Marcin i Marcin: Sercem mieszkania jest stół

Marcin i Marcin:

Sercem mieszkania jest stół

Autor: Aleksandra Koperda
Zdjęcia: Michał Lichtański
Data: 10.06.2021

Dziś odwiedzamy dwóch Marcinów – Kulaka i Wypycha. Ich kolorowe mieszkanie mieści się na krakowskim Podgórzu, nieopodal Wisły. Kupione w stanie po remoncie (jednak urządzone neutralnie i bezpiecznie) przeszło sporą metamorfozę. Łączy się tu to, co stare i nowe, minimalistyczne i rustykalne.

Marcin Kulak studiował geodezję, jednak w międzyczasie wybrał szkołę wizażu i stylizacji. I z tym właśnie związane jest jego życie zawodowe. Od lat pracuje jako makijażysta przy sesjach zdjęciowych. Jest także art directorem oraz menadżerem studia multibrandu odzieżowego. Jak mówi: „Od zawsze lubiłem rysować i malować. Z biegiem lat zainteresowania zmieniałem w pracę, tyle że zamiast płótna maluję twarze. Odkąd sięgam pamięcią, kupowałem też magazyny wnętrzarskie – to moja druga pasja”.

Marcin Wypych studiował dietetykę, ale jego zainteresowania skupiały się wokół mody (projektowania i stylizacji) oraz rysunku i malarstwa. „Czasami na sesjach zdjęciowych pracujemy razem z Marcinem. Obecnie rozwijam także swoje umiejętności w pracy graficznej – zarówno jako retuszer, jak i twórca kolaży oraz ruchomych zdjęć”.

Co było dla was ważne przy wyborze mieszkania?

M.K.: Najważniejsza była lokalizacja – szukaliśmy czegoś na Kazimierzu i Podgórzu. Równie ważne były dobre nasłonecznienie i balkon. Wszystkie mieszkania znajdowane w starych kamienicach wymagały generalnego remontu, na co nie byliśmy gotowi, a co ciekawsze pozycje znikały z rynku w ciągu kilku godzin. Zdecydowaliśmy się na pewien kompromis. Budynek mógł być nowszy, nawet kilkuletni, byle pozostałe wymagania zostały spełnione. Cel osiągnęliśmy dość szybko. Blok, w którym znaleźliśmy nasze mieszkanie, został wybudowany w 2004 roku. My trafiliśmy tu w roku 2018.

Jak wyglądało to wnętrze?

M.K.: Przede wszystkim miało bardzo dobrą energię, od razu poczuliśmy się tu dobrze. Potem przyszła analiza układu wnętrz i naszych wymagań. Co prawda mieszkanie przed sprzedażą przeszło generalny remont, ale całokształt nie był w naszym klimacie. Musieliśmy oszacować, co chcemy zachować, a co z pewnością chcemy zmienić. Zdecydowaliśmy się zostawić kafelki w łazience i przedpokoju oraz drewnianą podłogę w reszcie mieszkania. Metamorfozę musiał przejść układ pomieszczeń. Wcześniej kuchnia była wydzielona – mało atrakcyjna, wąska, nic ciekawego. Wyburzyliśmy ścianę i połączyliśmy ją z salonem. Przedpokój oddzieliliśmy loftową ścianą z przesuwnymi drzwiami, dzięki czemu całe mieszkanie jest bardziej słoneczne. Potem przyszła kolej na pracę nad detalami, kolorami. Zaczęliśmy od drzwi wejściowych, które zostały przemalowane od wewnątrz, wybraliśmy kolor z wzornika RAL.

M.W.: Znalazłem gdzieś taką inspirację – żółte drzwi – i namawiałem Marcina, aby ten kolor zastosować u nas. W pierwszej chwili nie był przekonany, ale udało się i ostatecznie obaj jesteśmy zadowoleni. Żółte, ciepłe drzwi są bardzo mocnym akcentem, ale rozświetlają mieszkanie od wejścia.

Jaki był pomysł na całą resztę? Na meble i dodatki?

M.K.: Lubuję się w starych rzeczach, w meblach z lat 60., ale i w przedmiotach o sielskim, angielskim klimacie. Uważam, że dobrze połączone nadają unikatowy charakter wnętrzu, a o to właśnie chodziło. Pomysł na kuchnię miałem w głowie od dawna. Część jest biała, klasyczna – stanowi neutralną bazę, na której pięknie wybijają się drewniane postarzane meble. Wrażenie to wzmocniłem kolekcją biało-niebieskich dzbanków, w większości wyszperanych na targach staroci. Miałem też ochotę na akcent nawiązujący do mojej pracy – wybór padł na lampy. Kuchnię oświetlają włoskie reflektory sceniczne.

M.W.: Marcin opowiedział mi, jakie lampy mu się marzą, a ja je po prostu znalazłem. Jestem dobry w takim szperaniu w Internecie, zresztą w kolekcji dzbanków też mam swój udział – co jakiś czas znajduję ciekawy okaz. Sam lubię kryształy i stare kieliszki. Szkło i elementy dekoracyjne znajdujemy zazwyczaj na targach staroci, głównie pod krakowską Halą Targową.

M.K.: Sercem mieszkania jest stół. Jest przedłużeniem kuchni i może pełnić funkcję blatu roboczego, a jednocześnie dobrze wkomponowuje się w salon – bardzo często siadamy przy nim z przyjaciółmi, a czasem pracujemy. Pierwotnie stół miał nawiązywać do postarzanych frontów kuchennych. Ostatecznie jednej nocy znalazłem w Internecie ten duński model z drewna tekowego z lat 60. To było to! Brakowało jeszcze krzeseł. Pierwsze znaleźliśmy na śmietniku przy naszym bloku, drugie dostaliśmy od koleżanki (ona również wzięła je z wystawki chodnikowej). Odnowione dostały drugie życie. Na koniec do krzeseł vintage dokupiliśmy 2 przezroczyste z Ikei. Ich forma ładnie nawiązuje do szklanych lamp nad stołem, wprowadza nowoczesność.

M.W.: Meble kupowaliśmy głównie przez Internet – lubimy większy wybór. Mieliśmy pewne założenia, plany, które często weryfikował czas. Jesteśmy otwarci na zmiany, więc na część zakupów decydowaliśmy się spontanicznie. 

M.K.: Zmieniliśmy też grzejniki na stylizowane, teraz przypominają te w starych domach czy kamienicach. Same w sobie stanowią graficzną dekorację. W sypialni pierwsze było łóżko. Zdecydowaliśmy się także na kolor na ścianie – tym razem ciemny, żeby było bardziej przytulnie. Szafa z frontami z dębowego forniru ma być optycznym przedłużeniem podłogi.

M.W.: Brakowało jeszcze jakiegoś akcentu. Postawiliśmy na retro sekretarzyk, ale nadaliśmy mu inną funkcję. W szufladach trzymamy bieliznę, a wysuwany blat nadaje się do pracy. Lubimy uniwersalne rozwiązania, fajnie sprawdzają się zwłaszcza wtedy, kiedy mieszkanie nie jest bardzo duże.

Jaka jest historia zielonej witryny z witrażowym szkłem?

M.W.: Dość długa. Marcin wypatrzył podobną w jednym z francuskich sklepów internetowych. Niestety po wielu próbach negocjacji okazało się, że nie ma możliwości dostarczenia mebla do Polski. 2020 rok nie ułatwiał międzynarodowych transakcji.

M.K.: Szukałem czegoś, co nie będzie kolejnym nawiązaniem do lat 60. Ta witryna miała przypominać kuchenny kredens. Wykonanie mebla na wzór tego francuskiego zleciliśmy znajomemu stolarzowi. I tu nie obyło się bez problemów. Początkowo mebel miał trawiastozielony kolor. Po poprawkach jest idealny – w całości wykonany według starej metody, czyli bez gwoździ i śrub, a każda szybka jest oprawiona oddzielnie.

Jakie rzeczy lubicie?

M.W.: Obaj lubimy kolor, nie boimy się miksować rzeczy w różnych stylach. Przyciągają nas ciekawe projekty. Czasem na coś polujemy, czasem coś trafia do nas przez przypadek. Kiedy Marcinowi jakiś przedmiot wyjątkowo się spodoba, a ja nie jestem przekonany, próbuję znaleźć inne wyjście. Z różnym skutkiem! 

M.K.: Ja jestem zdecydowanie bardziej wygodny. Czasami wolę kupić coś, co po prostu mi się podoba. Dobrze, że Marcin ma cierpliwość do internetowych poszukiwań.