Mateusz Niepokój: Niemal wszystko zrobiliśmy tu sami

Wpadamy do krakowskiego mieszkania w jednej z kamienic w dzielnicy Krowodrza. Mieszka tu architekt Mateusz Niepokój z żoną Basią i dwójką dzieci. Trafili tu po znalezieniu ogłoszenia o sprzedaży w internecie, a pół roku później własnoręcznie rozpoczęli remont wnętrza, komponując całość z mebli z domów rodzinnych, vintage znalezisk i własnych projektów.

Od kiedy tutaj jesteście, jak znaleźliście to mieszkanie?

Historia zakupu tego mieszkania jest filmowa. Pamiętasz jeszcze pewnie taki portal jak Gumtree? Wystawiano tam często fantastyczne rzeczy, ale i mieszkania na wynajem czy na sprzedaż. Tam znaleźliśmy z żoną ogłoszenie z tym mieszkaniem, dosłownie z pięć minut po jego wrzuceniu. Zadzwoniliśmy i już byliśmy trzeci w kolejce. Kiedy przyszliśmy je oglądać, agentka powiedziała wprost, że nadal jesteśmy trzeci z kolei zainteresowani kupnem. Historia potoczyła się tak, że poprzednia zainteresowana osoba przez pół roku zastanawiała się, czy je kupuje, czy nie. A ja tydzień w tydzień dzwoniłem do agentki, żeby zapytać, czy mieszkanie dalej jest na sprzedaż. W końcu dała znać, że sprawa jest prawdopodobnie nieaktualna, bo umawiają się właśnie na zakup u notariusza. Po czym chwilę później zadzwoniła z informacją, że się wydarzyła strasznie dziwna rzecz, bo pani chętna na kupno się wycofała. To było mniej więcej trzy lata temu. Sam remont trwał rok i był to strasznie przytłaczający nas temat. Wiele rzeczy robiliśmy własnoręcznie. Jedyną rzeczą, jaką zachowaliśmy, jest dębowy parkiet. Poza tym zniknęły wszystkie ściany wewnętrzne, stworzyliśmy całkowicie nowy układ. Mieszkaliśmy w tej dzielnicy już przez siedem lat, więc byliśmy przekonani, że Krowodrza jest miejscem, które się fantastycznie zmienia, blisko mamy park i dobrze nam się tutaj żyje. Mamy tu 72 mkw, więc była to zdrowa proporcja pomiędzy tym, ile byliśmy w stanie zapłacić, i co możemy w tej cenie mieć. 

Jest jeszcze jedna historia związana z tym mieszkaniem. Oglądać je przyszedłem sam, minęło siedem miesięcy, zanim Basia weszła tu razem ze mną. Kiedy w końcu się to stało, powiedziała „O Jezus Maria!”. Okazało się, że bywała w tym mieszkaniu wiele razy, bo wynajmowała je jej znajoma. Co więcej, ja też w nim byłem, ale go nie poznałem. 

Jak wyglądała przestrzeń przed remontem?

To było mieszkanie trzypokojowe z bardzo wąskimi i ciasnymi korytarzami, mikroskopijną łazienką i pomieszczeniem gospodarczym. Wszystko to niedoświetlone i bardzo nieintuicyjne. Zawsze marzyła nam się kuchnia otwarta na salon, Basia dużo gotuje i często mamy gości, więc kuchnia jest dla nas sercem domu. Wprowadzając się, mieliśmy już dziecko, wiedzieliśmy, że chcemy, by nasza sypialnia mieściła się po przeciwnej stronie pokoju dziecięcego. Nowy układ powstał w bardzo naturalny sposób, ale w trakcie prac było mnóstwo niespodzianek. Czego nie ruszyliśmy, okazywało się, że trzeba to zbudować na nowo. Skuliśmy wszystkie tynki i wynieśliśmy 17,5 tony gruzu. Powiększyliśmy łazienkę. Ściany w całej przestrzeni ukształtowaliśmy w taki sposób, żeby stworzyć różnego rodzaju wnęki mieszczące np. lodówkę czy zabudowy meblowe. Jeden z pokoi pomniejszyliśmy i za ścianką wykończoną łukiem zyskaliśmy miejsce do pracy. Korytarz stał się także częścią gospodarczą, w nim stanęła pralka. 

 

Jaki był pomysł na stronę estetyczną? Jesteś architektem, czy to ty odpowiadasz za kwestię wystroju?

Pomimo tego że projektowaniem zajmuję się na co dzień, to robiliśmy to we dwójkę. Basia miała swoje pomysły, wyjątkowo lubi to, co stare i niekoniecznie idealnie, więc tak naprawdę wszystkie meble ruchome to rzeczy z drugiej ręki. Wcześniej mieszkaliśmy na 18 metrach kwadratowych z antresolą, najpierw z psem, a później z synem. Życie w obecnej powierzchni to dla nas duży przeskok. Początkowo nie mieliśmy wielu rzeczy, spaliśmy na materacu na podłodze. Z czasem w biurze stanęły stare krzesła wyprzedawane przez jeden z warszawskich teatrów. Reszta też poznajdowana jest poza klasyczną sklepową sprzedażą. Część pochodzi z domów rodzinnych – Basi czy mojego. To na przykład mebel na winyle albo drewniana szafa w korytarzu czy gramofon, który grał mi za dzieciaka.

Zabudowa części biurowej została zrobiona przez nas z elementów kupionych w markecie budowlanym. Konkretnie z rurek hydraulicznych. Meble w sypialni, z których nie jestem do końca dumny, to też nasza robota. Z tatą kładłem także płytki w łazience, zrobiliśmy tu niemal wszystko. Pochodzę z Bieszczad, mój tato sam budował dom, więc nie boję się pracy fizycznej, a na ogromnej fali motywacji, jaką mieliśmy po zakupie, to nie był dla nas problem. Jedynie zabudowa kuchenna z czeczoty została zlecona stolarzowi. Ułatwieniem był wykonywany zawód i większa świadomość odnośnie do tego, jakie są możliwości. Wszystko, co tu jest, to poniekąd kompromisowe, budżetowe pomysły na to, jak zrobić coś, żeby wyglądało ciekawie, a niekoniecznie wydać na to mnóstwo pieniędzy. 

Zawodowo zajmujesz się projektowaniem, studiowałeś architekturę, dziś zajmujesz się jednak głównie wnętrzami? 

Tak, architekturą zajmuję się od 9 lat, od dwóch prowadząc swoją autorską pracownię. Faktycznie jednak w ostatnim czasie moja działalność bardziej ukierunkowała się na wnętrza. Udało się zrealizować kilka projektów wnętrz na tyle charakterystycznych, że pojawiały się nowe propozycje. Dla mnie to była zupełnie inna niż wcześniej skala, więc i powiew świeżości. No i okazało się też, że efekt w przypadku wnętrz przychodzi dużo szybciej niż w architekturze, gdzie formalności i procedury bywają zabijające dla energii zawodowej. Wnętrza okazały się przyjemną odskocznią. W tym momencie około 80% zleceń opiera się właśnie na projektach wnętrz, docelowo jednak nie chciałbym rezygnować z architektury. Długo nie chwaliłem się tym, co robię, nadal nie mam strony internetowej, ale okazało się, że chwalenie wcale nie musi być takie złe i kiedy zacząłem pokazywać projekty w mediach społecznościowych, wszystko zaczęło się rozwijać. Niedawno nieopodal domu stworzyłem swój lokal biurowy, miejsce, które zawsze mi się marzyło. Lokal z witryną, dostępny z parteru, z ławeczką przed. Traktuję go na zasadzie showroomu, można tu wpaść, zobaczyć, jak pracujemy i napić się serwowanej po sąsiedzku kawy – serdecznie zapraszam!