Kawkowe sprawy: Adam Hul

To nasze trzecie Odwiedziny związane z tematem kawy specialty. Tym razem wpadliśmy do Adama Hula, który z kawą związany jest zawodowo. Mieszkanie mieści się w jednej z kamienic nieopodal Placu Na Stawach. To dwupokojowa przestrzeń wypełniona przedmiotami mającymi swoje historie. W oko rzucają się te, które związane są z zajawkami Adama jak tworzone przez niego perfumy, dj-ka, przy której spędza kilka godzin, nawet gdy planuje, że będzie to jedynie 30 minut, czy kawowe sprzęty. 

Jesteśmy na krakowskim Salwatorze. Kiedy tu trafiłeś?

Wylądowałem tu jakieś pięć lat temu przy okazji otwarcia kawiarni, a zamieszkałem cztery lata temu. Mieszkanie dla mnie musi mieć „duszę”. Najlepiej czuję się w starych kamienicach, z piękną klatką schodową. A we wnętrzu musi być parkiet i wysoki sufit, tak jak mój nick na IG może sugerować (@_antresola przyp. red.), marzę jeszcze o antresoli. 

To moje kolejne salwatorskie mieszkanie. W tym jestem od roku. Choć czuję, jakbym był tu bardzo długo i myślę, że wnętrze tak właśnie wygląda. Ale to dla mnie znaczy przytulność. Dużo bibelotów, rzeczy wiszące na ścianach i sporo roślin. Może troszeczkę zagracam przestrzeń, ale staram się robić to po swojemu. To mnie ma tu być dobrze. Lubię przedmioty, które coś mi przypominają, ale i te od czapy”, jak pozornie niepasujący do niczego znak drogowy. Wyjątkowe jest dla mnie lustro wiszące w sypialni, które jest w naszej rodzinie od pokoleń. Piękne, stare, w złoconej ramie. 

Co trafiło do tej przestrzeni?

Umeblowałem się w cztery dni. Potrzebowałem narożnej sofy i akurat ktoś dosłownie za rogiem pozbywał się swojej. Kilka rzeczy miałem z poprzedniego mieszkania. Komódkę kupiłem na OLX za 100 zł. Stolik pod gramofon znalazłem na śmietniku. Uwielbiam zabierać te rzeczy, dawać im drugie życie. Niestety nie znam się na stolarce, dlatego ich nie odnawiam. To lubię w procesie urządzania. Mogę nie pamiętać, jaki jest dzisiaj dzień, ale pamiętam, że stolik kawowy kupiłem od jakiejś pani za bezcen. To mieszkanie jest też wspomnieniem mojej kawiarni, bo jest tu sporo rzeczy, które stanowiły jej wystrój. Białe kubki na kawę, duża monstera, prace artystów, których wernisaże robiłem, więc kawiarnia została ze mną w moim domu. 

 

Przez pięć lat prowadziłeś Salvator Espresso Bar. Jak zaczęło się twoje zamiłowanie do kawy?

Zawodowo od początku związany jestem z gastronomią. Zacząłem od pracy w restauracji w Hotelu Francuskim. Później przez rok mieszkałem na wyspie Guernsey, kolejno w Holandii. 

Pierwsze poważniejsze szkolenie kawowe miałem zaraz po powrocie z Guernsey w krakowskim I Love Coffee. Wtedy pojęcie kawa rozszczepiło się na wiele zmiennych i otworzyło moją pasję na dobre. Realizować moje zainteresowanie mogłem w CoffeeBook na Rajskiej – w bibliotece, w mikrokawiarni serwującej tylko na wynos, bo przysiąść przy barze

mogła dosłownie jedna osoba, ale nie przeszkodziło to w tym, żeby poznać sporo fajnych ludzi. Początkowo kupowałem i próbowałem różne ziarna z różnych palarni, zapisywałem w notesie swoje wrażenia i ćwiczyłem sensorykę również przez chodzenie na cuppingi kawowe.

Po kilku latach w rodzinnym Krakowie ponownie wyjechałem, tym razem na Islandię. Kocham Skandynawię, chłodniejszy klimat. Na Islandię chciałem pojechać na kilka miesięcy. Potem pomieszkać w Norwegii, Danii i Szwecji. Zrobić sobie podróż szlakiem kawy. Zresztą gdziekolwiek jadę, to poza tradycyjnym zwiedzaniem znajduję ciekawe kawiarnie i palarnie. Na Islandii zostałem jednak trzy lata. Przez pierwsze dwa, trzy tygodnie nie mogłem znaleźć pracy. Udało się w pizzerii prowadzonej przez Albanów. Zaczynałem od pomocy z warzywami czy rozwożeniu pizzy po Islandii, której nie znałem, a wszystkie nazwy ulic są tak samo trudne, jak nazwa wulkanu Eyjafjallajökull, później nauczyłem się robić pizzę. Ale w końcu dostałem ofertę pracy w kawiarni jednej z dwóch sieciówek na wyspie. Mieściła się w starej elektrociepłowni, pod kopułą, z widokiem 360 stopni na cały Reykjavík i zatokę. Było mi przykro odchodzić z pizzerii, ale wiedziałem, że to jest mój kierunek. Szczebel po szczebelku, wypracowałem sobie pozycję kierownika jednego oddziału kawiarni. Po takim czasie spędzonym na wyspie miałem myśli, by otworzyć coś swojego, ale potrzebowałbym znacznie więcej funduszy. Stwierdziłem: mam prawie 30 lat, może to jest dobry moment, żeby wrócić do Krakowa i otworzyć w końcu coś swojego. Znalazłem lokal na ul. Kościuszki. Wróciłem na Islandię, spakowałem cały dobytek i dwa tygodnie później byłem w Polsce, by zacząć pracę nad kawiarnią.



Otworzyłeś w najtrudniejszym czasie, bo w okresie pandemii.

Mimo to ludzie przychodzili, stali w kolejce na zewnątrz. Salvator Espresso Bar działał aż pięć lat. Dziś jednak wiem, że nie chcę prowadzić swojego biznesu. Mógłbym prowadzić kawiarnię jedynie jako fundacja, jednak muszę za coś opłacać rachunki. Zamknięcie było trudną decyzją, ale byłem bardzo zmęczony i zestresowany. Dodatkowo przez rok ulica, przy której funkcjonowałem, była remontowana, co sprawiło, że przepływ ludzi był mniejszy. Doszedłem do ściany i wiedziałem, że coś się musi zmienić. Dziś czuję, że jestem szczęśliwy, odetchnąłem. Choć sporo ludzi uważa, że wracanie na etat to downgrade

Obecnie jestem kierownikiem w Boogie Bistro. Zajmuję się kawą i napojami. Mogłem też poszerzyć swoje horyzonty o wino. Kocham kawę, ale to sensoryka mnie najbardziej pasjonuje. Wąchanie, smakowanie. Fascynuje mnie to, że roślinka rośnie w danym miejscu i później naturalnie smakuje na przykład truskawkami. Tego szukam w kawie i w winie. Moja pasja to również gastronomia, która jest nierozłączną częścią powyższych. I choć praca w gastronomii to czasami love&hate relationship, to dzięki temu spotkałem na swojej drodze fantastycznych ludzi, przyjaciół, którzy wiele mi dali i mam nadzieję, że ja im też. 

 

Pijesz sporo kawy. Przede wszystkim poza domem, ale kiedy jesteś w domu, jak lubisz ją parzyć?

Szczerze, w domu kawy piję mało. Pierwszą opcją jest dla mnie „parzucha”. To też dobra metoda dla osób, które zaczynają przygodę z kawą. Nie trzeba mieć mnóstwa sprzętów. Wystarczy mieć dobrą i dobrze zmieloną kawę i filtrowaną wodę w temperaturze 95°C. Kawę zalewamy, a po czterech minutach łamiemy „crust”, czyli skorupkę, która utworzyła się na powierzchni. Po minucie zdejmujemy to, co jeszcze na niej pozostało i voilà. Powolutku sączmy kawę, która ciągle się parzy – bo jest jeszcze na dnie. W ten sposób poznajemy, jak kawa zachowuje się z czasem parzenia i kiedy ma swój najlepszy moment. Takie picie kawy daje frajdę!

Kawę piję, od kiedy pamiętam. Zapoczątkowała to chyba moja korepetytorka z angielskiego, może dlatego tak dobrze mi się ten język przyswoił. Częstowała mnie początkowo zbożową Inką, ale szybko zapragnąłem prawdziwej kawy. Choć kawa nigdy specjalnie mnie nie pobudzała, a raczej w drugą stronę, uspokajała. Co wydawało mi się bardzo dziwne, ale dziś jako zdiagnozowana osoba neuroatypowa z ADHD wiem, że tak to zazwyczaj działa, co potem najczęściej się potwierdzało. Ludzie z ADHD lub ADD najczęściej bardzo lubią kawę. 

Materiał powstał we współpracy z marką Coffedesk