Jagoda i Łukasz:
Czasem architekt powie, że tu powinien być stół, a ty złośliwie przez całe życie siadasz w innym kącie
Jesteśmy w Nowej Hucie, a dokładnie na Osiedlu Wandy, od którego w czerwcu 1949 roku rozpoczęto budowę całej dzielnicy. Odwiedzamy Jagodę Pecelę i Łukasza Baruchę znanego jako Naczelny Sklepikarz. Oboje uwielbiają przedmioty vintage – nie wszystkie, a takie, które po zobaczeniu raz, trudno zapomnieć. Wspólnie na krakowskim Kazimierzu prowadzą sklep Szpeje.
Od kiedy mieszkacie w Nowej Hucie?
Łukasz: Przeprowadziliśmy się tu w 2013 roku. Wcześniej mieszkaliśmy na strasznym blokowisku. Przyszedł taki moment w życiu, że trzeba było tę przestrzeń zmienić. Ważne było dla nas nie tylko samo mieszkanie, ale też to, co będzie znajdować się wokół. Robiliśmy wycieczki po różnych punktach Krakowa. O Hucie wtedy jeszcze w ogóle nie myśleliśmy.
Jagoda: Przypadkowo trafiliśmy na ogłoszenie oferujące mieszkanie po drugiej stronie placu zabaw, który mamy dziś koło bloku. To było chwilę przed tym, zanim Huta w świadomości ludzi okazała się być dzielnicą, która jest dobra do życia: bezpieczna, komfortowa, z szerokimi ulicami i dostępem do wszystkiego.
Ł: Ja przyjmuję miarę odległości w postaci korka do wanny. Jeżeli potrzebujesz gumowego korka do wanny i możesz dostać go w zasięgu kilku minut spacerem od domu, to znaczy, że mieszkasz dobrze. No i tutaj tak jest w zasadzie. Najpierw wynajęliśmy mieszkanie w obrębie tego samego podwórka i pomieszkaliśmy w nim kilka lat.
J: W końcu zaczęliśmy szukać mieszkania do kupienia. Zerwaliśmy wiszącą na słupie kartkę z numerem, zadzwoniliśmy, przyszliśmy i kiedy wychodziliśmy, to już w przedpokoju wiedzieliśmy, że musimy je zdobyć. To było jakieś 9-10 lat temu. Wnętrze ma bardzo niekonwencjonalny układ, którego nie zmienialiśmy. Szukaliśmy mieszkania z trzema pokojami. Okazało się, że to ma jeden dodatkowy, którego nikt się nie spodziewał. Zlokalizowany za kuchnią. W nim zrobiliśmy naszą sypialnię.

Jak wyglądało to wnętrze przed waszą przeprowadzką?
J: Było tu bardzo dużo niestandardowych rozwiązań. Właściciel był, nazwijmy to, złotą rączką. Wnętrze miało klimat lat 90. Mieszkanie ma różne dziwne kąty i uskoki ze względu na konstrukcję budynku. Na przykład tu jest wywietrznik, którego nie można schować, tego nie można cofnąć, bo tu jest komin, tu wystaje rura z gazem od sąsiada.
Ł: Kiedy kupiliśmy mieszkanie, zostaliśmy bez grosza. Przyjechali rodzice Jagody z tysiącem złotych, za który odmalowaliśmy ściany i parę miesięcy mieszkaliśmy w mieszkaniu, którego nie mogliśmy wyremontować. Mieliśmy jedną wersalkę z lat 70. I ogólnie to jest super sprawa, dlatego że jeżeli wchodzisz do przestrzeni i możesz chwilę z niej pokorzystać, zanim zaczniesz remont, to widzisz jakie ścieżki wydeptujesz, gdzie lubisz siedzieć, jak pada słońce. Czasem architekt powie, że tu powinien być stół, a ty złośliwie przez całe życie siadasz w innym kącie, bo tam ci z jakiegoś niewiadomego powodu pasuje. Jeśli chwilę się tak pomieszka w nawet nie za ładnym i niewyposażonym mieszkaniu, to potem jak już ten właściwy remont przychodzi, wiesz, co robić.
J: Wtedy już zajmowaliśmy się starociami. Więc cały czas wymienialiśmy wyposażenie, jakiś stolik kawowy wjeżdżał, a za chwilę wyjeżdżał.
Ł: Istniały już Szpeje, wtedy jeszcze sklep był w budynku Muzeum Nowej Huty. Po prostu braliśmy to, co mieliśmy w ofercie. Do dziś u nas jest tak, że rzeczy, które mamy w domu, zazwyczaj mają drugie, trzecie czy czwarte życie. Sami sporo przerabiamy. Coś, co przez jakiś czas jest półką, z czasem zmienia się w stolik. Raz czy dwa razy do roku wstajemy rano, zaczynamy przesuwać rzeczy i zmieniać układ. Nie dlatego, że jest brzydko, tylko dlatego, że po prostu jest nudno, no trzeba coś zmienić. Więc dzisiaj trafiliście na takie mieszkanie, a za pół roku byście trafili na inne.
Czy Szpeje to od początku był wasz wspólny pomysł?
J: Wcześniej razem zajmowaliśmy się grafiką projektową. Potem siedzenie ramię w ramię przy komputerze i praca z klientem, która nie jest łatwa, nam się nieco znudziło, a bardzo polubiliśmy jeżdżenie na giełdy staroci. Zaczęliśmy sprzedawać to, co mieliśmy, żeby móc kupować co chwila coś nowego dla siebie. I tak się zaczęły Szpeje. Ja w większej mierze przejęłam projektowanie, a Łukasz sklep. Potem pojawiły się dzieci i na kilka lat musiałam trochę zwolnić.
Ł: A z czasem Szpeje ze sklepu ze starociami przeobraziły się też w sklep z plakatami, które projektuje głównie Jagoda oraz kilku polskich artystów. To w zasadzie teraz główny profil działalności, a te wszystkie starocie to jest taki przyjemny kwiatek do kożucha, bez presji, dla przyjemności. Dziś Szepeje są zlokalizowane na Kazimierzu, ale za jakiś czas czeka nas kolejna zmiana, bo cała kamienica idzie do remontu. Do Szpejów raczej kupujemy dziwadła. Nie gonimy za tym, żeby nabyć kompletny serwis. Od pewnego momentu przestało nas rajcować to, że gdzieś jest sygnatura. Albo coś jest fajne, albo nie. Obecnie w ofercie mamy na przykład stary szyld z wesołego miasteczka, secesyjny pojemnik sklepowy na kawę, preparaty anatomiczne ze starych szkół, lustra w bardzo bogato zdobionych ramach, obrazy wątpliwej jakości artystów, wyposażenie PRL-owskich gabinetów lekarskich, ludowe, drewniane świątki anonimowych rzeźbiarzy czy plastikową biżuterię z lat 80. XX wieku.
Czy we wcześniejszych mieszkaniach też otaczaliście się podobnymi przedmiotami? Zamiłowanie do staroci było w was od zawsze?
Ł: Wydaje mi się, że nasze pokolenie ma ten vibe samoróbki i wrażliwość na dziwne, stare rzeczy. To też jakaś nostalgia. Widzisz rzeczy, które znasz z dzieciństwa, robi ci się ciepło na sercu i chcesz sobie trochę zrekonstruować ten świat.
Kiedy mieszkaliście już razem, a nie zajmowaliście się przedmiotami vintage zawodowo, gdzie najczęściej chodziliście na łowy?
J: Pod krakowską Halę Targową, na giełdę w Bytomiu. Do dziś, kiedy jedziemy na wakacje, to zawsze sprawdzamy, czy w weekend coś się dzieje w okolicy.













Jakie rzeczy lubicie? Co wam się podoba?
Ł: Absolutnie nie ma żadnych wytycznych. Muszę powiedzieć, że ja po prostu lubię rzeczy „głupie”. Te „głupie” rzeczy tak jak dwie różne skarpetki, które mam na stopach, to przypominajki, które pomagają mi budować szczęście, uświadamiające, że jest parę ważnych spraw w życiu, a cała reszta to jeden wielki żart. Lecimy nie wiadomo po co przez kosmos na kawałku skały i to samo w sobie jest dość absurdalne.
J: To, co tu trafia, często się zmienia. Jeśli coś ma złamaną nóżkę i jest biedne, to też to przygarniemy. Czasem jest coś bardzo brzydkiego i musimy to mieć. Czasem coś jest ikoną dizajnu i też to chcemy. Jakbyśmy sobie narzucili zasady, to by nas to bardzo ograniczyło.
Jaki przedmiot trafił tu ostatnio?
J: Szafka zrobiona z fragmentu skrzyni zegarowej. Łukasz wpadł w króliczą norę parzenia kawy. W związku z czym bardzo potrzebowaliśmy, żeby była tu taka półeczka na kubeczki.
Ł: Bardzo gadżeciarski temat. Są piękne ekspresy z wajchami, gałkami i wskaźnikami, pokrętłami i guzikami. Do tego ogrom absurdalnych akcesoriów. W całym domu może być bałagan, ale ekpres musi błyszczeć. Trzeba jednak uważać, żeby zatrzymać się w odpowiednim momencie i cieszyć się niezłą kawą. Audiofile wiedzą, o co chodzi.
Opowiedzcie o kilku przedmiotach, które macie.
Ł: Jest tu trochę wytworów Jagody. Pomalowany abażur. Kilka rzeźb. Brałem udział w programie Łowcy Skarbów i tam też kupiłem kilka rzeczy. Tak trafił do nas żyrandol, włochaty dywan, zegar Predom Metron.
J: Od jakiegoś czasu tworzę w upcyklingowy sposób rzeźbiarskie obiekty. Głównym materiałem jest papier mâché, do którego dorzucam znalezione przedmioty. Jest tu na przykład drewniany wazon kupiony po sąsiedzku w Emausie, do którego doczepiłam kolorowe drobiazgi. Na ścianach wisi kilka obrazów Loli Styrylskiej. Biała cukierniczka trafiła tu, bo taką samą miała moja babcia. Znalazłam ją na starociach. Bardzo ją lubię. Mamy słabość do drewnianych zwierząt. Jest pingwin kupiony na straganiku na Mazurach, niedźwiedź spod śmietnika, baran z OLX.
Ł: Moim opus magnum jeśli chodzi o zdobycze są żółte klamki, które wykręciłem z pobliskiej szkoły za pozwoleniem kierowniczki budowy. Nowa Huta, a nawet cała Polska słynie z pięknych uchwytów z lat 70. XX wieku. Te uchwyty, a w zasadzie pochwyty, mają nawet swój fanpage na Facebooku, który prowadzi mój kolega Michał: „Żółte uchwyty socmodernizmu polskiego”. No i jest grupa ludzi, która absolutnie oszalała na ich punkcie, a ja jestem tym szczęśliwcem, któremu udało się je zdobyć. Zamontowałem je w różnych miejscach w domu i pracowni. Do tej pory trwają bardzo burzliwe dyskusje na temat tego, z czego są wykonane. Jest wiele teorii, jest literatura z przypisami, ale jeszcze nie ma konsensusu.
Sporo przedmiotów, na które nie ma miejsca w mieszkaniu, trafiło do naszej pracowni. Jest na przykład strój kalafiora z teatralnego przedstawienia. Jest i Kulfon. Pewnego dnia obudziłem się z przemożnym pragnieniem posiadania Kulfona. Podzieliłem się nim z moją małżonką Jagodą. Przyklasnęła temu pomysłowi i wzięliśmy się razem do pracy. Kulfon, wspaniała postać polskiej popkultury, były asystent profesora Doświadczalskiego, który zmienił stronę na dobrą i związał się z żabą Moniką, jest teraz moją własnością.
Wygląda jak żywy!
Ł: Zdecydowanie.
Do czego służy ta przestrzeń poza domem?
Ł: Zwykle mamy bardzo dużo spraw na głowie i żeby te sprawy wyprowadzić z domu, móc sobie zrobić kontrolowany bałagan, zostawiać rzeczy rozgrzebanymi i niedokończonymi, żeby wrócić do nich po kilku dniach, wynajęliśmy przestrzeń na pracownię. Służy nam właśnie do tego, żeby wszystkie nasze kreatywne pomysły nie zaburzały nam naszego normalnego życia w domu. Tu jest wesoło, tu jest kolorowo, tu jest bałagan. To też miejsce spotkań. Jeśli ktoś gdzieś idzie, wyprowadza psa, może przyjść na kawę.
Poza tym mamy tu bardzo dużo fajnych przedmiotów, które lubimy. Wystawienie ich w domu nie jest dobrym pomysłem, a tutaj możemy sobie poszaleć i najbardziej głupie, absurdalne rzeczy możemy sobie wystawić na zewnątrz i cieszyć się nimi codziennie.


















