Marta Wyglądała: Nigdy nie myślałam o tym, że mogłabym mieć sztukę w domu

Marta Wyglądała:

Nigdy nie myślałam o tym, że mogłabym mieć sztukę w domu

Autor: Aleksandra Koperda
Zdjęcia: Ład Studio
Data: 07.08.2025

W przestrzeni pełnej koloru i sztuki odwiedzamy Martę Wyglądałę. Mieszkanie mieści się w willi na Żoliborzu, a mieszka w nim Marta z mężem Łukaszem oraz dwoma psami nazwanymi na cześć warszawskich dzielnic: Moko i Żoli. 

Opowiedz co nieco o mieszkaniu, w którym jesteśmy.

To przedwojenna willa. Z tego, co wiem, wybudowana dla jednej rodziny w latach 30. XX wieku. Sąsiadka ma zdjęcie, na którym widać mieszkańców podjeżdżających pod budynek dorożką, a okoliczne drzewa są jeszcze bardzo małe. Po wojnie zamieszkało tu więcej rodzin, wydzielono mniejsze mieszkania, na poddaszu była podobno pracownia artystyczna lub architektoniczna. Ja z mężem wprowadziłam się tu mniej więcej trzy lata temu. Wtedy jeszcze z jednym psiakiem. Ogłoszenie o wynajmie zobaczyłam na Facebooku. Jako że byłam chora, poprosiłam męża, żeby tu przyjechał i nagrał mi video. Mieszkanie wymagało sporo pracy, ale zachwyciło nas światło i sypialnia z widokiem na ogród ze starodrzewiem. Choć nie widziałam go na żywo, zdecydowaliśmy się tu zamieszkać i ani przez chwilę tego nie żałowaliśmy.

Mieszkanie jest wynajmowane, jednak wszystko we wnętrzu wygląda na dopracowane. Jak wyglądało urządzanie tej przestrzeni?

Wcześniej wynajmowaliśmy mieszkanie na Mokotowie, stąd imię naszego pierwszego psa – Moko. Mieliśmy wtedy bardzo mało rzeczy. Może tego tu nie widać, ale mimo wszystko nadal czuję, że jestem minimalistką. Objawia się to szczególnie w kwestii ubrań czy kosmetyków. Jednak jeśli chodzi o sztukę czy dizajn, to jestem mniej zachowawcza. Kiedy się wprowadzaliśmy, były tu pojedyncze meble, które pomału, stopniowo zastępowaliśmy własnymi. 

Kanapę upolowaliśmy w jednym z showroomów w Warszawie. Była z witryny, dzięki czemu kosztowała mniej. Niemiecki stolik kawowy z lat 50. to moje znalezisko z gdańskiego sklepu z rzeczami vintage. Szafka ze sklejki pod telewizor została ręcznie wykonana przez inżynierkę, którą znalazłam na Instagramie. Projekt mebla wykonałam sama, co sprawiło mi dużo radości. Rattanowy fotel w sypialni został przywieziony prosto od lokalnego rzemieślnika z Bali przez moich znajomych. Uwielbiam lampy, łączę te vintage, jak Belid czy Bergboms, z nowymi klasykami typu Flowerpot. No i uwielbiam szkło oraz ceramikę, od wyszperanych na targach staroci czy w internecie „szkiełek” z hut Chribska czy Murano, przez projekty Eryki i Jana Drostów, po unikalne wazony Malwiny Konopackiej. 

 

Jednak to, co najważniejsze, to sztuka wypełniająca wszystkie ściany. Czym zajmujesz się zawodowo i jak zaczęło się twoje kolekcjonowanie?

Pracuję w IT. Z produktami cyfrowymi, których nie widzę na żywo, a jedynie na ekranie laptopa. Wydaje mi się, że to w pewnym momencie wywołało we mnie głód obcowania z czymś, co jest namacalne, co jest wytworem ludzkich rąk. Mogę to coś zobaczyć i mogę tego dotknąć. Dodatkowo oboje z mężem pracujemy głównie z domu i ta przestrzeń codziennie nas inspiruje. Lubimy się na chwilę oderwać i popatrzeć na jakiś obraz po to, żeby głowa trochę odpoczęła, by skierować myśli w inną stronę. Od kiedy pamiętam, uwielbiałam sztukę, bardzo często odwiedzałam muzea, galerie, ale nigdy nie myślałam o tym, że mogłabym mieć sztukę w domu.

Kiedy zmieniło się to myślenie?

Mniej więcej trzy lata temu, kiedy się tutaj wprowadziliśmy. Zbiegło się to pewnie z zainteresowaniem Polaków rynkiem sztuki w okresie pandemii. Pierwsze rzeczy, jakie zaczęłam kupować, to były wydruki artystyczne czy litografie na targach plakatu. Zaczynałam też od mniejszych formatów. Dosyć dużą mentalną barierą do przeskoczenia jest na początku to, żeby wydać na sztukę większe pieniądze. Kiedy zaczęły się tu pojawiać pierwsze prace, zobaczyliśmy, jak nam się dobrze z nimi funkcjonuje, ile daje nam to radości, że później wszystko poszło efektem kuli śnieżnej. 

Przez te trzy lata bardzo mocno wsiąknęłam też w środowisko związane ze sztuką i zdecydowanie dało mi to więcej niż samo nabywanie obrazów. Poznałam mnóstwo inspirujących ludzi, wielu artystów, kuratorów. Dla mnie było to jak wyjście z mojej bańki, bardzo odświeżające doświadczenie. Należę do Towarzystwa Przyjaciół MSN-u i Towarzystwa Przyjaciół Zachęty, żeby mieć możliwość uczestniczenia w specjalnych oprowadzaniach kuratorskich, wizytach w pracowniach artystów czy wycieczkach. Co ciekawe, łączy nas sztuka, ale pochodzimy z różnych środowisk.

 

Pamiętasz swój pierwszy zakup?

Z tego, co pamiętam, pierwszą pracą zakupioną intencjonalnie, z myślą o tym, że chciałabym zacząć zbierać sztukę, była litografia Aleksandry Waliszewskiej. Nabyta w podobnym czasie i mająca dla mnie symboliczne znaczenie praca to pochoir ręcznie kolorowany gwaszem Zofii Stryjeńskiej z 1939 roku. Od zawsze bardzo inspirowała mnie nie tylko twórczość, ale i życiorys Stryjeńskiej – wystarczy tylko wspomnieć, że ścięła włosy i przebrała się za mężczyznę, by rozpocząć studia na Akademii Sztuk Pięknych w Monachium. Dlatego, mimo że skupiam się na sztuce współczesnej, to bardzo chciałam mieć też coś związanego z tą konkretną artystką.

 

Jaką sztukę lubisz, jaką kolekcjonujesz?

Miałam szczęście, bo już na początku poznałam kolekcjonerki i kolekcjonerów z bardzo dużym doświadczeniem, od których mogłam się uczyć. Zachęcano mnie do tego, żeby tę kolekcję, która obecnie liczy prawie 100 prac, jakoś ukierunkować. Ale z racji tego, że nie do końca wiedziałam, co ze mną najbardziej rezonuje, zdecydowałam się na trzy kierunki. Pierwszy to abstrakcja i kolor – tu umieszczam prace Kingi Nowak, Adama Stępnia czy Nikodema Szpunara. Drugi to sztuka kobieca, bardzo różnie rozumiana, bo i tworzona przez kobiety, ale i taka, która kobiety przedstawia, mówi o tym, z czym jako kobiety się zmagamy, nawiązuje do tematów ciała i cielesności, tożsamości, ról społecznych czy wykluczenia. Tutaj mogę wymienić prace Heleny Stiasny, Alex Urban, Julii Woronowicz, sióstr Wahl, Moniki Drożyńskiej, Teresy Jakubowskiej czy Ani Rutkowskiej. Jest to mój największy zbiór i to właśnie ten zamierzam najmocniej rozwijać. Trzeci kierunek, to trochę taki worek, w którym umieszczam prace tworzone jako reakcja na to, co się obecnie dzieje. Tutaj zaklasyfikowałabym na przykład gwasz Bartka Kiełbowicza, który przedstawia jego żonę Liwię w trakcie strajku kobiet, czy litografię Nikity Kadana nawiązującą do wojny w Ukrainie, a także płótno Jędrzeja Bieńko czy linoryt Wilhelma Sasnala. To sztuka, która z pewnych względów jest dla mnie ważna i z biegiem czasu te zbiory będą budować moją historię. Pokazywać, co się działo, co rok po roku przeżywałam. Nie cała kolekcja wisi na ścianach, Co jakiś czas zmieniam układ tego, co jest eksponowane. Lubię się trochę pobawić, tak by prace ze sobą korespondowały, wchodziły w interakcję. 

Co do samego kolekcjonowania – długo czułam opór przed tym, żeby nazywać się kolekcjonerką, ale dziś myślę, że warto przełamać związane z tym stereotypy. Można też kolekcjonować, kupując sitodruki za kilkaset złotych czy prace studentów ASP, a nie tylko licytując obrazy na aukcjach za ogromne sumy.

 

Czy w twoim domu rodzinnym było zainteresowanie sztuką?

Mam takie wspomnienie. Byłam sześciolatką, przeprowadzaliśmy się z rodzicami z mieszkania do domu jednorodzinnego. Pewnego dnia przyszedł do nas pan, artysta domokrążca z katalogiem różnych zdjęć, z których moi rodzice wybrali kilka, które miał namalować. Do dziś wiszą w domu rodzinnym. Natomiast na pewno nie było tradycji zbierania sztuki i interesowania się nią. Ale, co ciekawe, dziś widzę, że inne osoby, na przykład moi rodzice, pod wpływem tego, co robię, sami zaczynają zbierać i myśleć o tym, co wieszają na ścianach. Czasem mocno zaskakują mnie ich wybory. Na przykład moja mama była zachwycona Gosią Bartosik i Kasią Kukułą, a jakiś czas temu powiedziała, że na urodziny chce sobie kupić obraz, co zresztą zrobiła. Dla mnie jest to dowód na to, że sztuka ma niesamowitą moc, i wcale nie trzeba się na niej znać, czasami wystarczy się na nią otworzyć, zobaczyć i poczuć.