Marta Siniło: Pierwszy raz od lat mam poczucie, że „już wiem”

Warszawa, Stara Ochota, słoneczny poranek. Wpadamy do stylistki i producentki Marty Siniło, która swoje mieszkanie urządziła meblami z drugiej ręki. Zasady w doborze rzeczy do wnętrza były dwie: przedmioty mają spełniać estetyczne oczekiwania Marty i być na tyle odporne, by wytrzymały użytkowanie przez dwoje dzieci. Marta wynajęła mieszkanie na chwilę przed pandemią. Jego stan pozostawiał wiele do życzenia ‒ odnawiała je bez pośpiechu i własnymi siłami.

Od kilkunastu lat pracujesz w branży modowej. Jak ubierałaś się, kiedy dorastałaś?

Marta: Mam starszą siostrę, która zawsze miała wysokie stopnie, wszystko robiła najlepiej i była pięknym dzieckiem. Ja byłam blada jak ściana, miałam rude włosy, piegi i czarny ząb! Ale zawsze uważałam, że jestem najpiękniejsza na świecie. Uwielbiałam się stroić i za każdym razem byłam przekonana, że stworzyłam stylizację życia. Miałam ulubione ubrania, np. legginsy z lycry w kolorze jaskraworóżowym, zakładałam je do wszystkiego, a obowiązkowym dodatkiem był plastikowy, różowy daszek.

Moja mama szyła i kiedyś uszyła siostrze wspaniały, falbaniasty fartuszek do szkoły, który zupełnie nie przypadł jej do gustu. Ja uważałam, że jest przepiękny! Dostałam go więc od mamy, a jako że nie chodziłam jeszcze do szkoły, całymi dniami biegałam w nim po podwórku.

A jak było później?

Zawsze lubiłam wyjątkowe rzeczy, które zaskakują formą czy kolorem. Kiedy pracowałam już jako stylistka, miałam dostęp do luksusowych i ekstrawaganckich ubrań. Wtedy (jak zresztą i dziś) lubiłam wybrać na imprezę coś nieoczywistego i sprawdzać reakcje ludzi.

Moda to dla mnie ważna dziedzina, badam ją, analizuję. Ciekawi mnie, jak to, co mamy na sobie, prowokuje pewne sytuacje. Szczególnie moda haute couture przez swoją niepraktyczność może wywołać wiele niespodziewanych zdarzeń. Czasami strój sprawia, że dany dzień pamięta się do końca życia. Podoba mi się w modzie ten moment, kiedy wychodzi na ulicę i zderza się z rzeczywistością. Najpiękniejsza suknia zamknięta w szafie jest niczym. Moda ubarwia nasze życie, ma moc. Od tego, co nosimy, jak wykorzystamy ubranie, może zależeć to, czy coś nam się uda. Odpowiedni strój zmienia ludzi, nawet ich wyraz twarzy.

Gdzie się wychowałaś? Czy szybko wiedziałaś, czym chcesz się zajmować?

Pochodzę z Kaszub. Jestem w czepku urodzona, ta myśl towarzyszy mi przez całe życie. Mam troje rodzeństwa, jestem trzecia w kolejności. Rodzice uczyli w szkole podstawowej. Kiedy miałam dwa lata, przeprowadziliśmy się w strony rodzinne taty – do Borów Tucholskich. Wychowałam się wśród jezior, lasów, całe lato nie ubierałam butów. Duża rodzina, wieczny chaos, małomiasteczkowy klimat. Dzieciństwo wspominam w samych superlatywach. Liceum kończyłam w Toruniu, bo zależało mi na klasie plastycznej.

Bardzo wcześnie wiedziałam, co chcę robić w życiu. Od dziecka marzyłam o tym, by zajmować się modą. Lepiłam malutkie laleczki, ubierałam je. Rysowałam, wyklejałam, cięłam stare materiały, tworzyłam kolekcje. Pierwszą maszynę do szycia dostałam w czwartej klasie podstawówki. Brałam ją ze sobą nawet na wakacje. Mam ją do dziś. Kiedy wyjechałam na studia, do każdego mieszkania, które wynajmowałam, robiłam sobie poszewki na poduszki, zasłony, narzuty na łóżko. Obszywałam całe wnętrze, materiałem zakrywałam to, co mi się nie podobało.

 

Co studiowałaś?

Projektowanie odzieży w Łodzi. Po pierwszym roku pracowałam już jako projektantka w firmie odzieżowej i studia dzienne zamieniłam na zaoczne. Wtedy strony internetowe magazynów modowych w zasadzie nie funkcjonowały. Na stronie „Twojego Stylu”, gdzie wchodziłam często, a gdzie nie działo się niemal nic, pewnego dnia znalazłam baner zapraszający do zgłoszenia się do metamorfozy. Stwierdziłam, że jeśli zgłoszę się na casting, to na pewno poznam tamtejsze stylistki, opowiem, kim jestem, jakie mam marzenia, i dostanę pracę. Siostra zrobiła mi zdjęcie, zostałam przyjęta. Sesja zdjęciowa trwała trzy dni i było to dla mnie niesamowite przeżycie.

Rok później na mojej uczelni pojawiła się stylistka z „Twojego Stylu”. Rozmawiałyśmy, opowiedziałam jej, że brałam udział w metamorfozach. Zupełnie nieoczekiwanie powiedziała, żebym przyjechała do Warszawy i została asystentką. Szybko się zaprzyjaźniłyśmy, nawet zamieszkałyśmy razem. W krótkim czasie awansowałam na stylistkę. To była ogromna przygoda. Pracowałam od rana do nocy, ale żyłam jak pączek w maśle. Poznawałam mnóstwo ciekawych ludzi, chodziłam na pokazy mody, eventy.

Wtedy jednak myślałam jeszcze o byciu projektantką ubrań. Gdy skończyłam licencjat w Łodzi, za namową babci wybrałam się jeszcze do St. Martin’s College w Londynie. Ta szkoła otworzyła mi głowę. Jednak pod koniec studiów poczułam, że tęsknię za planem zdjęciowym. Na planie masz poczucie, że robisz coś, co bardzo szybko się materializuje, efekty pracy widzisz niemal od razu. Zrozumiałam, że wolę być stylistką, producentką, że fascynują mnie gotowe przedmioty, umiem je łączyć, nie mam potrzeby ich wymyślania. Zdecydowałam się wrócić do Polski i wtedy moja kariera stylistki rozkwitła.

Pamiętasz swoją pierwszą sesję?

Moja pierwsza samodzielna sesja (kiedy nie byłam już asystentką) była sesją do „Twojego Stylu”. Tematem przewodnim były kwiaty. Jednak lepiej wspominam sesje, które sama produkowałam – głównie te wyjazdowe, kiedy wybierałam modelki, fotografa, mogłam wykreować materiał od początku do końca. Ostatnią taką pracą była sesja w środku zimy w Nowym Jorku. Wtedy właśnie zdecydowałam, że nie chcę pracować w magazynach modowych.

Stwierdziłam, że sesje okładkowe z dużą presją, trudnym agentem i ciągłymi problemami nie są już dla mnie, nie chciałam uczestniczyć w tym chaosie. Przez wiele lat sprawiało mi to ogromną przyjemność, byłam singielką skupioną na pracy. Pojawił się jednak partner, w końcu miałam chęć wyłączyć telefon, zwolnić. Poczułam, że to, co postrzegałam jako misję, nie jest żadną misją. Że to tylko okładka, która ma zwiększyć sprzedaż, że kolejny pokaz mody Chanel to nie jest prawdziwe życie. Doświadczyłam tego, o czym kiedyś marzyłam, i to wystarczy. Zwolniłam się.

Początkowo pojawiły się myśli: „Boże, co ja zrobiłam, rzuciłam pracę, którą zawsze chciałam mieć”. Jednak szybko okazało się, że bycie producentką i wsparciem dla marek odzieżowych, które sama wybieram, które chcą zaistnieć na rynku, za którymi idzie jakaś idea, daje mi więcej satysfakcji. Zdobyte doświadczenie wykorzystałam gdzieś indziej. 

Czy pandemia zmieniła twoje podejście do mody?

Początkowo myślałam, że pandemia nie przyniesie w modzie znaczących zmian. Po roku widzę, że się myliłam. Ale też zdałam sobie sprawę, że moda jest niezniszczalna, w ciągu setek lat, kryzysów, wojen dostosowuje się do sytuacji. Przed pandemią chodziłam do pracy w szpilkach, dziś sobie tego nie wyobrażam! W moim zawodzie również wiele się zmieniło. Był moment przestoju, marki konstruowały nowy plan. Po roku zupełnie inaczej pokazujemy modę, ten czas przyniósł dobre zmiany. Konsumenci stali się bardziej świadomi, przywiązują wagę do jakości.

Przejdźmy do mieszkania. Wprowadziłaś się tu ponad rok temu, czego szukałaś?

Kiedyś mieszkałam już na Starej Ochocie. Często przechodziłam przez park, który mam teraz za oknami, i myślałam, jak fajnie byłoby tu mieszkać. Kiedy rozstawałam się z partnerem, zaczęłam szukać mieszkania właśnie tu. Nie było to łatwe. Wszystkie w tej okolicy były potwornie drogie, a ja bałam się wysokiej ceny na sam początek samodzielnego wynajmu. Kilku właścicieli nie zdecydowało się na wynajem tylko ze względu na to, że jestem samotną matką.

Szukałam czegoś na pierwszym piętrze, z wanną i większym metrażem. Jednego dnia na Olx-ie znalazłam ogłoszenie z fatalnymi zdjęciami brudnego, zaniedbanego wnętrza. Zadzwoniłam do osoby, która wrzuciła ofertę. Nagle kontakt się urwał, a ogłoszenie zniknęło.

Niedługo później przejeżdżałam tą ulicą i po oknach, które widziałam na zdjęciach, rozpoznałam budynek. Stwierdziłam, że robię to: wchodzę i szukam tego mieszkania. Pukałam w każde drzwi i pytałam. Pod koniec poszukiwań odnalazłam to właściwe. Otworzył pan, który, jak się okazało, w tej przestrzeni miał biuro i szukał kogoś do wspólnego wynajmowania. Opowiedziałam mu, że bardzo chcę tu zamieszkać, że mam dwoje dzieci, a obok jest żłobek, zostawiłam mu swój numer telefonu. Oddzwonił! Powiedział, że zostawiłam kurtkę w szafie i że w sumie on może się wyprowadzić, jeżeli tak bardzo mi zależy.

Jak wyglądało mieszkanie?

Tragicznie! Większość mebli była zniszczona, ściany były brudne i brakowało ciepłej wody. Jednak wprowadziłam się i kiedy rano za oknami zaśpiewały ptaki, poczułam się najszczęśliwsza na świecie. Pomału i z pomocą niani wyrzucałam wszystko, co nadawało się do wymiany, po kawałku malowałam ściany, szafki kuchenne, kafelki. Początkowo zajmowałam z dziećmi ich pokój, to tam meble pojawiły się jako pierwsze.

Testowałam to mieszkanie. Ważne było dla mnie to, że wiem, gdzie się wprowadzam, wiem, kto będzie moim sąsiadem, gdzie mam najbliższy sklep. Trudno mi wyobrazić sobie kupowanie czegoś, co nie jest jeszcze wybudowane. Żyjąc tu, widziałam, gdzie pada światło, myślałam wtedy: „Tu musi stać stół, a tu kanapa”. Wnętrze zapełniało się powoli.

Jaki miałaś na nie pomysł?

Stwierdziłam, że skoro jest wynajmowane, a dzieci są na tyle małe, że sporo przedmiotów się niszczy, muszę znaleźć rzeczy, które mi się podobają, ale nie są drogie. Założyłam, że meble znajdę głównie na Olx-ie (najlepiej takie do 200 zł), czasem trafiało się coś ze śmietnika. Bardzo lubię eklektyzm. Zdecydowanie nie jestem minimalistką, choć podziwiam takie wnętrza.

Opowiedz o paru meblach i przedmiotach.

Z rzeczy zastanych w mieszkaniu została meblościanka stojąca w pokoju dzieci. Sypialniane, bambusowe łóżko przyjechało z Krakowa. Sprzedało je małżeństwo, które kupiło je na Bali. Jest składane w taki sposób, że nie wymaga skręcania. Biurko w sypialni jest po moim dziadku z Torunia. A obraz na ścianie, który zaklepałam, kiedy miałam pięć lat, jest po mojej babci. Powiedziała, że dostanę go, kiedy umrze. Okazało się, że obiecała to również moim kuzynkom! Ostatecznie trafił do mnie, z czego bardzo się cieszę. Na pewno nie jest wart zbyt wiele, ale dla mnie ma wartość sentymentalną. Uwielbiam to, że mogę na niego patrzeć z łóżka. Dobrze wpływa na mój nastrój.

Skórzana sofa w salonie kosztowała 300 zł. Jest duża, wygodna, a kiedy się zniszczy lub kiedy będę się przeprowadzać, nie będzie żal jej wyrzucić. Na marmurową ławę, również znalezioną w Internecie, wydałam 150 zł. Nogi do stołu znalazłam na śmietniku, a szklany blat dostałam od jednej pani za paczkę kawy. Dorzuciła jeszcze dwa kwiatki! Regał to Ikea z lat 70. – jedyny mebel, za który zapłaciłam więcej. Na ścianach wiszą obrazy, które są ze mną od jakiegoś czasu. To dzieła artystów związanych wcześniej z branżą modową, np. Pawła Bika czy Ewy Budki.

Co w tym domu lubisz najbardziej? Jak w nim odpoczywasz?

Lubię siedzieć w łazience – w wannie przy świecach. Palić palo santo i słuchać muzyki. Kiedyś zrobię sobie pokój kąpielowy z prawdziwego zdarzenia. Taki z szezlongiem do czytania! W tym mieszkaniu pierwszy raz od lat mam poczucie, że „już wiem”. Wiem, jak chcę wychować swoje dzieci, czym chcę się otaczać, wiem, na czym polega moja praca i co chcę robić. Poczułam emocjonalny spokój.