki z wyprawy z nomadzkim ludem Tuaregów po algierskiej pustyni. Moja przyjaciółka wiozła ją najpierw za oknem jeepa przez Saharę, a potem przez trzy kontrole lotniskowe aż do Warszawy, żeby sprezentować mi ją na nowe mieszkanie.
Dziś jesteś aktorką, jednak nie był to twój pierwszy wybór. Bardzo ciekawi mnie moment, kiedy podjęłaś decyzję o tym, by spełnić marzenie. Zrezygnować z dotychczasowej ścieżki zawodowej i zacząć grać.
W 2015 roku pojechałam do Stanów Zjednoczonych, by zmienić swoje życie. Wcześniej studiowałam matematykę, informatykę i filologię hiszpańską. Zanim zdecydowałam się na zmianę, pracowałam w korporacji. Byłam konsultantką w EY, ale nie lubiłam tej pracy. Już idąc do niej, wiedziałam, że chciałabym być aktorką. To nie było łatwe odkrycie, bo cała moja rodzina to umysły ścisłe, nie ma w niej żadnych artystów. Mówiąc wprost, aktorstwo wydawało mi się niepoważne. Trzy lata mentalnie przygotowywałam się do tego, żeby zrobić twist życiowy i wreszcie dziesięć lat temu wyjechałam do Nowego Jorku do szkoły aktorskiej. Miałam pieniądze na opłacenie pierwszego roku i stwierdziłam, że lepszych warunków nigdy nie będzie.
W zasadzie od razu splotem różnych przypadków zostałam asystentką 85-letniej artystki Judith Godwin. Od początku miałam poczucie, że spotkałam się z nią z jakiegoś powodu. To od niej dostałam lampę stojącą na parapecie. Wynajmowałam tani pokój na Brooklynie i brakowało mi właśnie lampy. Powiedziałam o tym Judith, a ona zabrała mnie do swojej piwnicy, w której stało z pięć różnych pięknych mosiężnych modeli. Wybrałam tę i towarzyszyła mi ona przez wszystkie lata w Nowym Jorku. Dostałam od niej jeszcze kilka drobiazgów, w tym szklaną popielniczkę. Myślę o tych przedmiotach jak o pewnego rodzaju amuletach, o tym, że w życiu przekazujemy sobie je jak pałeczkę podczas biegu i niosą one w sobie jakąś magiczną siłę. Judith wspierała moją artystyczną drogę, sama przeszła przez wiele zawirowań, decydując się na zostanie malarką w latach 50., kiedy jedynym modelem dla kobiet było założenie rodziny. Jej życie na tyle mnie zainspirowało, że postanowiłam zrobić o niej film dokumentalny. Na jesieni skończyłam zdjęcia i jestem teraz w trakcie montażu. Znalezienie w ponad stu godzinach materiału właściwej historii jest nie lada wyzwaniem. Ostatnio pomyślałam jednak, że moje przeboje z mieszkaniem były dobrym treningiem. Dzięki nim zrozumiałam, że jeśli zaufa się procesowi i cierpliwie wytrwa w stanie niewiedzenia, z czasem pojawi się jasność i zrozumienie, a właściwe rzeczy nadejdą, kiedy będzie na nie czas.
Z przedmiotów „amuletów” ważny jest dla mnie również stary kompas. Dostałam go od dźwiękowca, z którym pracujemy nad wspomnianym dokumentem. Kiedy po zdjęciach w Nowym Jorku i Virginii trafiliśmy do Richmond, poszedł do sklepu ze starociami i każdemu z ekipy kupił drobny prezent. Ja dostałam kompas, który, jak powiedział, ma mi wskazywać drogę przy pracy nad filmem, ale i w życiu.











Studiowałaś informatykę i matematykę, ale w pewnym momencie zdecydowałaś się na filologię. To była już pierwsza próba zmiany?
Wydaje mi się, że wybierając pierwsze studia, poszłam drogą najmniejszego oporu, to było bezpieczne i łatwe. Po pierwsze byłam dobra z przedmiotów ścisłych, po drugie tu nie ma miejsca na subiektywizm. Jeden plus jeden jest dwa i na tym można się mocno oprzeć. W jakimś sensie mam poczucie, że gdzieś w tej matematyce się schowałam, a to, co było później, jest historią o odzyskiwaniu wolności, porzucaniu kontroli nad rzeczywistością. Po skończeniu matematyki i informatyki poszłam na filologię z myślą, że nauczę się języka, a przy okazji jeszcze przez jakiś czas nie będę musiała zaczynać dorosłego życia. Jako że dużo rzeczy w życiu przychodziło mi z łatwością, płynęłam z prądem. Nie szukałam żadnej z wcześniejszych prac. Wszystkie zajęcia, jakie wykonywałam do momentu, kiedy zdecydowałam, że chcę zostać aktorką, same do mnie przyszły.
Pracę na uniwersytecie, zajęcia z literatury latynoamerykańskiej zaproponował mi jeden z wykładowców, kiedy jeszcze byłam w trakcie studiów. Kiedy zaczęłam robić doktorat na filologii, moja profesor zaproponowała, bym uczyła hiszpańskiego. Później jedna z osób, od której wynajmowałam mieszkanie, zaproponowała mi rozmowę kwalifikacyjną w korporacji. Mam ciekawską naturę i te wyzwania były dla mnie interesujące.
Jeśli chodzi o aktorstwo, mój obecny partner, wtedy przyjaciel, zapytał mnie, jaką mam pasję, co tak naprawdę chciałabym robić w życiu. Pytał kilka razy. Pamiętam, że raz poszliśmy do kawiarni w ówczesnym Hotelu Europejskim, gdzie powiedział: „Słuchaj, mam takie ćwiczenie. Wyobraź sobie, że jestem Bogiem i mogę dać ci wszystko, co chcesz”, a dodatkowo, i to był ten warunek, który wszystko dla mnie zmienił: „możesz zmienić zdanie za pięć minut. To co byś chciała robić w życiu?”. Przyszło mi do głowy aktorstwo i strasznie się zawstydziłam. Ale on widział po mnie, że coś wymyśliłam. Wyciskał to ze mnie naprawdę długo. W końcu to wypowiedziałam, ale nie zrobiłam nic w tym kierunku przez najbliższe dwa lata. I to on kolejny raz zmobilizował mnie do tego, by ruszyć. Stwierdził, że powinnam sobie wyznaczyć jakąś datę i jeśli do tego czasu nic z tym nie zrobię, to może trzeba to marzenie porzucić. Pamiętam, że to mnie na tyle ubodło, że następnego dnia zapisałam się do szkoły weekendowej Romy Gąsiorowskiej. Chciałam zobaczyć, czy rzeczywiście mogę się tym zajmować, a w tej szkole nie miałam poczucia, że próg wejścia jest taki, jak w tradycyjnej szkole aktorskiej. Było kilka takich momentów i jeden, myślę, był decydujący. Miałam do zrobienia końcową scenę z filmu Closer. Zaczęliśmy ją grać z jednym z chłopaków i coś się we mnie się połączyło. Miałam poczucie, że coś jak huragan zabrało mnie w tę scenę bardzo głęboko. To było dla mnie bardzo ważne doświadczenie, kiedy poczułam, że nie do końca wiem, co się stało, ale że jest jakiś dostęp do czegoś, że jakbym umiała poznać, jak to się robi, to mogłabym się tym naprawdę zająć.
Co było dalej?
Ta szkoła trwała rok, potem poszłam do studia aktorskiego Laboratorium Meisnera, gdzie pracuje się techniką wpisującą się w nurt aktorstwa wywodzącego się od Stanisławskiego. W międzyczasie zaczęłam szukać szkoły za granicą i znalazłam też William Esper Studio w Nowym Jorku, ale stwierdziłam, że jest za drogie, za daleko, że sobie nie poradzę i odrzuciłam ten pomysł. W Warszawie trafiłam na warsztaty prowadzone przez kogoś, kto oferował intensywne kursy aktorstwa w Londynie. Podeszłam do niego pod koniec zajęć, mówiąc, że chciałabym na nie pojechać, ale okazało się, że więcej się nie odbędą. Zapytałam, co innego by mi polecił. Powiedział, że na moim miejscu pojechałby do William Esper Studio, do tej samej szkoły w Nowym Jorku, którą wcześniej znalazłam. Stwierdziłam, że to znak.
Wyjechałaś i po pięciu latach zdecydowałaś się na powrót.
Kiedy skończyłam szkołę, byłam w rozkroku. Nie wiedziałam, czy wracać, czy próbować czegoś tam. Ostatecznie znalazłam menadżera i stwierdziłam, że stawiam wszystko na Stany, a kilka tygodni później zaczęła się pandemia. Rozchorowałam się na samym początku. Trzy tygodnie siedziałam zamknięta w mieszkaniu w Nowym Jorku i miałam dużo czasu do przemyśleń. Stwierdziłam, że jeżeli podejmuję decyzję i nagle cały świat się zatrzymuje i wygląda na to, że nic się nie da zrobić, nie wiadomo jak długo będzie to trwało, to może należy posłuchać wszechświata i nie tędy droga. Stwierdziłam, że na początek wyjadę do Polski na kilka miesięcy, jedynie z bagażem podręcznym, zostawiając całe mieszkanie. Przez pół roku płaciłam czynsz, w końcu stwierdziłam, że mnie na to nie stać i podnajęłam zdalnie mieszkanie. Jednocześnie doceniłam to, że mam tutaj zaplecze, znajomych z liceum, ze studiów.
Zdałam sobie sprawę, że w jakimś sensie prowadziłam w Stanach mnisie życie. Nowy Jork jest miastem, do którego dużo ludzi przyjeżdża, by spełnić swój wielki sen. Jednym udaje się to bardziej, innym mniej. Miasto jest drogie i ci, którzy są artystami, żeby przeżyć, muszą mieć jakąś dodatkową pracę. W związku z tym bardzo dużo osób, ze mną włącznie, ma mocno ograniczone życie towarzyskie. Kiedy po półtora roku Stany się wreszcie otworzyły i mogłam wrócić, stwierdziłam, że to nie ma sensu.
Jaka była twoja pierwsza rola i jak to dziś wspominasz?
To była rola Klitajmestry w przedstawieniu teatru fizycznego Dawida Żakowskiego wystawianego w Teatrze Baza. Wydarzyła się w okresie poszukiwania, jeszcze zanim trafiłam do Nowego Jorku. Pamiętam, że terapeutka, do której wtedy chodziłam, kiedy powiedziałam jej, że jestem niezadowolona z życia, narysowała coś na kształt odwróconego kapelusza, mówiąc, że te górne części to obecny i przyszły świat, a zagłębienie w środku to ciemna dolina. Nasze światy są sumą naszych przekonań, na temat tego, co uważamy za możliwe, a co za niemożliwe. Nie da się przeskoczyć z jednego świata do drugiego, stary świat musi najpierw umrzeć, nasze wewnętrzne przekonania muszą zostać podważone i potrzebny jest czas, by wyłoniły się reguły rządzące nowym światem.
Byłam w próbach do przedstawienia, a jednocześnie mój szef w korporacji zaprosił mnie na rozmowę i zapytał, czy nie mam depresji. Powiedział, że ma wrażenie, że nie jestem taka, jaka byłam wcześniej, trochę jakby mnie nie było. Nie tylko on tak mówił. Powiedziałam to mojej psycholożce, a ona stwierdziła: „skoro ludzie mówią, że ciebie tu nie ma, to zobacz, gdzie jesteś”. Zamknęłam oczy i zobaczyłam, że siedzę na kamieniu w jaskini otwartej z góry. Było to jednak przyjemne uczucie, a psycholożka stwierdziła, że jestem w ciemnej dolinie, „dnie kapelusza” pomiędzy światami, stary porządek już nie istnieje, a nowy się jeszcze nie wyłonił i że może muszę tam trochę posiedzieć.
To był trudny czas, w którym czułam się pozbawiona swoich supermocy. Mam bardzo dobrą pamięć, szybko uczę się tekstu i mam naturalną świadomość ciała. Tymczasem weszłam w okres prób do tej sztuki i okazało się, że nic z tego nie działa. Miałam dwie strony tekstu do nauczenia się przez dwa tygodnie i to był jakiś koszmar. Ten teatr wymaga dużej ilości tańca i ruchu, a ja czułam się sztywna jak kłoda. To było ciężkie, uczące pokory doświadczenie. Ten stan trwał do momentu, kiedy postanowiłam, że wszystko mi jedno, że czuję, że jestem beznadziejna, ale i tak zrobię ten krok i rzucę starą pracę. W jednej chwili wróciły moje supermoce, a wszystko aż do wyjazdu układało się w zasadzie bezproblemowo, jakby wszechświat chciał mnie nagrodzić za podjęcie decyzji.
Dziś grasz, sama robisz filmy, ale też tworzysz kolaże. Czy któraś z tych aktywności daje ci najwięcej satysfakcji?
Dla mnie one się wszystkie dopełniają. W tej chwili pracuję intensywnie nad dokumentem i piszę film fabularny z rolą dla siebie, za to gram dość mało. Zastanawiałam się, dlaczego aktorstwo chwilowo odeszło na bok i doszłam do wniosku, że film, który robię o Judith, wymaga ode mnie bardzo dużo zaangażowania i ja potrzebuję tego skupienia energii. Dokument robi się inaczej niż film fabularny, przez to, że bardziej go znajdujesz, a nie wymyślasz.
Od dłuższego czasu rzeczywiście robię także kolaże. Podchwyciłam ten pomysł od współlokatorki ze Stanów. Zachwyciło mnie, kiedy zobaczyłam ją siedzącą wśród rozrzuconych papierów i wycinającą. To wydzieranie, dokładanie elementów daje dziecięcą przyjemność. Zauważyłam, że przy ich tworzeniu nie używam w ogóle analitycznego umysłu. Nie zastanawiam się w żadnym momencie tego procesu nad tym, o czym jest powstająca praca. Nagle, z jakiegoś powodu dwa kawałki z sobą grają. I to było dla mnie odkrycie. Mam bardzo koncepcyjny umysł, dodatkowo wyćwiczony przez matematykę, bardzo szybko widzę struktury, ale zrozumiałam, że ta część, która umie wszystko uporządkować, to nie jest część twórcza. Ona pozwala odsiać ziarno od plew, ale prawdziwa kreatywność działa poza konceptami i wyłania się właśnie ze stanu niewiedzenia. Dla mnie jest tak, jakby idea gdzieś już istniała, a ja muszę ją jedynie znaleźć. I właśnie to doświadczenie postanowiłam wykorzystać do pracy nad filmem. Wydaje mi się, że sztuka jest tak naprawdę drogą do samego siebie, że poprzez tworzenie, cały czas czegoś się o sobie dowiadujemy.





