Maciej Nowacki:
Staram się otwierać na naturalną, intuicyjną kreatywność
W warszawskiej pracowni odwiedzamy artystę wizualnego Macieja Nowackiego. Tworzy on obrazy, obiekty i instalacje, choć centralne miejsce w jego praktyce zajmuje malarstwo. Sięga po motywy zakorzenione w historii i reinterpretuje je z queerowej perspektywy. W centrum jego zainteresowań znajdują się ciało, tożsamość i psychika oraz ich nieustanne przemiany. Osobiste doświadczenia zestawia z szerszym kontekstem społecznym i politycznym, badając, w jaki sposób indywidualne przeżycia mogą stawać się częścią zbiorowej narracji.
Od kiedy pracujesz właśnie tu?
Jestem tu już od pięciu lat. Przyznam, że jest to miejsce, które w mojej historii zawodowej zajmuję najdłużej. Przestrzeń wynająłem trochę na czuja, będąc na rezydencji artystycznej w Pradze i planując przeprowadzkę do Warszawy. Nie widziałem jej na żywo, wysłałem tu koleżankę. Dziś współdzielę lokal ze znajomymi. W tym budynku w tej chwili jest sporo pracowni artystycznych.
Pracuję tu na co dzień, staram się trzymać konkretny rytm, pięć-sześć dni pracy i jeden-dwa odpoczynku. Samej pracy kreatywnej jest pewnie pięć, sześć godzin dziennie, takiej faktycznie produktywnej. Pomaga mi rutyna, która jest moim sposobem na to, żeby tworzyć. Nie jestem typem artysty, który zrywa się nagle z miejsca i coś robi czy zarywa noc. Moja praca jest bardzo odmienna od stereotypowego myślenia o wenie twórczej. To bardziej regularna praktyka, która wymaga dyscypliny i w pewnym sensie to robota jak każda inna.
Pracownia to dla mnie drugi dom. Staram się tutaj kreować przyjemne, bezpieczne warunki, dotyczące różnych rutyn związanych na przykład z aromaterapią, czy drobnymi codziennymi rytuałami, które osadzają mnie w rzeczywistości. Mam poczucie, że im więcej mam tych bezpiecznych stabilizatorów, tym chętniej eksperymentuję w pracy twórczej. Staram się tworzyć komfortowe warunki do tego, żeby zaryzykować w obrazie.

bez tytułu, akryl na płótnie, 65×85 cm, 2026, fot. Szymon Sokołowski

Jakie masz przyzwyczajenia, co się musi zadziać, zanim zaczniesz malować?
Wstaję, chwilę medytuję, jem śniadanie, idę do pracowni, zaczynam malować, robię przerwę na obiad, wracam i maluję. I tak w kółko. Tak staram się pracować poniedziałek-piątek. Zacząłem mały detoks od social mediów i zamiast sięgać po Instagrama od rana, siadam na macie do jogi, medytuję, robię prostą rozgrzewkę i staram się być obecny. Po przyjściu do pracowni zazwyczaj parzę kawę, zapalam kadzidło, losuję kartę tarota, która pomaga mi dialogować ze sobą i z życiem. Od pewnego czasu korzystam z tarota codziennie. Tutaj jest talia zrobiona przez artystki i artystów z galerii FWD z Poznania, którą dostałem w prezencie. Podobno tak jest najlepiej. Używam tarota raczej jako rodzaju systemu wróżebnego czy towarzyszącego, który pomaga mi orientować się w życiu, ale jednocześnie podchodzę do tego z dystansem. W każdym razie stało się to moim porannym rytuałem. Później zazwyczaj zaczynam malować. Mam to szczęście, że mogę utrzymywać się ze sztuki, więc skupiam się na niej w wymiarze pełnego etatu. Czas i energia włożone w pracę są dla mnie obecnie kluczowe.
Czy są dni, kiedy nie masz ochoty malować?
Oczywiście, że tak. Ważne, żeby to zaakceptować i czasami po prostu „nic nie robić”. To znaczy nie działać aktywnie, bo zazwyczaj coś i tak się dzieje. Nowe pomysły fermentują w głowie. Siedzenie w pracowni, nawet kiedy się nie chce albo czuje się frustrację, też jest dla mnie ważne.
Jaki etap pracy nad obrazem jest dla ciebie najciekawszy?
Lubię zaczynać. To zawsze jest super. Nowy początek i to, że jeszcze wszystko się może wydarzyć, rozegrać na płótnie; natomiast ostatnio odkryłem, że bardzo boję się kończyć i negocjować, kiedy obraz jest już rzeczywiście skończony. Moim rozwiązaniem w tym momencie jest nie próba kończenia od razu i pracy tylko nad jednym obrazem w danym czasie, co próbowałem robić wcześniej. Zostawiam obraz na pewnym etapie i równolegle zajmuję się kolejnym.
Zamiłowanie do sztuki wyniosłeś z domu?
Moi rodzice są po kulturoznawstwie, od zawsze interesowali się sztuką. Dali mi stymulację w postaci wychodzenia na różne wydarzenia kulturalne. Zawsze były w domu książki, w tym te o sztuce, z których bardzo chętnie korzystałem. Rodzice zachęcali mnie do różnego rodzaju zajęć, testowali, czy spodobają mi się muzyczne, czy plastyczne. I te plastyczne kliknęły, odnalazłem się na kółku plastycznym w Młodzieżowym Domu Kultury. Zawsze lubiłem rysować. Od dziecięcych lat moment bycia samemu z kartką papieru i czymś do rysowania był sposobem radzenia sobie, przetwarzania rzeczywistości. A skoro na kółku plastycznym pani mnie chwaliła i pokazywała na korytarzu moje prace, to zaczął to być sposób na tworzenie dialogu pomiędzy mną a światem, a teraz stało się to moim zawodem. To jest w jakimś sensie niesamowite, ale też na pewno niełatwe. W zajmowanie się sztuką profesjonalnie wpisane jest duże ryzyko.
Czy człowiek i cielesność były tym, co chciałeś malować od początku?
Jestem po liceum ogólnokształcącym i na studiach w Poznaniu miałem mocny trening warsztatowy, czując przy tym dysproporcję pomiędzy mną a koleżankami i kolegami po liceach plastycznych. Po jakimś czasie nauka warsztatu stała się dla mnie swego rodzaju męką, czułem że nie za bardzo się rozwijam i miałem moment mocnego odejścia od figuracji, od ciała ludzkiego na rzecz malarstwa abstrakcyjnego. Miałem długi epizod prób tworzenia obrazów abstrakcyjnych i wyrażania się w tym języku. Towarzyszyło mi swego rodzaju przejmowanie pewnych postaw, narracji, które mówiły, co jest dobrą sztuką, a co niekoniecznie, kiedy funkcjonowałem w środowisku zinstytucjonalizowanym. Dopiero po studiach, próbując oduczyć się w jakimś sensie wszystkiego, jednocześnie korzystając z wachlarza kompetencji, który nabyłem, czułem, że muszę wrócić do siebie, wybrać co mnie tak naprawdę interesuje. Wtedy powróciłem do ciała, do człowieka. W tej chwili pracuję z osobami, które zapraszam do swojej pracowni. Spotykamy się, rozmawiamy, organizujemy sesje zdjęciowe, bardzo ważny jest dla mnie kontakt i wymiana doświadczeń.
To, co pojawi się na płótnie, zazwyczaj zaczyna się od moich bohaterek i bohaterów, a ostatecznie jest trochę o nich i trochę o mnie. To rodzaj autofikcji, do której zapraszam osoby, które wyrażają rzeczy, o których akurat chcę opowiedzieć, jak przełamywanie norm związanych z płcią, z jej performowaniem, z tym, jak ciało jako medium jest z tym związane. Jak warunkuje podmiotowość, jak my w tym ciele jesteśmy i jak tak zwana męskość i kobiecość są skonstruowane. Widzimy tu na przykład mojego byłego partnera Nikitę, z którym byłem w intymnej, codziennej relacji. W pewnym momencie ważne było dla mnie włączanie takich wątków w pracę, która przez to staje się bardziej osobista. Jest też Pat Dudek – performerka, którą zaprosiłem do udziału w cyklu. Widzimy ją w roli rewanżystycznej dominy, ponieważ w niej Pat czuje się bardzo dobrze, jest to bliska jej ekspresja. Zanim powstaną obrazy, spędzamy razem trochę czasu, rozmawiamy, dowiaduję się, jak moi bohaterowie widzą siebie. Następnie uruchamiamy rodzaj dialogu pomiędzy moimi koncepcjami a ich interpretacją i pomysłami. Zależy mi na tym, by udało mi się opowiedzieć coś o osobach, które zapraszam, jednocześnie wciągając je w moją historię.








Wstyd (Nikita), akryl na płótnie, 120×100 cm, 2023, fot. Szymon Sokołowski








Lover’s death, akryl na płótnie, 220×170 cm, 2022
Powinność, akryl na płótnie, 80×155, 2026, foto/ Szymon Sokołowski
Kolejno powstają szkice?
Ten etap ewoluował w ostatnim czasie. Wcześniej byłem bardziej sztywny w myśleniu. Miałem zdefiniowane pomysły, zapraszałem osoby do przyjmowania konkretnych póz, teraz zacząłem się bardziej otwierać na to, co dzieje się w procesie, w trakcie sesji. Zauważyłem, że im więcej improwizacji, im więcej materiału zarejestruję, tym więcej nowych pomysłów, szkiców i obrazów powstaje. Coraz bardziej staram się odpuszczać kontrolę i mam wrażenie, że daje to dobre efekty.
Kiedy decydujesz o kolorystyce danego płótna?
Często mam kilka różnych wersji. Bywa tak, że nie mogę się zdecydować i tworzę dwa podobne obrazy na przykład w różnej skali. To czasami niemal te same sceny. Wcześniej bardziej planowałem wszystko na wstępnym etapie, teraz staram się eksperymentować z kolorem, podejmować decyzję na bieżąco. Pracuję na warstwach, to znaczy: nakładam dużo cienkich warstw półprzezroczystej farby i najczęściej kolor buduje się w procesie. Otwieram się na to, żeby czasami zaszaleć, nałożyć takie kolory, które w ogóle do siebie nie pasują i później jakoś próbować to harmonizować. Lubię mieć coraz więcej poczucia niepewności, które jest w pewien sposób ekscytujące.
Kilka lat temu przeniosłeś się do Warszawy, widzisz zmiany w podejściu do procesu, czy zmiana dotyczy generalnie twojego podejścia do życia, codzienności?
Tak, dla mnie to holistyczny proces. Im bardziej otwieram się jako człowiek na niepewność i niewiedzę, jednocześnie próbując robić to w sposób w miarę bezpieczny dla siebie, uczę się odpuszczać kontrolę i pozwalać sobie na rodzaj bezprzemocowego podejścia, także, a może przede wszystkim wobec siebie. Staram się otwierać na naturalną, intuicyjną kreatywność. Ważny jest dla mnie i dystans do zastanych kanonów związanych z tak zwanym dobrym smakiem, zwłaszcza z perspektywy queerowej jest to coś, co fajnie jest móc przekraczać. Coś może być przegięte, za bardzo dramatyczne, tragikomiczne, może nawet żenujące. Spontaniczność, wewnętrzne dziecko można łatwo schować do ciemnej szafy, a ja od jakiegoś czasu staram się współpracować z różnymi częściami siebie i lepiej mi się tworzy.







