Maria Tyniec:
Moim znakiem rozpoznawczym jest kolor
W kamienicy z 1931 roku na warszawskim Powiślu odwiedzamy Marię Tyniec. Maria ukończyła architekturę wnętrz na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, aneks do dyplomu przygotowała w pracowni tkaniny eksperymentalnej. Jest artystką i projektantką. Znakiem rozpoznawczym jej prac jest używanie wałków malarskich i motywów inspirowanych ludowymi wycinankami, a jej projektów wnętrz – kolor. Prywatne mieszkanie Marii, choć projektowane dwie dekady temu, zachwyca funkcjonalnością i doborem sprzętów. Większość to klasyki włoskiego dizajnu oraz zbierana od lat sztuka i rzemiosło.
Zawodowo zajmujesz się między innymi projektowaniem wnętrz. Czy zamiłowanie do ingerowania w otaczającą cię przestrzeń było w tobie od małego?
Wydaje mi się, że tak, chociaż jako dziecko wyżywałam się, raczej rysując i malując. Natomiast mieszkanie, w którym dorastałam na warszawskiej Woli, musiało mieć na mnie wpływ. Osiedle powstało na przełomie lat 50. i 60. XX wieku, jako jedno z pierwszych wzniesionych w technologii wielkiej płyty. Mieszkania były nowoczesne i funkcjonalne z kuchniami o identycznych wymiarach jak kuchnia frankfurcka zaprojektowana przez architektkę Margaretę Schutte-Lihotzky w latach 20. XX wieku. Każda była wyposażona w dwurzędową zabudowę meblową. Łazienki miały okna i posadzki z lastryko, a toalety były wydzielone. Resztę podłóg pokrywało kolorowe linoleum. W sypialniach i przedpokoju zastaliśmy pojemne wbudowane szafy. Wszystko proste, tanie, ale praktyczne. Mieszkania miały 265 cm do sufitu, za czym zatęskniłam po latach, kiedy przeprowadziłam się do bloku, w którym mieszkania były wysokie tylko na 247 cm. Może dlatego tak doceniam dziś architekturę modernizmu.

Nie mieliśmy antyków po dziadkach. Z wojny rodzice nie wynieśli niczego. Nie byli z Warszawy, przyjechali tu z jedną walizką. Nasze M5 urządzili meblami w stylu lat 50. Podobała mi się amerykanka, rozkładany fotel, ale były i regały na książki z Ładu [Spółdzielnia Artystów Plastyków – przyp. red.], i proste tapczany z pojemnikami na pościel. W oknach zasłony w pikasy. Do tego dużo szkła i porcelany w stylu new look. Figurki ćmielowskie, które mnie fascynowały, stoją teraz w mojej łazience i są namiastką rodzinnego domu.
Rodzice nie byli związani ze sztuką. Mój ojciec – ekonomista, zainteresował się tym rynkiem, kiedy oboje z bratem zaczęliśmy studia. Chciał chyba zrozumieć, czym się zajmujemy. Mama była lekarką. Gdy byłam jeszcze bardzo mała, wierciłam jej dziurę w brzuchu, żeby mi kupiła łóżeczko dla lalki. Wreszcie dostałam – nowoczesny tapczan. Byłam ogromnie rozczarowana. Łóżeczko, które sobie wymarzyłam, było tradycyjne, metalowe z wysokim zagłówkiem. Zdarzyło mi się też wyciąć ząbki w zasłonie w sypialni rodziców. Potrzebowałam szmatek, by udekorować domek dla lalek. Historie te są o tyle dziwne, że nie pamiętam, żebym bawiła się lalkami. Mój brat też skończył architekturę wnętrz, też został malarzem. Podczas studiów zamieszkaliśmy razem w moim pokoju, a jego zamieniliśmy w pracownię.
Projektowanie wnętrz zapewne nie było oczywistym wyborem w latach, gdy studiowałaś. Co cię zainteresowało w tym kierunku?
Bardzo chciałam iść na Akademię, ale nie wiedziałam, na co konkretnie. W trzeciej klasie liceum usłyszałam rozmowę koleżanek, z których jedna mówiła, że będzie zdawać na architekturę wnętrz. Wtedy dowiedziałam się, że istnieje taki kierunek. Nie trzeba było mi dwa razy powtarzać. Czasami żartuję, że nie mieliśmy, ja i brat, innego wyjścia, jak zająć się wnętrzami. Rodziców przerażały nawet drobne naprawy w domu. Po studiach to my zrobiliśmy pierwszy gruntowny remont naszego mieszkania. Wszystko zaprojektowaliśmy po swojemu, ale z myślą o potrzebach rodziców, bo sami byliśmy już na wylocie.
Kiedy kończyłam studia, czyli w 1982 roku, nikt w Polsce nie potrzebował projektów wnętrz. Studiując, nie zastanawiałam się, co będę robić dalej. Miałam też wewnętrzne przeświadczenie, że wszystkie drzwi są przede mną otwarte. Na szczęście, za namową koleżanki, studiowałam też tkaninę artystyczną, którą zajmowałam się przez kilkanaście lat po dyplomie. Nieco później zaczęłam malować. W latach 90., w okresie zmiany ustrojowej rynek się załamał. Przestałam zarabiać. Ktoś znajomy zaproponował mi, żebym spróbowała pisać. I tak dostałam pracę w dziale kultury dziennika „Życie Warszawy”. Prowadziłam cotygodniową rubrykę, która z racji mojego wykształcenia była poświęcona zmieniającej się radykalnie estetyce miasta. Nazywała się Ładne Brzydkie. Chodziłam po mieście, miałam oczy dookoła głowy i pisałam. A to o podwórkach, a to o witrynach sklepowych, a to o modzie. Wkrótce zaczęłam współpracę z wydawnictwem Murator, aż w końcu trafiłam do magazynu „Dom i Wnętrze”, gdzie osiadłam na 10 lat. I wtedy właściwie zaczęłam projektować wnętrza. Z czasem założyłam Maria Tyniec Design Studio, pracownię projektowania wnętrz.
Dziś wróciłam do malowania. Projektuję również desenie. We współpracy z marką NAP stworzyłam trzy kolekcje apaszek: Cacka, Jaskółki i Syreny. Na koncie mamy także projekty papieru do pakowania prezentów, kartek okolicznościowych, nadruku na torby. Niedawno za Cacka dostaliśmy wyróżnienie w plebiscycie MUST HAVE 2025 organizowanym przez Łódź Design Festival. Ostatnio pracuję też nad projektem dekoracji na porcelanę. Moje desenie to najczęściej motywy wywodzące się ze sztuki ludowej i wzory czerpane z tradycyjnych wałków do malowania ścian. Te same, które przewijają się przez moje malarstwo. Często są tak dalece przetworzone, że niemal nierozpoznawalne.
Projektujesz od wielu lat. Co według ciebie jest ważne w projektach mieszkań?
Moją ambicją jest uwzględnienie w projekcie charakteru architektury budynku, w którym znajduje się wnętrze. Akceptuję te nowoczesne w starej architekturze. Jest w tym jakaś prawda, kolejna nakładająca się z czasem warstwa. Mam jednak problem, jeśli ktoś oczekuje w nowoczesnym budynku imitacji historycznego wystroju. Projekty wnętrz prywatnych zaczynam od układu przestrzennego, a zaraz potem wyznaczam miejsca na przechowywanie. Uważam, że to istotne, żeby wyzwolić przestrzeń od szaf i szafeczek. Dążę do tego, by jak najlepiej wykorzystać daną przestrzeń, podkreślić jej zalety i zniwelować wady, a jednocześnie stworzyć funkcjonalny plan zapewniający płynność poruszania się po domu. To, że ma też spełniać potrzeby konkretnych klientów, jest dla mnie oczywiste. Mówiąc o potrzebach, mam na myśli także te estetyczne i emocjonalne. Biorę pod uwagę również zmiany, jakie mogą się pojawić z czasem w życiu danej rodziny. Rzecz jasna nie wszystko da się przewidzieć. Cała reszta to kostium. Ważny, a i owszem, ale można go zmieniać. Za luksus uważam wygodę, przestrzeń, światło dzienne, ale i dobre sztuczne oświetlenie. Natomiast moją pasją i znakiem rozpoznawczym jest kolor.















Jesteśmy w twoim mieszkaniu, w okazałej modernistycznej kamienicy, niemal w pełni odrestaurowanej, z detalami wiernie odwzorowującymi te oryginalne. Jak tu trafiłaś?
Co ciekawe, w tej kamienicy zaprojektowałam już trzy mieszkania. Wszystkie miały pierwotnie identyczny układ. Architekt naszego domu, Piotr Kwiek, pozostawił jednak pewną swobodę aranżacji poszczególnych lokali. Pode mną mieszka mój brat z żoną, chcieli mieć – odwrotnie niż ja – część dzienną od frontu. To było wyzwanie, ale się udało. Piętro niżej jest mieszkanie naszej koleżanki. Jej podobał się układ pomieszczeń taki jak u mnie. Z tą jednak różnicą, że zażyczyła sobie możliwość wydzielenia kuchni, stąd przesuwane ażurowe panele. Różnic jest oczywiście więcej.
Z Powiślem jestem związana już jakieś 35 lat. Wcześniej mieliśmy małe mieszkanie przy alei 3 Maja. Kiedy moje dzieci dorastały, marzyłam, żeby kiedyś kupić coś większego, ale wiedziałam, że chcę zostać w tej samej okolicy. Wtedy jeszcze szukałam czegoś w nowym budownictwie, bałam się starych kamienic, ograniczeń narzuconych przez biuro konserwatora zabytków, braków w dokumentacji, konfliktów z zasiedziałymi sąsiadami. Szybko jednak dałam za wygraną – na Powiślu był wówczas niewielki wybór – i zaczęłam wypatrywać czegoś w starym budownictwie. W ciągu kilku miesięcy odwiedziłam trzy inne mieszkania. W końcu trafiłam tu, gdzie dziś rozmawiamy i wiedziałam, że to jest to. Remont trwał osiem miesięcy. Wprowadziłam się wiosną 2005 roku. Właśnie minęło 20 lat.
Niemal od początku zaangażowałam się w życie naszej wspólnoty. To przedwojenna, założona w 1928 roku przez pracowników Banku Polskiego spółdzielnia mieszkaniowa. Dzisiaj jestem jej prezeską – od lat kawałek po kawałku odrestaurowujemy budynek. Żartuję, że stałam się specjalistką od starej architektury. Pod sam koniec wojny spłonęło wschodnie skrzydło naszej kamienicy, to, w którym znajduje się moje mieszkanie. Pożar przeniósł się z sąsiedniego domu. Odbudowa trwała do lat 60., kiedy to na nowo uruchomiono windy.
W jakim stanie było to mieszkanie, gdy je kupiłaś?
Jedyny remont przeprowadzano tu prawdopodobnie w latach 70. Brakowało wartościowych, oryginalnych artefaktów. Wszystko wymieniłam. Zmodyfikowałam też układ przestrzenny. Przed wojną metraż był dużo większy, później mieszkanie zostało podzielone na dwa. W kuchni, tu, gdzie dziś jest piekarnik, było wyjście na klatkę tak zwaną kuchenną. To klatka bez windy. Dzisiaj mówimy o niej „kamienna”, bo w przeciwieństwie do klatek frontowych, w których są dębowe schody i parkiety, ma posadzkę z lastryko. W mieszkaniu funkcjonowała też służbówka, której nie było już w czasie, gdy je kupiłam. Stąd to jedno mniejsze okno w przestrzeni dziennej. Wcześniej dzisiejszy salon dzieliła ściana, za nią był pokój syna. Już w momencie, kiedy ją stawiałam, wiedziałam, że kiedyś zniknie. Stąd konstrukcja, która pozwalała na szybką i prostą rozbiórkę. Zmianę uwzględniał także projekt instalacji elektrycznej i nagłośnienia. Syn, który studiował fotografię, gdy się tu wprowadziliśmy, miał też ciemnię. Dzisiaj to garderoba. Z kolei pokój, który jest teraz moją pracownią, szykowałam dla córki, ale ona po maturze wyjechała na studia do Krakowa i nigdy w nim nie mieszkała. Nie tylko, gdy ma się dzieci, warto projektować elastycznie.
Jakie przedmioty cię otaczają? Co lubisz we wnętrzach?
Tak jak w modzie, tak i we wnętrzach lubię rzeczy, które są niekoniecznie najmodniejsze. Unikam też sformułowania, że coś jest ponadczasowe. Potrzeby i styl życia się zmieniają, a przedmioty wychodzą z użycia, niszczeją. Wolę mówić, że coś się sprawdziło, że dobrze czy ładnie się starzeje. Lubię wnętrza żywe, takie, które podążają w ślad za swoimi mieszkańcami.
Mam słabość do projektantów z mojego pokolenia, jak Piero Lissoni, Antonio Citterio, Konstantin Grcic, Patricia Urquiola, którzy są na rynku już jakiś czas, teraz może nieco przyćmieni przez młodszą generację twórców. Mam sprzęty ich projektów. Moim ulubionym jest stalowy stół Lissoniego. Ten mebel wytrzymuje wszystko. Komfortowa sofa z podnóżkiem to mocno eksploatowany przeze mnie projekt Citterio. Natomiast fotele Urquioli uwielbiam za ich rozłożystą, lekką formę i dlatego, że są ażurowe. Można na nich siedzieć wygodnie nawet po turecku. Z Urquiolą dzielę też zamiłowanie do koloru i etnicznych klimatów. Śmieję się, bo nie brzmi to skromnie. Ale kolor faktycznie mocno na mnie działa. Zwykle słyszę, że to czerwień jest pewnie moją ulubioną barwą. Faktycznie jest jej tu dużo, ale to nie do końca tak. Żadnego koloru nie uważam za brzydki. Są po prostu złe i dobre zestawienia. Prawdą jest za to, że kiedy widzę kolorowe szkło, to jestem jak sroka. Do pracowni prowadzą przesuwane żółte szklane drzwi. Takie same są między sypialnią a łazienką. W pochmurne dni dają mi namiastkę słońca.
Masz przedmioty, które są z tobą od lat, dłużej niż tu mieszkasz?
Z domu rodzinnego zachowałam szkło i ceramikę z lat 60. XX wieku. Na ścianie sypialni wiszą też pejzaże, które mama odziedziczyła po swojej ciotce. Zachowałam je w oryginalnych złotych ramach. Nad łóżkiem mam też kilka obrazów z lat 90. mojego brata, Jana Tyńca. W pewnym momencie uświadomiłam sobie też, że zebrałam sporą kolekcję korali, zdecydowanie więcej, niż potrzebuję. Część z nich mam po mamie, przywiozła je z Afryki, gdzie mieszkała przez jakiś czas w latach 80. Najnowsze zdobyłam na bazarze w Indonezji. Konsola stojąca w sypialni, w której je trzymam, była już wielokrotnie przemalowywana.








