Helena Stiasny:
Całe moje życie to malowanie
W warszawskiej pracowni odwiedzamy artystkę Helenę Stiasny. Helena jest absolwentką Wydziału Grafiki na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. W swoich obrazach przedstawia kobietę jako samodzielną bohaterkę własnej historii, jej prace podejmują temat relacji z ciałem oraz kulturowych wyobrażeń na jego temat, stając się komentarzem do doświadczeń młodych kobiet i rzeczywistości społeczno-politycznej.
Od kiedy mieszkasz i pracujesz właśnie tu?
Od 2020 roku, czasu mojej obrony dyplomowej i początku pandemii. Był to moment nawarstwienia kilku rzeczy. Akademia się zamknęła, ja wyprowadziłam się od rodziców, bo nie miałam gdzie malować, zaczęły się strajki kobiet i broniłam dyplom. Moment, od kiedy jestem tutaj, traktuję jako symboliczną granicę wejścia w dorosłość. Opuszczenie domu rodzinnego, skończenie studiów.



Porwanie Europy, 2025, dela.art collection
Praca i mieszkanie w jednym miejscu to dla ciebie optymalne rozwiązanie?
Nie do końca tak to było planowane. Po prostu bardzo potrzebowałam miejsca do malowania. Przez pandemię był kłopot z wracaniem co wieczór do domu rodzinnego i jak już przywiozłam materac, to po pracy zaczęłam tutaj nocować. A potem przygarnęłam psa staruszka, niepełnosprawnego. No i z psem, który stopniowo przestawał chodzić, było bardzo trudno gdziekolwiek jeździć. Właśnie dlatego dziś moja pracownia połączona jest z mieszkaniem.
Twoje obrazy wiszą na ścianach. Jak ci się z nimi żyje?
Jest tutaj dosyć duża rotacja. Większość szybko jedzie na wystawy i już nie wraca. Jest jeden, portret mojej mamy jako dziecka, który mama zakazała mi sprzedawać. To obraz inspirowany szkolnym zdjęciem ze znaczkiem „wzorowa uczennica”, który zresztą na obrazie ma zły kolor, bo zdjęcie było w sepii, a ja w życiu nie widziałam tego odznaczenia w rzeczywistości. Nie spytałam i stwierdziłam, że na pewno było zielone. Tak naprawdę w PRL-u te znaczki były czerwone.
Jak wygląda twój rytm pracy?
W gruncie rzeczy całe moje życie to malowanie. Niemal zaraz po wstaniu z łóżka idę prosto do płótna i pracuję nad obrazem do samej nocy. Potem myję pędzle, czytam książki, które są odskocznią od malarstwa, ale też poszukuję w nich treści pozwalających na rozwój moich obrazów zarówno znaczeniowy, jak i technologiczny. Zależy mi na tym, by były coraz lepsze i pod względem technicznym, i narracyjnym, i jako obraz, który postrzegamy psychofizjologicznie. Sprawdzam różne harmonie barw i proporcji. Tworzę zestawienia, kształty, przypadki. Chcę, żeby to była skończona całość i zdecydowana wypowiedź, która będzie zadawać widzowi pytanie. Treść, która skłoni do zastanowienia, która naruszy trochę prozaiczną codzienność. Gładkość, za którą nie jest tak prosto i kolorowo, jak by się mogło wydawać.
Czasami pracuję w ciszy, czasem słucham muzyki poważnej, czasem elektronicznej, a kiedy już kończę obraz i są na nim elementy wymagające powtarzalnej pracy takie jak faktury, wzory, detale, to bardzo lubię słuchać audiobooków.
W swoim malarstwie często przedstawiasz postaci kobiet. Czy ten motyw był obecny w twojej twórczości od początku?
Zastanawiałam się jakiś czas temu, jak się to zaczęło i przypomniało mi się, że już wszystkie moje pluszaki, kiedy byłam mała, były kobietami. Mój brat strasznie się denerwował, kiedy mówiłam, że wszystkie zabawki to dziewczyny. Zainteresowanie kobiecością było chyba we mnie już od głębokiego dzieciństwa, czy to w figurze mamy, czy starszej kuzynki, która była dla mnie dużą inspiracją. Mieszkała we Francji, więc widywałam ją bardzo rzadko. Była dużo starsza, trochę rysowała, potem zajęła się grafiką projektową. Myślę, że była figurą kobiety, którą się inspirowałam w kreowaniu swojej osoby. Byłam najszczęśliwsza na świecie, kiedy oddawała mi swoje stare sukienki.
Jak pokazywana przez ciebie postać kobiety się zmienia?
Figura kobiety na moich obrazach dorasta razem ze mną. Wcześniej dużo pracowałam z młodzieńczością, a kiedy moje przyjaciółki rodziły dzieci, miałam moment dużego zainteresowania kobietami w ciąży czy karmiącymi. Myślę, że to taki proces przechodzenia przez życie i przyglądania się tej postaci, jej znaczeniom, temu, jak ją interpretujemy. Mam taką wizję, że będę to robić do starości, więc będzie to przejście przez życie i obraz kobiety, który powoli się zmienia.
Ostatnio mocno skłaniam się w kierunku egzystencjalnych tematów. Szczególnie że starość i choroba mojego psa, który jakiś czas temu odszedł, mocno mnie poruszyły. Motyw przemijalności bardzo we mnie rezonuje. Rzeczy, które były, a których już nie ma. Powoli staram się ugryźć ten temat. Jestem w fazie szkiców, zaczętych obrazów, ale wydaje mi się, że z etapu ukazywania rozbuchanej seksualności powoli przechodzę w dojrzalsze refleksje o życiu i śmierci.






„Szparagi solić, krety gubić. Księga domowych porad wielkopolskiego dworu” Dorota Mycielska, ilustracje Helena Stiasny, Wydawnictwo Dwie Siostry

Descent, 2025
Pyłki topoli, 2025








Rafaela I (Olga), 2024


Malarka i modelka, 2025
Jak wygląda przygotowanie do pracy nad nowym obrazem?
Malowanie to zarówno głęboki proces koncepcyjny, jak i wyzwania związane z fizyczną realizacją. Poza oczywistymi w sztuce momentami natchnienia, wszystkie etapy realizacji muszą być dokładnie zaplanowane. Technologia, w której maluję, i którą się fascynuję, wymaga bardzo skrupulatnego przygotowania. Zwykle początkiem jest jakaś myśl, której towarzyszy dużo szkiców. Później jest szukanie pasujących modeli, fotografii. Bardzo często robię zdjęcia, które potem służą jako pomoc do malowania. Ale najczęściej maluję z natury, modelkę, zazwyczaj przyjaciółkę, która na pierwszej sesji jest obecna fizycznie. Chwytam na płótnie jej kształt i robię jej zdjęcia, żeby nie musiała pozować mi godzinami. Kiedy korzystam ze zwierzęcych motywów, to bardzo często szukam tych zwierząt sama. Zdarzało mi się siedzieć z aparatem w krzakach, żeby sfotografować sarny. Na rezydencjach na wsi też ganiałam z aparatem. Tak na płótnie pojawiło się strzyżenie owcy, które zrobiło na mnie bardzo duże wrażenie, jako symboliczny akt odzierania zwierzęcia z kokonu. Kiedy mam już dokumentację fotograficzną, na której się opieram, zwykle potem robię dokładniejsze szkice i akwarele dla rozplanowania kolorów. Kolejno ten szkic przenoszę z ręki na płótno. Ostatnio działam na zielonych podmalówkach, na renesansowej technice podmalówki pod portret, żeby kolory ciała były podbite przez zielonkawe cienie. Dziś używa się do tego substytutu włoskiej ziemi zielonej. Na podmalówkę kładę farbę olejną laserunkami. Całość daje wrażenie „żywości” skóry.
Te metody to efekt moich poszukiwań. Jestem tu otoczona tymi wszystkimi książkami o dawnych technologiach. Poszłam nawet na kurs niemieckiego, bo chciałam umieć czytać te teksty w oryginale. Bardzo mocno w tym siedzę, wczytuję się w chemiczne receptury, staram się z nich wyciągnąć tyle, żeby zbudować obraz, który z jednej strony będzie trwały (zwracam uwagę na media, których używam, na pigmenty, które są w farbach), a z drugiej, by uzyskać konkretne połączenia kolorystyczne podpatrzone u wielkich mistrzów i w naturze.
Staram się budować obraz z warstw, ale nie może być ich aż tak dużo, bo nie chcę, by obrazy po czasie spękały. Powłoka farby z jednej strony musi być trwała, a z drugiej bardzo elastyczna i to wymaga skrupulatnego podejścia. Drastyczne przemalowania są ostatecznością. Próbuję w logiczny sposób budować płótno. Bardzo zależy mi też na świetlistości, czyli tam, gdzie ma być światło, musi ono być od początku i to musi być światło, które płynie z bieli gruntu płótna. To wszystko wymaga skrupulatnego przygotowania kompozycji wcześniej.
Który z tych etapów jest dla ciebie najciekawszy? Który jest największym wyzwaniem?
Sam początek jest zawsze najciekawszy. Bo to jest ten moment, kiedy wszystko się klaruje, trzeba być najbardziej skupionym i jest tu najwięcej decyzyjności. Obraz maluję po kilka miesięcy, więc potem to często cyzelowanie. I ulepszanie, ulepszanie, ulepszanie tego samego.
Jednocześnie pracujesz nad kilkoma płótnami.
Tak, tu widać, że jednocześnie jest sześć płócien. Kładę warstwę, odkładam. Kolejnego dnia pracuję nad kolejnym płótnem i tak dalej.
Dopracowujesz i dopracowujesz. Kiedy jest koniec?
To jest bardzo trudne, bo w pewnym sensie można by to robić w nieskończoność. Niekiedy jest taki moment, że kolejne nakładania farby będą zatracać świetlistość i tego bardzo chcę uniknąć. Czasem mam już tak dosyć danego płótna, że stwierdzam, że to już po prostu koniec i tyle. Bywa też i tak, że obrazy wiszą w pracowni przez wiele miesięcy, a ja się zastanawiam, czy one są skończone, czy nie i zdarza się, że po długim czasie jeszcze poprawiam jakiś detal, kolor.
Jak kończysz obraz, to co czujesz, jakie emocje ci towarzyszą?
Moment tuż przed skończeniem obrazu jest chyba najbardziej satysfakcjonujący. Coś jeszcze można poprawić, jeszcze się człowiek zastanawia, siedzi przed obrazem i patrzy na niego. To chyba jest ten czas, kiedy najbardziej się cieszę. Wtedy mogę też w końcu usiąść, nie muszę skakać przy płótnie, mogę się naprawdę obrazem nacieszyć, przez chwilę go pokontemplować. Potem zwykle go odwieszam i najbardziej lubię, jak jeszcze przez 12 miesięcy wisi i się suszy, żebym miała pewność, że jest skończony i żebym mogła go zawerniksować, by powierzchnia była gładka i nie miała błysków w przypadkowych miejscach. Ale to się oczywiście rzadko dzieje, bo zwykle obraz szybciej jedzie na wystawę.





