Jagoda Pecela: Wyjątkowo lubię przywracać do życia rzeczy porzucone lub zniszczone

Jagoda Pecela:

Wyjątkowo lubię przywracać do życia rzeczy porzucone lub zniszczone

Autor: Aleksandra Koperda
Zdjęcia: Michał Lichtański
Data: 11.07.2026

„Kombinuję, projektuję, ilustruję. Lubię estetykę vintage, sztukę ludową, polską szkołę plakatu. Mam słabość do tandety i samoróbki” – tak sama mówi o tym, co robi i co ją inspiruje. W wypełnionej papierowymi dziełami nowohuckiej pracowni odwiedzamy artystkę Jagodę Pecelę. 

Tworzysz od lat. Co studiowałaś? 

Kulturoznawstwo, a potem grafikę. Kiedy usłyszałam o unijnym programie na rozpoczęcie swojej działalności dla osób do 25 roku życia zaryzykowałam. To był mój ostatni dzwonek, żeby się na niego załapać. Udało się i otworzyliśmy wtedy z partnerem Delikatesy Projektowe. To był może 2010 rok.

Przez kolejne lata zajmowałaś się projektowaniem?

Tak, grafiką projektową. Praca przy komputerze z klientem.

 

Dziś swoje prace tworzysz przede wszystkim bez komputera. Kiedy przyszła chęć zmiany?

Umiejętności plastyczne miałam zawsze. Ukończyłam liceum plastyczne. Do tego jestem córką spawacza, który w garażu miał pełno gratów i cały czas coś kombinował. A ja razem z nim. Babcia natomiast, bardzo niechętnie, ale nauczyła mnie szyć. Zawsze twierdziła, że to niewdzięczna praca. Przez lata projektowania brakowało mi pracy ręcznej. Potem wraz z mężem Łukaszem założyliśmy sklep Szpeje. Wkręciliśmy się w poszukiwanie przedmiotów vintage i kolekcjonowanie. Do Szpejów cały czas projektuję plakaty. W międzyczasie urodziły się dzieci i na tworzenie nie było miejsca, ani czasu. Kiedy dzieci podrosły, wynajęliśmy sporą pracownię i pojawiła się możliwość zmiany. Zrezygnowałam z pracy projektowej dla klientów i mniej więcej dwa lata temu zaczęła się moja zajawka na rzeźby z papier mâché.

 

Dlaczego wybrałaś akurat tę technikę?

To technika, która nie jest może traktowana zbyt poważnie, a szkoda. Kiedyś cieszyła się popularnością, z masy papierowej tworzono nawet meble. Ja zaczęłam od cyklu głów wawelskich. Łukasz, który brał udział w programie telewizyjnym „Łowcy Skarbów”, kupił kiedyś wór głów wawelskich właśnie. Były to drewniane rameczki z gipsowymi figurkami produkowane dla Cepelii, niegdyś popularna pamiątka z Krakowa. Te, które trafiły do nas, były w różnym stanie, a do tego dosyć smutne. Jakiś czas przeleżały w naszej pracowni, aż w końcu postanowiłam coś z nimi zrobić i przerobiłam je, wykorzystując papier mâché. Wokół tych głów stworzyłam całą wystawę, a jednym z jej elementów była moja metrowa głowa wawelska. W związku z tym, że dzieci nie nadążały produkować papieru, o zużyte kartki poprosiłam panie z przedszkola. Po zajęciach odbierałam i dzieci, i papier.

 

Dziś obiektów powstaje coraz więcej.

Cykl z głowami kontynuuję do dziś. Od jakiegoś czasu prace sprzedaję w nowohuckiej galerii Loli Styrylskiej. Szpeje też się powiększyły. Mamy teraz dodatkową przestrzeń na prezentację sztuki, więc i tam można zobaczyć moje obiekty. 

 

Jakie przedmioty tworzysz?

Tworzę obiekty upcyclingowe: z papieru i znalezionych elementów. Wyjątkowo lubię przywracać do życia rzeczy porzucone lub zniszczone, których ktoś już nie chce. Czasami to właściwie śmieci, jak np. kawałek niebieskiej rury, koraliki czy stłuczona figurka. Czasem na starociach kupuję coś brzydkiego, bo widzę w tym jakiś tajemniczy potencjał. To, co znajdę, zostawiam w pracowni i co jakiś czas nagle dostaję olśnienia. Dwie, trzy rzeczy świetnie się z sobą zgrywają. A spoiwem jest papier mâché.

Chcę, żeby moje prace były kolorowe i wesołe, ale równie ważny jest dla mnie koncept rozumiany jako rebus, trochę żart. Zależy mi na tym, by nawiązywały z odbiorcą relację, żeby poprawiały nastrój. Stąd też nazwa innej serii moich prac – rzeźby towarzysze. 

Pracuję raczej w cyklach wokół jakiegoś tematu. Powstaje coraz więcej rzeźb inspirowanych ludowizną. Jest też trochę użytkowych obiektów jak lampy, wazony czy stolik kot. Są trochę śmieszne, trochę straszne, trochę ładne, trochę brzydkie.

 

Czy znalazłaś ostatnio coś, co wyjątkowo cię zaskoczyło?

Niedawno miałam rozczulającą sytuację. Moja córeczka poszła do przedszkola w koszulce z kieszonką i powiedziała, że jak znajdzie coś fajnego, to to przyniesie. Wróciła, mówiąc: Mamo, znalazłam super rzeczy”. Wyciągnęła z kieszonki skudloną niteczkę i jeden zielony cekinek. Ja tego samego dnia, idąc do pracowni, znalazłam niebieskie kółeczko.