Lola Styrylska: Lubię rzeczy z duszą, łączenie starego z nowym

Lola Styrylska:

Lubię rzeczy z duszą, łączenie starego z nowym

Autor: Aleksandra Koperda
Zdjęcia: Michał Lichtański
Data: 22.06.2026

Jesteśmy w Nowej Hucie. Odwiedzamy malarkę i graficzkę Lolę Styrylską. Trafiamy do dwóch przestrzeni pełnych ważnych dla niej przedmiotów: mieszkania z widokiem na zegar na Placu Centralnym, w którym od kilkunastu lat mieszka z mężem i dwójką dzieci, oraz do otwartej niedawno Galerii Styrylska Koncept połączonej z pracownią.

Zacznijmy od Katowic, w których się wychowałaś. Czy twoja rodzina jest ze Śląska?

Ojciec urodził się w Katowicach, natomiast dziadek i reszta w górę w Krakowie. Czyli ja, przenosząc się do Krakowa, wróciłam do miasta poprzednich pokoleń. Mojemu dziadkowi zaproponowano pracę w Hucie Ferrum, która wtedy dopiero powstawała w Katowicach. Po wojnie szukano inżynierów, tym sposobem dziadek dostał przydział na mieszkanie i w Katowicach urodził się mój tato, a kolejno ja. Po liceum plastycznym wyjechałam na studia na ASP do Krakowa. Zdawałam na grafikę, bo tak radziła mi zrobić pani, która przygotowywała mnie z rysunku i malarstwa. Mówiła, że dziewczyna może malować całe życie, ale powinna mieć zawód.

Jak zaczęło się twoje zamiłowanie do sztuki?

Część rodziny to sami inżynierowie, górnicy i hutnicy, ale od strony dziadka było też kilka osób, które zajmowały się malarstwem, między innymi jego kuzynka Celina Styrylska oraz jej bratanek Adam Styrylski. Ciocia przez ponad 30 lat wykładała na Akademii w Krakowie, natomiast skończyła pracę w połowie lat 80. XX wieku, więc ja, będąc na studiach, nie miałam szansy jej poznać. Wykładowcy pytali, czy jestem z nią spowinowacona, jednak spotkałam ją osobiście dopiero po ukończeniu studiów. Jest w Krakowie Galeria Nautilus, specjalizująca się w grafice i malarstwie, gdzie trafiłam kiedyś na prace mojej ciotki. Zapytałam osób z galerii, czy ciocia żyje i czy mają z nią bezpośredni kontakt, czy może ktoś inny sprzedaje jej prace. Okazało się, że ma się dobrze. Zostawiłam w galerii list dla niej i w ten sposób ją poznałam. Przez cztery lata, zanim zmarła, regularnie ją odwiedzałam.

 

Studia ukończyła dość dawno. Czy przez te wszystkie lata zajmowałaś się pracą twórczą?

Tak, mam to szczęście i nieszczęście, że robię tylko to. Nic innego nie chciałabym robić i chyba nic innego robić nie umiem. Malowałam zawsze. Bez względu na to, czy sprzedawałam, czy nie, to część tygodnia była przeznaczona na malarstwo. Natomiast w różnych okresach mojego życia intensywniej zajmowałam się albo ilustracją książkową, albo projektowaniem graficznym. To było związane z rodzinnymi sprawami, odchowaniem dzieci, w różnych okresach miałam różne możliwości bycia aktywną zawodowo. Jesteśmy rodziną artystów. Mąż jest muzykiem, kompozytorem. Dużo koncertuje, komponuje w studio, często nie ma go w domu.

 

Od początku mieszkacie w Nowej Hucie?

Wcześniej był Kazimierz. Mieszkaliśmy nad Alchemią. Hałas był straszny i dość szybko przenieśliśmy się nad Podbrzezie. Dwa lata po moich studiach wzięliśmy ślub, chwilę później urodziła się córka. Mieszkanie w kamienicy bez windy było wyzwaniem. Brak placu zabaw, infrastruktury, wszystko było wtedy problematyczne. Nina miała rok, kiedy zdecydowaliśmy się na szukanie i kupno mieszkania. Nowa Huta pojawiła się przypadkiem. Szukaliśmy czegoś większego, w bardziej nowoczesnym budownictwie. Pan, który pokazywał nam różne lokalizacje, powiedział, że ma jeszcze jedno mieszkanie w Centrum A, ale w dość strasznym stanie. Rzeczywiście tak było. Brudno i niezbyt przyjemnie pachniało, ściany pokrywała boazeria, ale kiedy je zobaczyliśmy, w ciągu pięciu minut zdecydowaliśmy się na kupno. To było 17 lat temu.

 

Co zmieniliście podczas remontu?

Przywróciliśmy mieszkaniu nieco klimatu okresu, w którym powstawało. Zlikwidowaliśmy łuk w przejściu, pawlacze, mówiąc po śląsku, zrobiliśmy luft. Była jedna rzecz, która nas mile zaskoczyła. Pod warstwami wykładzin znaleźliśmy parkiet. Od tego pierwszego remontu niezmienne są dwie rzeczy. Ściana w kuchni, którą pomalowałam metalizującą farbą – nie znalazłam potem fajniejszego odcienia, który bym tutaj położyła. Druga, to tapeta w kółka w przedpokoju. Inne ściany, szczególnie te w salonie, co roku dostają nowy kolor. 

Przez lata zmienia się układ mebli, przybywa bibelotów. Ostatnio dorastający syn zabrał nam sypialnię. Ale na szczęście od jakiegoś czasu niedaleko mam sporą, komfortową przestrzeń galerii z pracownią. 

 

 

Co zmieniliście podczas remontu?

Przywróciliśmy mieszkaniu nieco klimatu okresu, w którym powstawało. Zlikwidowaliśmy łuk w przejściu, pawlacze, mówiąc po śląsku, zrobiliśmy luft. Była jedna rzecz, która nas mile zaskoczyła. Pod warstwami wykładzin znaleźliśmy parkiet. Od tego pierwszego remontu niezmienne są dwie rzeczy. Ściana w kuchni, którą pomalowałam metalizującą farbą – nie znalazłam potem fajniejszego odcienia, który bym tutaj położyła. Druga, to tapeta w kółka w przedpokoju. Inne ściany, szczególnie te w salonie, co roku dostają nowy kolor. 

Przez lata zmienia się układ mebli, przybywa bibelotów. Ostatnio dorastający syn zabrał nam sypialnię. Ale na szczęście od jakiegoś czasu niedaleko mam sporą, komfortową przestrzeń galerii z pracownią. 

 

Jakie przedmioty wypełniają mieszkanie?

Lubię rzeczy z duszą, łączenie starego z nowym. Na regale w salonie stoi zbiór piesków, jest i portret mojego psa Inki. Dla przekory obok obraz z kocicą z dziećmi. Jest tu sporo dzieł sztuki. Obraz Moniki Marchewki, talerzyk Magdy Wolnej, praca Karoliny Szwed, którą poznałam kilka lat temu – przykład geometrycznej precyzji. Ja maluję w sposób spontaniczny, więc coś tak matematycznego wzbudza mój podziw. Są i słoneczniki Van Gogha na mosiężnej blaszce – jak kilka innych rzeczy, kupione w pobliskim komisie Emaus. Jest i mój obraz z serii Własny pokój, inspirowanej twórczością Virginii Woolf.

 

Malujesz wiele lat. Czy twoja twórczość od czasu ukończenia Akademii mocno się zmieniła?

Pracuję w cyklach. Dla mnie malowanie to proces, który ma początek, środek i koniec. Pojawia się coś, co mnie inspiruje, np. twórczość Woolf i najczęściej powstaje około 20 obrazów i bardzo dużo rysunków na dany temat. Kiedy się nasycam albo mam w planach 10 kolejnych rzeczy, to przerywam cykl albo zostawiam go na jakiś czas. Zmiany na pewno są dość znaczne na przestrzeni tych 20 lat, natomiast rzeczą, która wiąże wszystkie moje prace, jest kolor. To on stanowi główną cechę budującą moje obrazy. Mogłabym określić się kolorystką.

 

Opowiedz coś o galeryjnej przestrzeni, którą ostatnio stworzyłaś.

To galeria i pracownia w jednym. Koncept zakładał połączenie dwóch rzeczy, które robiłam przez wiele lat bardzo intensywnie. Oprócz malowania to przede wszystkim spotkania z ludźmi, kolekcjonerami, osobami interesującymi się sztuką. Moja wcześniejsza maleńka pracownia na piątym piętrze bez windy nie do końca spełniała wszystkie wymogi moich zawodowych wyzwań. W jednym z pomieszczeń w nowym miejscu mąż urządził też swoje studio nagrań.

Lokal należy do miasta, wylicytowaliśmy go na aukcji. Zupełnie nie planowałam otwierania galerii, ale kiedy zobaczyliśmy to miejsce, zaczęliśmy intensywnie myśleć, co możemy zrobić. Żeby przystąpić do licytacji, musisz prowadzić działalność gospodarczą. W ciągu jednego dnia załatwiłam wszystkie dokumenty. Słowo się rzekło. Od zobaczenia karteczki o wynajmie na oknie, do założenia firmy, wylicytowania lokalu i zrobienia remontu minęło trzy miesiące. Pierwszym dużym wyzwaniem okazała się konieczność wymiany całej instalacji elektrycznej. Podołaliśmy wszystkiemu i 24 stycznia 2026 był wieczór otwarcia. Gdyby jakiś czas temu ktoś powiedział mi, że zrobię coś takiego, to bym nie uwierzyła. Czasami robisz rzeczy automatycznie, nie zastanawiasz się za bardzo, co będzie dalej. Tu chyba też tak było, weszliśmy w to z rozpędu, ale z perspektywy czasu widzimy, że to był dobry pomysł. To było działanie w naszym stylu, jak zwykle na wariata. Dziś regularnie organizuję wernisaże, warsztaty, wydarzenia, a oprócz moich prac, w przestrzeni można znaleźć dzieła innych artystów.