Maria Thiel-Roman: Dobrze jest żyć pięknie na co dzień

W warszawskim mieszkaniu w kamienicy stojącej na Mokotowie odwiedzamy projektantkę wnętrz Marię Thiel-Roman. Funkcjonalistyczny budynek powstał w latach 1936–1937 dla prezesa zarządu i jednego z dwóch dyrektorów cukrowni Babino-Tomachowskiej Karola Sachsa. Projekt stworzył Lucjan Korngold. Imponujący hall kamienicy wyłożony był płytami alabastrowymi, które możemy podziwiać i dziś, choć w nieco mniejszych rozmiarach niż pierwotnie. Budynek wyróżniał się nowoczesnymi rozwiązaniami jak oszklone partie balustrad balkonowych, kotłownia ze spalarnią odpadów czy podziemny garaż na osiem aut mający sufit z luksferów. 

Choć mieszkasz tu wiele lat, wnętrze zachwyca oryginalnością. Jak projektować tak, by wnętrze nie stało się „niemodne” zaraz po remoncie?

To może trywialne, ale prawdziwe powiedzenie: Potrzeba jest matką wynalazku. U mnie wszystko się od tego zaczęło. W momencie, kiedy człowiek ma ograniczone możliwości, zaczyna się kreatywne myślenie. Lubię wyzwania, projektowanie wnętrz przy niewielkich budżetach. W dzisiejszych czasach można kupić wszystko i wszystko zrobić na zamówienie. A wybór parkietu ze 180 opcji dostępnych w sklepie jest absurdalny. Na samym końcu nie ma znaczenia czy deska jest dłuższa, czy krótsza o centymetr. Ale co zastanawiające, mimo to bardzo mało jest wnętrz, w których człowiek chciałby zostać. To oczywiście jest związane także z energią ludzi, ale przede wszystkim z tym, że w mieszkaniach bardzo łatwo można wyczuć pewnego rodzaju sztuczność i przebranie. Tak jak jest z ubraniem w przypadku człowieka. Kiedy mamy ograniczony budżet, zaczynamy wymyślać ciekawe rzeczy. Działać trochę bardziej scenograficzne. Kolorem jesteśmy w stanie osiągnąć wszystko, a najczęściej fiksujemy się na nieistotnych rzeczach, jak marka. 

Wydaje mi się, że dziś ludzie skupiają się zbyt mocno na dwóch pomieszczeniach: kuchni, która musi być naszpikowana nowoczesnymi sprzętami, i pomieszczeniu gospodarczym, żeby większość rzeczy schować. Mnie to zadziwia może dlatego, że wychowałam się w mieszkaniu z dwoma pokojami. Miałam brata, rodzice zapraszali gości, była tylko jedna łazienka, a wszyscy byliśmy umyci! Jestem przyzwyczajona do tego, że odkurzacz stoi za drzwiami i nikt się tego nie wstydzi. Kolejną rzeczą jest chęć osiągnięcia efektu wow”. Co to znaczy? Fontanna? Papuga w klatce? Pytana o to znajoma agentka odpowiedziała, że to coś takiego, czego jeszcze nie było. To droga donikąd. Widoczny jest dziś trend, by projektować nie dla siebie, a po to, by komuś zaimponować, by projekt pojawił się w magazynie wnętrzarskim.

Jak powstawało wnętrze twojego mieszkania?

Mieszkanie mieści się w budynku z lat 30. XX wieku i jest bardzo funkcjonalne. Choć lubię kombinować z układem pomieszczeń, nie było takiej potrzeby. Mieszkam tu od 25 lat, wychowałam w tym miejscu trójkę dzieci. Wcześniej mieszkanie należało do kostiumografki filmowej. Wtedy jeszcze kuchnia była mniejsza, jej część stanowiła służbówka w całości wypełniona przez futra gospodyni.

Niemal od początku był tu z nami kuchenny stół i kanapa. A cała reszta? To zbieranina różnych rzeczy gromadzona od lat. Od zawsze kręci mnie kolor i jego różne odcienie.
To on jest najistotniejszy przy wybieraniu przedmiotów. Ale lubię też obiekty związane z Afryką. To chyba stąd, że mój ojciec bardzo dużo podróżował, pracował między innymi w Maroku i Senegalu. Wielokrotnie słyszałam jego opowieści o tych miejscach. Kiedy byłam w podstawówce, pojechaliśmy do Algierii. Uwielbiam rękodzieło, kolory i zapachy Afryki. Fascynują mnie wyplatane rzeczy i haftowane tkaniny. 

To mieszkanie przychodziło różne fazy kolorystyczne. Zawsze było tu sporo beżu, cynamonu, żółci. Zauważyłam, że kiedy w trudniejszych okresach w życiu miałam chęć siedzenia tu w pewnego rodzaju schronieniu, wnętrza stawały się bardziej monochromatyczne. Kiedy się wyciszałam, zaczynałam otwierać się na inne odcienie i eksperymentowałam. Nie w dodatkach, bo uważam, że kolor dobrze oddziałuje, jeżeli jest w masie.

Drugą rzeczą oprócz koloru, do której przywiązuję wagę, jest rodzaj luksusu, rozumianego inaczej niż potocznie. Dla mnie luksusem jest posiadanie czegoś, co nie jest widoczne, jak kaszmirowa podszewka w ubraniu, a we wnętrzach to, co jest jedyne i wyjątkowe. Miałam tak od małego. Nie lubiłam mieć czegoś, co miała druga osoba. Kiedy mama szła do sklepu, ale to były trochę inne czasy, to musiałam kupić rzecz ostatnią, pewnie dlatego dziś uwielbiam TK Maxx i targi staroci.

 

Jest tu sporo nieoczywistych przedmiotów. Co krok chce się pytać: A co to jest i jaka jest tego historia? Jakie muszę być, by tu trafić?

To, co tu trafia, musi mieć w sobie pewnego rodzaju głębię i czynnik ludzki. Nie lubię powtarzalności, a kiedy coś jest wytwarzane ręcznie, to niedoskonałości stają się zaletą. Mam też problem z bardzo drogimi rzeczami. Nie lubię takich mieć. Nie chciałabym się cały czas stresować tym, czy coś się zniszczy. Nie uważam, że najważniejsze jest nazwisko projektanta. Wszystko muszę przefiltrować przez siebie.

 

Od wielu lat projektujesz wnętrza, jak się to zaczęło?

Wychowałam się w Warszawie, pochodzę z rodziny umysłów ścisłych, a od małego lubiłam rzeczy związane z kreowaniem przestrzeni. Kiedy rodzice usłyszeli, że chciałabym projektować wnętrza, włos im się na głowie zjeżył. W związku z tym najpierw skończyłam klasę matematyczną, a potem poszłam na politechnikę. Chciałam zdawać na architekturę, ale nie dostałam się. Za słabo rysowałam. Rodzice stwierdzili, że muszę więc iść na cokolwiek i tak trafiłam na budownictwo wodne. Do dziś jestem na nich trochę wkurzona i dlatego przyrzekłam sobie, że nigdy nie zafunduję tego moim dzieciom. Studiując, zaczęłam jednak urządzać mieszkania znajomym. 

 

Co musi się zadziać, by powstało wnętrze dobre do życia?

Projektując, muszę mieć bezpośredni kontakt z klientem. Tego się nie da zrobić przez kogoś. Projektowanie wnętrz czasami jest trochę jak psychoterapia. Żeby coś dobrze zaprojektować, trzeba od podszewki znać tego, dla kogo tworzymy. Dziś trudna w tym zawodzie stała się ekspresowa zmiana trendów. Ktoś chce dany rodzaj kuchni, ale w trakcie procesu projektowego pojawia się coś nowego i wszystko zmieniamy. 

Nasze mieszkania w otaczającej nas i przebodźcowującej rzeczywistości powinny być mikroświatami, które dają nam schronienie. Za pomocą talerzyka czy kwiatka możemy żyć ładniej i przyjemniej. Nie trzeba wiele, po prostu można kupić pięć brzydkich lub pięć ładnych kubków. Dzięki najprostszym rzeczom można zrobić wiele. Dobrze jest żyć pięknie na co dzień.