Marta Szafraniec: Kupiliśmy ogród

Marta Szafraniec:

Kupiliśmy ogród

Autor: Aleksandra Koperda
Zdjęcia: Michał Lichtański / Mili Studio
Data: 14.03.2022

Jesteśmy na przedmieściach Katowic. Odwiedzamy Martę Szafraniec, która razem z partnerem Wojtkiem oraz córkami Hanią i Marysią mieszka w domu zbudowanym w latach 90. Wprowadzili się tu ponad cztery lata temu. Marta prowadzi markę biżuteryjną, a Wojtek kancelarię prawniczą.

Dom ma dwa poziomy. Na pierwszym przestrzeń jest otwarta, znajdują się tu m.in. kuchnia, jadalnia, salon, za drzwiami mieszczą się jedynie sypialnia Marty i Wojtka ze sporą łazienką i sauną oraz tzw. pokój odsłuchowy. Na piętrze są pokoje dziewczynek i pomieszczenie służące jako wspólna pracownia, gdzie Marta wykonuje z dziećmi różne prace plastyczne. Wnętrze domu zupełnie nie przypomina tego sprzed remontu. Ogromne okna, wyeksponowane betonowe elementy konstrukcyjne oraz intensywne kolory ścian odmieniły jego charakter.

Jakiego domu szukaliście?

Wcześniej mieszkaliśmy na poddaszu czteropiętrowego budynku, tam dorastała nasza starsza córka i urodziła się druga. Doskwierał mi brak windy. Wiedzieliśmy, że jak już zaczniemy szukać czegoś nowego, musi to być parter.

Domu szukaliśmy trzy miesiące. Obejrzeliśmy parę miejsc, w końcu trafiliśmy do tego, które zupełnie nie pasowało nam wizualnie. Zarówno wnętrze, jak i bryła były dalekie od naszej estetyki. Zdecydowaliśmy się na zakup ze względu na duży, zadrzewiony ogród, w którym po czasie postawiliśmy szklarnię i zbudowaliśmy domek dla dziewczynek.

To miejsce znaleźliśmy przez pośrednika. Zadzwonił do nas z informacją, że ma do sprzedania dom w zabudowie bliźniaczej, co nie bardzo nam odpowiadało. Jednak na tyle skutecznie namawiał nas na obejrzenie tej nieruchomości, że nie mogliśmy odmówić. Okazało się, że odległość między budynkami jest spora, dzielą je cztery miejsca garażowe, a nasza sąsiadka okazała się bardzo przyjazna. Oba domy były połączone linią domofonową, którą zachowaliśmy, i co jakiś czas nadal jej używamy. Szczególnie chętnie do cioci Reni dzwonią dziewczynki, np. gdy zabraknie jajek lub mąki.

Te domy zostały wybudowane dla jednej rodziny – w naszym mieszkali rodzice, w drugim po jakimś czasie zamieszkały ich dzieci.

Mówisz, że wizualnie dom nie był tym, o czym marzyliście. Jak wyglądał?

Wnętrze wypełnione było przedmiotami z lat 90., dalekimi od naszej estetyki. Ogromne, skórzane sofy, witraże w oknach, bogaty w formie kominek, tynk strukturalny, kafle na całej podłodze. Układ pomieszczeń był niefunkcjonalny – trzy pokoje na piętrze były przejściowe, prowadziły do nich strome, niebezpieczne schody, a żeby dostać się do pralni, trzeba było otworzyć troje drzwi. W domu było nieefektywne ogrzewanie podłogowe.

Mimo to wprowadziliśmy się i nie remontowaliśmy od razu. To pozwoliło nam poznać ten dom, stwierdzić, co należy zmienić, jakie rozwiązania będą dla nas wygodne. Wtedy rozpoczął się generalny remont, który trwał rok. Po tym czasie wprowadziliśmy się ponownie.

Jakie zmiany wprowadziliście?

Powiększyliśmy otwory okienne, wymieniliśmy okna, system ogrzewania. Układ pomieszczeń został znacząco zmieniony. Ze względów funkcjonalnych niemal wszystkie ściany zostały przesunięte lub wyburzone, z tego powodu konieczna była wymiana instalacji elektrycznej. Tu, gdzie mamy kuchnię, mieściła się także mała łazienka, która ma już nową lokalizację. Na piętrze dobudowana została dodatkowa część, dzięki której można wchodzić do każdego pokoju z osobna. Jedyne pomieszczenie, które nie uległo zmianie, to salon i to też nie do końca, bo okno jest w nieco innym miejscu. Wywieźliśmy 36 kontenerów gruzu.

A jaki był plan na wystrój?

W naszym poprzednim mieszkaniu dominowała biel. Tu zdecydowałam się niemal wyeliminować ten kolor. Miało być przede wszystkim przyjemnie, ciepło i domowo. Staraliśmy się nie oszczędzać na rzeczach, których nie wymienimy za parę lat, np. na oknach czy meblach kuchennych. Filar konstrukcyjny na środku salonu, którego nie można było usunąć, pokryliśmy lustrami, bardzo lubię je we wnętrzach. Niekoniecznie chodzi o to, by się w nich przeglądać – odbijają się w nich moje kwiaty i wydaje się, że jest ich jeszcze więcej.

Jestem pragmatyczna, lubię rzeczy z drugiej ręki, mamy ich tu sporo. Część to rodzinne pamiątki, część przedmioty znalezione w nietypowych okolicznościach czy w Internecie. I tak mamy tu m.in. stół w jadalni wykonany z dwóch par drzwi, które były drzwiami wejściowymi do naszego poprzedniego mieszkania na poddaszu, a które kupiliśmy kilkanaście lat temu. Do tego domu szukaliśmy stołu idealnego i długo jedliśmy przy stoliku turystycznym, w końcu stwierdziliśmy, że ponownie wykorzystamy wysłużone drzwi. Przy stole stoi zbieranina krzeseł, które miały być tymczasowe, ale bardzo je lubimy. Jest tu m.in. niebieskie krzesło po mojej babci czy krzesło taty Wojtka. Nad blatem wisi zegarek po moim dziadku.

Kuchnię wykonał dla nas stolarz. Na Olx-ie kupiłam stary, stolarski stół, który służy jako przybornik. Nie chciałam zabudowywać szafkami kolejnej ściany. Drzwi między kuchnią a przejściem do części gospodarczej są starymi drzwiami skrzynkowymi z dworku. Wiedziałam, że chcę mieć przesuwne drzwi, ale nie miałam nic na oku. Po pewnym czasie Wojtek znalazł je w Internecie. Na jednej ze ścian odkryliśmy oryginalne cegły.

Lubisz przedmioty vintage, co jeszcze?

Rzeczy, które są świadomie zaprojektowane. Ze względu na kierunek studiów (wzornictwo przemysłowe) wyjątkowo mocno interesuje mnie proces powstawania przedmiotu, wykorzystana technologia. Ważna jest też dbałość o detal i to, jak dana rzecz się zestarzeje. 

Jak poznaliście się z Wojtkiem?

18 lat temu wyswatała nas moja przyjaciółka, stwierdziła, że idealnie do siebie pasujemy. Zrobiła imprezę, na którą zaprosiła nas i jedną parę. Studiowałam wtedy w Warszawie, potem wyjechałam do Berlina, więc przez pewien czas tworzyliśmy z Wojtkiem związek na odległość. Choć jestem z Zagłębia, Katowice nie były dla mnie oczywistym wyborem. W końcu dałam się Wojtkowi namówić i dołączyłam do niego. 

Zawodowo zajmujesz się projektowaniem biżuterii, w Katowicach masz swoją pracownię Saffa. Jak to się zaczęło?

Złożyło się tak, że w ramach licencjatu projektowałam maszynę do robienia elementów biżuteryjnych. Wtedy mój profesor poinformował mnie o berlińskim konkursie dla projektantów biżuterii. Stwierdziłam, że spróbuję. Dostałam się, wyjechałam do Niemiec, gdzie przez pół roku projektowałam biżuterię i uczęszczałam na studia magisterskie. Temat biżuterii pojawiał się naturalnie przy różnych działaniach. Wróciłam do Polski, zrobiłam dyplom i dostałam się na warsztaty biżuteryjne do Poznania. Stwierdziłam, że nie jest to zły pomysł, by zająć się tym na własną rękę. Założyłam markę.

Sama projektujesz i wykonujesz biżuterię?

Projektuję pod swoją marką oraz dla marek zewnętrznych. Kiedy 10 lat temu zaczynałam, wszystko robiłam sama. W tej chwili są ze mną Basia, która wszystkiego nauczyła się w Saffie i pracuje tu już ponad sześć lat, Monika, która wspiera mnie w pracy biurowej i czasami także złotniczej, oraz dorywczo Oliwia, która zaczęła od stażu, a teraz współpracujemy regularnie.

Jaka jest biżuteria Saffy?

Materiały, z których korzystam, to mosiądz, srebro, złoto i kamienie. Projekty są bardzo zróżnicowanie. Realizuję też indywidualne zamówienia na pierścionki i obrączki ze złota, projektuję dla firm i instytucji kultury, np. dla JazzArt Festival, Uniwersytetu Śląskiego czy hoteli PURO.