Karolina Żądło: Zakochałam się w malarstwie i tak mi zostało

Karolina Żądło:

Zakochałam się w malarstwie i tak mi zostało

Autor: Aleksandra Koperda
Zdjęcia: Michał Lichtański, zdjęcia obrazów Marek Gardulski
Data: 07.02.2026

W nowohuckiej pracowni odwiedzamy artystkę Karolinę Żądło. Karolina ukończyła malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. W swojej twórczości nawiązuje do klasycznych sposobów ukazywania ludzkiej postaci oraz tradycyjnych zasad kompozycji, które celowo łączy z treściami nadającymi jej obrazom nowe, często nieoczywiste sensy.

Twoja pracownia i mieszkanie są w jednym miejscu. Czy to dla ciebie optymalne rozwiązanie?

Ma to swoje plusy i minusy. Trudno wyjść z trybu pracy, mimochodem zawsze się zagląda do pracowni. Jednak zależało mi na tym, żeby po studiach znaleźć miejsce, które pomieści przestrzeń i do życia, i do pracy. Mieszkanie, w którym stacjonuję obecnie, jest idelaną opcją. Wcześniej malowałam na Akademii, co wiązało się z dojazdami. Dziś właściwie mogę wstać rano i od razu iść do pracowni. Jesteśmy tu od ponad roku.

Teatro Lucido, 2025

Co oprócz narzędzi do pracy masz w pracowni? Czy ważne są dla ciebie przedmioty, które tu są?

Wcześniej to był salon fryzjerski. Razem z mężem musieliśmy tę przestrzeń nieco przekształcić. Wiszący aniołek już tu był, stwierdziłam, że może zostać. Przez to, że tuż obok mam przestrzeń mieszkalną, nie mam potrzeby posiadania tu prywatnych przedmiotów.

 

Kiedy pracuje ci się najlepiej?

Staram się jak najwięcej korzystać ze światła dziennego. Problem jest taki, że bardzo trudno czasem zmotywować się do wczesnego wstawania, szczególnie jak nie ma się wyznaczonych odgórnie godzin pracy. Sama muszę o to dbać. Ale wygląda to tak, że wstaję, robię śniadanie, piję kawę i maluję. Później coś zjem i znowu maluję. Tutaj jest o tyle wygodnie, że mogę przerwać w każdej chwili i wrócić. Chociaż czasem kończy się to tak, że siedzę do nocy, bo czuję, że za mało dziś malowałam.

 

Malujesz codziennie?

Właściwie to tak. Są oczywiście dni, kiedy gdzieś jadę, nie ma mnie tutaj, wtedy nie maluję. Przez ostatnie 10 lat najdłuższym okresem bez malowania były może dwa miesiące. 

 

Jak powstają twoje prace? Czy zawsze dokładnie wiesz, co pojawi się na płótnie?

Ostatnio najczęściej korzystam z fotografii. To duże ułatwienie, jeśli chodzi o kwestie anatomiczne. Elementy, które pojawiają się na płótnie w międzyczasie ewoluują, coś się zmienia, czasem tło jest nie takie, trzeba przemalować i tak dalej. Z doświadczenia wiem, że łatwiej pracuje się z wcześniej przygotowanym planem. Bez konkretnej koncepcji łatwo się zagubić. 

Wcześniej przygotowuję też szkic, na którym orientacyjnie rozmieszczam zaplanowane elementy. Nie wiem jednak, jak finalnie będzie wyglądał obraz. To dla mnie samej też niespodzianka, ale mniej więcej elementy, które mam w planie na nim umieścić, umieszczam na szkicu. Czasem, pomimo precyzyjnego projektu, w trakcie trzeba coś zmienić. Malowanie często jest nieprzewidywalne. Niekiedy bywa tak, że właściwie już kończę obraz, ale nagle tracę do niego serce i muszę go odstawić. Wracam po jakimś czasie, żeby go dokończyć.

Ważnym aspektem są też formaty, wpływają na wydźwięk obrazu. Początkowo płótna, które wybierałam, były stosunkowo małe. Trudno było mi się odnaleźć przy większych. Z czasem uległo to zmianie, jednak do dziś jest tak, że gdy przez dłuższy czas maluję duże obrazy, to lubię sobie zrobić przerwę i namalować na przykład mały portrecik, który jestem w stanie cały objąć wzrokiem. Mam nad nim pełną kontrolę. To dla mnie bardzo odprężające. 

A Cherubin does cease to sing, 2025

Portret w ślubnym czepcu, 2025
Ogród rozkoszy, 2025

Akademię ukończyłaś półtora roku temu. Jak wyglądała twoja twórczość na początku studiów?

Pierwszy rok na ASP jest dość określony, wszyscy malują właściwie to samo: akt, martwą naturę. Z perspektywy czasu uważam, że jest to bardzo przydatne i istotne, szczególnie w takim malarstwie, jakie uprawiam ja. Studiowałam w czasie COVID-u, więc był to okres, gdy nie mogłam korzystać z pracowni na uczelni, brakowało mi modela i martwej natury, co zmusiło mnie do poszukiwania własnych inspiracji. Musiałam zastanowić się, co ja w ogóle chcę malować. Z konieczności zaczęłam korzystać ze zdjęć. Fotografowałam siebie, z czasem także moje liczne rodzeństwo i najbliższe otoczenie. Z tych zdjęć tworzyłam swoje pierwsze kompozycje. Z czasem w moich pracach zaczęła dominować postać kobiety.

 

Do dziś to kobieta jest motywem pojawiającym się na twoich pracach. Czy przez te kilka lat przeszła jakąś ewolucję? 

Wcześniej te kobiety były często ukazywane jako męczennice: pocięte, czasem nawet nadziane na pal. Zastanawiam się, o co mi chodziło. Może to była kwestia czasów – wybuchła wojna w Ukrainie. Dziś bardziej staram się pokazywać siłę kobiet. Często są to wojowniczki, rycerki w zbrojach, w kolczugach. Bardzo lubię zmieniać znaczenie wykorzystywanych przeze mnie materiałów, na przykład perły stają się obronną kolczugą albo przezroczyste tkaniny tworzą metaforyczny pancerz. Wydaje mi się, że każdy kolejny obraz wynika z poprzedniego. Tak wolę prowadzić tę opowieść. 

 

Który etap pracy jest dla ciebie najtrudniejszy, a który najbardziej emocjonujący?

Najtrudniejsza jest pierwsza warstwa. Pusta, biała przestrzeń płótna bywa przytłaczająca. Choć z drugiej strony jest to i najbardziej ekscytujący moment, bo najwięcej się zmienia w obrazie. Później różnice są mniej dostrzegalne. Bardzo lubię moment nakładania przezroczystych tkanin, jest w tym coś bardzo satysfakcjonującego. To właściwie jeden z ostatnich etapów. Z drugiej strony pojawia się wtedy lęk, żeby czegoś nie zepsuć, bo w tej sytuacji jest to łatwe. Lubię też pracę z wszelkiego rodzaju szczegółami. Dorabianie rzęs, brwi, błysków to na pewno jeden z moich ulubionych etapów. 

 

Gdzie dorastałaś, czy w domu rodzinnym miałaś jakiś kontakt ze sztuką? Jak to się zaczęło?

Dorastałam w Kasince Małej, wsi oddalonej od Krakowa o 50 km. Mam piątkę rodzeństwa, dwójka skończyła ASP jeszcze przede mną, a moja młodsza siostra jest teraz na piątym roku, więc jakoś tak wyszło, że wszyscy zainteresowaliśmy się sztuką, choć rodzice się nią nie zajmowali. Wszystko zaczęło się, gdy moja najstarsza siostra wygrała konkurs, dzięki któremu dostała się do liceum plastycznego w Nowym Sączu. W kolejnym roku na ten sam krok zdecydował się mój brat. Później przyszła kolej na mnie. Podjęłam tę samą decyzję, mimo że wiązało się to z przeprowadzką do internatu, z dala od domu. Dla 15-latki nie jest to łatwe. Ale ostatecznie nie żałuję tej decyzji. Zakochałam się w malarstwie i tak mi zostało.

Karuzela z Madonnami, 2025
Les Demoiselles du Bout du Monde, Gorgony, 2025