Siri Hustvedt, Księga duchów, tłum. Jerzy Kozłowski, Wydawnictwo Znak, Kraków 2026
Doświadczając straty bliskich, człowiek szuka odpowiedzi w literaturze. Przynajmniej ze mną tak było. Aby trochę zrozumieć to, co mnie dotyka, sięgnęłam kilka lat temu po Rok magicznego myślenia Joan Didion. Pisarstwo Didion zrobiło na mnie ogromne wrażenie – przede wszystkim dlatego, że próbowała nazwać doświadczenie, które właściwie wymyka się językowi. Teraz z kolei odważyłam się sięgnąć po Księgę duchów Siri Hustvedt wydaną właśnie przez krakowski Znak i znów znalazłam się w świecie żałoby, pamięci i życia po stracie ukochanej osoby.
Hustvedt pisze o śmierci męża, Paula Austera, z którym spędziła czterdzieści trzy lata. To nie jest klasyczna biografia ani uporządkowana historia ich wspólnego życia. Wspomnienia, obrazy, fragmenty przeszłości, refleksje i zapisy ostatnich miesięcy życia pisarza układają się raczej w mozaikę. I chyba właśnie tak działa pamięć po stracie – nie chronologicznie, lecz skokami, nagle przenosząc nas z pustego dziś do jakiegoś bardzo odległego „kiedyś”. Do „Potem”, jak nazywali przyszłość po odejściu Auster i Hustvedt, aby uniknąć mówienia o śmierci.
To książka niezwykle intymna. Jest w niej dużo bólu, ale nie ma patosu. Hustvedt pokazuje żałobę jako doświadczenie chaotyczne, fizyczne i wyniszczające: jako dezorientację, samotność, ale też zwyczajne czynności wykonywane w świecie, który przestał być zwyczajny. „Gdzie jesteś, Paul?” pyta co jakiś czas. Nie próbuje tłumaczyć, jak należy przeżywać śmierć. Pokazuje raczej, że żałoba nie jest procesem, który można przejść od początku do końca. Powraca falami, miesza przeszłość z teraźniejszością i sprawia, że rozum wie jedno, podczas gdy emocje wciąż zachowują się tak, jakby ukochana osoba mogła wrócić.
Pod tym względem Księga duchów bardzo przypomina mi wspomnianą książkę Joan Didion. Obie autorki próbują zrozumieć coś, co z natury jest pozbawione logiki. Szukają odpowiedzi w książkach, wiedzy, analizie. Jakby nazwanie rzeczy mogło choć trochę przywrócić nad nią kontrolę. Opanować obezwładniającą rozpacz.
U Hustvedt szczególnie mocno wybrzmiewa jednak jeszcze jeden rodzaj straty: śmierć Austera oznacza również koniec wieloletniego dialogu. Byli przecież nie tylko małżeństwem, ale intelektualnymi partnerami, którzy rozmawiali o literaturze i wspólnie przeżywali świat. Po jego śmierci zostaje więc nie tylko puste miejsce obok, ale także cisza po rozmowie.
Księga duchów nie pociesza. I może właśnie dlatego tak mocno działa. Pokazuje, że śmierć kończy życie człowieka, ale nie kończy relacji z nim. Druga osoba zostaje w naszych gestach, pamięci, języku, przyzwyczajeniach i sposobie patrzenia na świat. Bo człowiek trwa, dopóki trwa o nim pamięć.
Po Roku magicznego myślenia myślałam, że literatura niewiele może już powiedzieć mi o żałobie. Księga duchów pokazała mi, że jednak może. Czasem potrzebujemy cudzych słów, żeby rozpoznać własny ból.


