Karolina i Paweł:
Jest za biało! Robimy remont
Na warszawskiej Starej Ochocie odwiedzamy Karolinę i Pawła Brończak. W mieszkaniu pełnym kolorów i przedmiotów przyciągających wzrok mieszka z nimi kotka Beza. Od kilku lat obracają się w świecie dizajnu. Paweł pełni funkcję dyrektora ds. realizacji projektów w uznanej pracowni Tissu Architecture, dbając o to, by każdy projekt zmaterializował się w najdrobniejszym szczególe. Karolina z zamiłowania do polskiego wzornictwa na stałe związana jest z magazynem „F5” oraz Studiem Jaskółka. Od niedawna wspiera też jedno z topowych warszawskich biur projektowych. Dwa lata temu ukazał się również jej pierwszy tom poezji pt. Roztopy. Wnętrze, w którym żyją, przechodzi nieustanną metamorfozę, a każdy kąt to pretekst do mnóstwa opowieści.
To wasze kolejne wynajmowane mieszkanie. Jak tu trafiliście?
Karolina: W 2019 roku przeprowadziliśmy się ze Szczecina do Warszawy. Po drodze do tego mieszkania były jeszcze dwa inne, również wynajmowane. To, w którym was dzisiaj gościmy, choć nie jest nasze, mogliśmy urządzić w pełni po swojemu. Prawie cztery lata temu, kiedy tu trafiliśmy, za wyjątkiem kuchni i łazienki, było całkiem puste. Powoli je zapełnialiśmy. Wymienialiśmy także lampy, a nawet włączniki do światła, na pasujące pod kolor ścian. Wynajmujemy mieszkanie, bo nie wiemy, gdzie trafimy dalej. Często wyjeżdżamy do Kopenhagi. Może kiedyś na stałe?
Paweł: Zamieszkał tam mój tata. Regularnie jeżdżę tam od ponad 15 lat. Wspólnie z Karolą od siedmiu. Rowerami jeździmy po pchlich targach, showroomach, miejscach z rzeczami vintage. Po drodze na plażę potrafimy wpaść do kilku sklepów z dizajnem. Nie możemy bez tego żyć. Każdy bagaż podręczny jest zarezerwowany na jakąś lampę. Za półtora tygodnia wyjeżdżamy ponownie i pewnie wrócimy z czymś nowym.
K: I znowu coś zmienimy. Na pewno mamy w planach wymianę lampy wiszącej nad stołem, bo dorwaliśmy na stronie internetowej sprzedawcy z Danii model Louisa Poulsena z lat 60. w kobaltowym kolorze.

Oboje lubicie dizajn. Jak się to zaczęło?
K: Poznaliśmy się w Szczecinie. Oboje pracowaliśmy w salonie z wyposażeniem wnętrz Mensa Home. Kiedy otwierali salon w Warszawie, dostaliśmy propozycję poprowadzenia go i zdecydowaliśmy się na przeprowadzkę. To praca przyniosła nam zamiłowanie do dizajnu. Zaczęło się od kuchennych drobiazgów marek takich jak Alessi, Le Creuset czy KitchenAid, z którymi mieliśmy okazję pracować.
P: Lubimy też robić remonty, niestraszne nam malowanie ścian, wieszanie obrazów, skręcanie mebli. Sami polecamy się znajomym. Jakiś czas temu namówiliśmy na odświeżenie mieszkań nasze mamy.
Jaki był wasz pomysł na to kolejne wspólne wnętrze?
P: To nasze czwarte mieszkanie wynajmowane wspólnie. Tutaj fantazja poniosła nas najbardziej. Tu mieszkamy też najdłużej. To wnętrze cały czas ewoluuje. Nie było tak, że od razu stwierdziliśmy: malujemy salon na zielono i wstawiamy zieloną sofę. Jednego dnia wstaliśmy i stwierdziliśmy: „Jest za biało! Robimy remont”. Zawsze mieliśmy też dużo roślin. Obecnie jest ich około 70. Część przyjechała z nami jeszcze ze Szczecina. Wszystkie trzymamy w dość nietypowy sposób. W szklanych naczyniach: donicach i wazonach. Idealnie wpasowują się w kolorowe wnętrze, a kiedy podlewamy kwiaty, możemy zachwycać się tym, jak zmienia się kolor ziemi i odbija się światło.
K: Chyba nigdy nie będzie momentu, kiedy powiemy: ok, wszystko jest zrobione. Rzeczy cały czas rotują. Jak mówimy: „zmieniamy ekspozycję”. To zostało nam pewnie po pracy w sklepie, gdzie robiło się to często. Bawimy się wystrojem i wprowadzamy zmiany, kiedy najdzie nas ochota.
P: Ja długo bałem się koloru. Karola długo mnie namawiała, byśmy kupili coś kolorowego. Aż coś we mnie pękło i jak ten kolor wjechał, no to już po całości, bez ograniczeń.
K: I okazało się, że w takim wnętrzu Dopamine Decor oboje najlepiej się czujemy. Jeśli wybierasz kolejny kolorowy przedmiot, to wiesz, że znajdziesz miejsce, w którym będzie on dobrze wyglądał.
Jaki przedmiot trafił do tego mieszkania ostatnio?
P: Podczas wyjazdu w rodzinne strony, w jednym z naszych ulubionych vintage shopów znaleźliśmy otwieracz w kształcie ryby z emblematem Made in Denmark. Kosztował zawrotne 5 złotych. Od razu poznaliśmy się na jego wartości. Otwieracz jest datowany na lata 60. XX wieku i został wykonany z drewna teakowego. To klasyczny przykład duńskiego modernizmu użytkowego. Ja wciąż poszukuję otwieraczy do wina Alessi. Szczególnie limitowanych kolekcji miniaturek. Mam też miniaturkę wyciskarki Starcka.
K: Ja nie miałam zielonego pojęcia, że coś takiego istnieje!
P: Pamiętam, jak pracowałem w sklepie w Szczecinie, to była pierwsza tak trudna do zdobycia rzecz. Szukałem jej dla Polki mieszkającej w Egipcie. Udało mi się, a po dziesięciu latach znalazłem ją też dla siebie.









Czy macie tu coś, co przyjechało z wami jeszcze ze Szczecina?
P: Stolik kawowy, który najpierw przyjechał do Szczecina z Danii. To zwykły stolik z Ikei, na który nasz znajomy przykleił kawałek marmuru. Jeździł z nami do każdego kolejnego mieszkania. Jest jeszcze pamiątka rodzinna. Szalony, kolorowy zestaw porcelany Wawel od mojej chrzestnej.
K: Mamy też trochę kryształów z domu rodzinnego. Trzymamy w nich kosmetyki w łazience.
P: Maszyna do pisania też przyjechała z Szczecina. To pierwszy prezent ode mnie dla Karoli z okazji Dnia Kobiet. Piszemy na niej liściki zostawiane naszym przyjaciołom, kiedy przychodzą karmić Bezę, gdy nas nie ma.
Jakie przedmioty lubicie, jakie one muszą być, żebyście chcieli je mieć?
P: Super, jak za każdą z rzeczy stoi nazwisko, projektant. W sumie większość przedmiotów tutaj taka jest. Lubimy głównie vintage i rzeczy, które o czymś nam przypominają, są skądś przywiezione. Czyli albo coś dizajnerskiego, albo z historią dodaną przez nas. Czasami siadamy i dzięki przedmiotom wspominamy nasze wyjazdy.
K: Lubimy też rzeczy z motywem ryby. Pawła tata był rybakiem. Jak gdzieś jest ryba, to już na start jest plus!
P: Lubimy przyjmować gości. Dużo gotujemy, uwielbiamy kawę. Parzymy ją na wszystkie możliwe sposoby, dlatego na kuchennym blacie wszystko ma swoje miejsce. Ja sobie coś poukładam, mam jakąś wizję, a potem obserwuję, czy Karoli dobrze się z tego korzysta. W kuchni też lubimy mieć rośliny i trochę koloru. Niedawno upolowałem zegar ścienny z Alessi. Kupiony w nawiązaniu do czajnika Michaela Gravesa. Zawsze trzymamy się tych tradycyjnych na płytę. Są za ładne, by używać elektrycznych.
K: Nad stołem jadalnianym wisi tablica z moodboardem. Pomysł na nią pojawił się dzięki naszym doświadczeniom z pracy. Paweł do każdego projektu przygotowuje zestawienia kolorystyczne. Zainspirowani kopenhaskim showroomem postanowiliśmy na tablicy umieścić elementy nawiązujące do przedmiotów, jakie można znaleźć w naszym mieszkaniu. Od materiałów takich jak tkaniny, metale czy forniry znajdujące się na meblach, po instrukcje dodawane do produktów. Niektóre, jak te od Alessi czy Kay Bojesen są tak pięknie opracowane i wydane, że szkoda nam było je wyrzucić czy schować w szufladzie. Przerysowaliśmy też na kalki projekt krzesła 200-190 Hałasa i fotela 366 Chierowskiego, które posiadamy. Dodajemy tu też pocztówki z miejsc, które odwiedziliśmy, jak ta z Juno, czyli jednej z naszych ulubionych piekarni w Kopenhadze. Jest też ulotka z zakupów w vintage shopie Higga na warszawskiej Pradze, gdzie byliśmy pierwszymi klientami.
Duże, białe podobrazie znaleźliśmy na OLX. Żeby lepiej pasowało do naszego wnętrza, kupiliśmy odpowiednią ilość naturalnego lnu i obiliśmy blejtram własnoręcznie przy użyciu tackera. Dopełnieniem są pomarańczowe pinezki.
Długo nie mieliśmy w tym mieszkaniu żadnej szafy, mieszkaliśmy z wieszakami na wierzchu, aż w końcu zdecydowaliśmy się na taką z lustrzanymi frontami, żeby jak najmniej było ją widać, a żeby wszystko odbijała. W sypialni trzymamy też walizkę po starej maszynie do pisania, w której przechowujemy pamiątki: listy czy bilety do miejsc, w których byliśmy. Jestem strasznie sentymentalna, więc zostawiam nawet bilet na kolejkę górską. Na każde urodziny własnoręcznie projektuję Pawłowi kartki, które znajdują tu miejsce. Kiedy coś dokładamy do walizki, od razu przeglądamy to, co już jest i wspominamy koncerty, wyjazdy czy rocznice.
P: Ważnym punktem mieszkania jest obraz wiszący nad sofą. Dostaliśmy go od naszej wspólnej przyjaciółki Asi, z którą znajomość miała swój początek jeszcze kiedy mieszkaliśmy w Szczecinie i nawet nie byliśmy parą, jedynie razem pracowaliśmy. To prezent ślubny. Ma tytuł Miłość i wszystkie kolory, z którymi się kojarzymy autorce. Co jakiś czas się mu przyglądamy i znajdujemy nową barwę. Długo się zastanawialiśmy, jaki kolor ścian będzie do niego pasował. Aż po którychś wakacjach w Kopenhadze, gdzie zwiedziliśmy kolejne muzea, zobaczyliśmy dzieła sztuki wyeksponowane na bardzo podobnym odcieniu zieleni. I tak trafiła tu. Co ciekawe, to wnętrze jest dużo spokojniejsze, niż gdy ściany były białe.










