Mateusz Piestrak: Lubię wizualne łamigłówki

Autor: Aleksandra Koperda
Zdjęcia: Michał Lichtański
Data: 24.03.2021

Jesteśmy w poznańskiej pracowni malarza Mateusza Piestraka, którego jakiś czas temu odwiedzaliśmy w jego mieszkaniu. Dziś w jednej z kamienic na Łazarzu, pokazuje nam gdzie projektuje i tworzy swoje dzieła.

Jak wyglądają twoje dni w pracowni?

Mateusz: Jestem tu codziennie i pracuję regularnie, ale robię bardzo różne rzeczy, w zależności od etapów pracy albo okoliczności. Czasem skupiam się tylko na malowaniu – wtedy panuje tu ogromny bałagan, jest twórczo, powstają nowe obrazy. Bywają też takie dni, które spędzam przy komputerze – obrabiam zdjęcia albo czytam. Zdarzają się też tygodnie, które spędzam na przygotowaniu nowych podobrazi – naciągam płótna, gruntuję – lubię ten etap pracy, to bardzo oczyszczające. Lubię też czasem przyjść tu tylko po to, żeby posiedzieć i pomyśleć. Czasem miewam tu gości, co też bardzo lubię. Jeśli chodzi o samo malowanie, zwykle pracuję równolegle nad kilkoma seriami, które znacznie się od siebie różnią. Podoba mi się ten zmienny rytm pracy. W ostatnim czasie skupiłem się na bardzo małych obrazkach – to jest coś, czego nigdy wcześniej nie robiłem. W trakcie pandemii poczułem taką potrzebę, żeby nie malować przytłaczających gigantów, a zamiast tego zrobić coś małego, skromnego, szybkiego. Innym cyklem, który powinienem wkrótce skończyć, jest zestaw obrazów, które maluję w ramach doktoratu, jednak zwykle po kilku tygodniach pracy nad nimi czuję takie zmęczenie, że muszę przerzucić się na coś innego. Moja praca toczy się więc takimi cyklami.

Ciężko ci się rozstawać ze swoimi pracami?

Chyba tak, chociaż zauważyłem, że najtrudniej jest mi się rozstać z nowymi pracami. Natomiast te, które mają już 2,3 lata… Czasami pozbycie się ich przynosi mi wręcz ulgę. Myślę, że po prostu muszę pobyć z każdym swoim obrazem przez jakiś czas, napatrzeć się na niego, nacieszyć się nim albo wreszcie znudzić – wtedy pozbycie się go sprawia mi przyjemność. Nie lubię szybkiego tempa tej wymiany – sytuacji, kiedy na przykład muszę zrobić jakieś prace na wystawę, maluję je na ostatnią chwilę, następnego dnia one jadą na wystawę i za chwilę się, nie daj Boże, sprzedadzą. (śmiech) Obraz musi ze mną przez chwilę pobyć. To chyba wynika z tego, że robię je głównie dla siebie – maluję to, na co mam ochotę, co ja sam chcę zobaczyć, a dopiero później się nimi dzielę. Jeśli obraz spodoba się komuś jeszcze, to super, możemy się nim podzielić.

Malujesz jeden obraz nieprzerwanie, dopóki nie skończysz?

Mam dość specyficzny sposób pracy, w zasadzie bardzo podobny dla różnych cykli. Przed namalowaniem prawie każdego obrazu bardzo dokładnie planuję, jak będzie wyglądał. Do tego stopnia, że zwykle mam już zaprojektowane w komputerze precyzyjne położenia farby, kolejne warstwy i etapy pracy, więc później namalowanie obrazu sprowadza się tak naprawdę do odtworzenia tego projektu na płótnie. Etap spontanicznego szkicowania, wymyślania obrazu odbywa się prawie w całości w komputerze, przez co późniejsze malowanie mam zwykle pod ścisłą kontrolą, co bardzo mi odpowiada. Czasem projekty obrazów są tak skomplikowane, że kiedy zabieram się do malowania, łapię się za głowę i śmieję się z samego siebie, bo ich przeniesienie na płótno okazuje się karkołomnym wyzwaniem. Ale chyba właśnie to mnie ekscytuje, lubię sobie utrudniać zadanie.

Jakie były twoje pierwsze prace na studiach? Co wtedy malowałeś?

Nie pamiętam pierwszych prac, ale wiem, które były najważniejsze. To były obrazy, które złożyły się na mój dyplom. Były to duże, abstrakcyjne, skomplikowane i gęste kolażowe kompozycje. Do dziś główną zasadą organizacji moich prac jest montaż albo kolaż. Lubię zestawienia różnych jakości – czasem są one proste, jak w tych małych obrazkach, gdzie spotykają się zwykle dwa-trzy elementy wyrwane z zupełnie różnych bajek, a czasem zdarzają mi się przesadnie zagęszczone, wieloelementowe układanki.

Lubisz stawiać wyzwanie optyczne widzowi.

Lubię wizualne łamigłówki – lubię zachęcać widza do rozszyfrowywania, odkrywania, co i jak zostało w obrazie ukryte, co kryje się w głębi, a co wybija na powierzchnię. Podoba mi się, gdy można wędrować spojrzeniem po obrazie i wyobrażać sobie, jak powstawał. Czasami próbuję zmylić widza, ale ostatecznie to chyba całkiem przyjemne oszustwo. Maluję różne motywy i dość odmienne serie obrazów, ale często łączy je właśnie takie podejście – zwykle moje obrazy są jakby rebusami, układankami, wydzierankami, czymś, co raczej angażuje uwagę, niż daje konkretne odpowiedzi, co intryguje i sprawia, że chce się na to patrzeć dłużej.

Mówiłeś, że kąpiesz obrazy pod prysznicem.

Tak, to chyba też wynika z tego, że lubię sobie komplikować pracę. Ciągle szukam różnych sposobów na to, jak coś namalować, odwzorować czy przenieść na płótno. Ostatnio wymyśliłem sobie taką technikę, która w zasadzie jest dość podobna do wywoływania zdjęć w ciemni. W liceum bardzo lubiłem siedzieć w ciemni fotograficznej i teraz próbuję przenieść tamte doświadczenia na obrazy. Korzystam z ręcznie wycinanych papierowych szablonów, które jakby „naświetlam” na płótnie, ale zamiast światła i emulsji fotograficznej, korzystam z farby i wody. I faktycznie, na pewnym etapie pracy obrazy są „wywoływane”, czyli kąpane pod prysznicem. Zbudowałem do tego takie dziwne stanowisko w łazience, możesz zobaczyć.

Mówisz o konkretnych obrazach?

Wykorzystuję ten proces w ostatnich pracach, których fragmenty pochodzą z archiwalnych fotografii albo mają je imitować. W zasadzie wszystkie czarno-białe elementy, które tu widzisz, nie zostały namalowane pędzlem. Na przykład te butelki. Są „odbite” na płótnie – nie tyle namalowane, ile raczej utrwalone na obrazie, jak na najstarszych fotografiach. Podobnie jak ta czarna ręka, kieliszki i inne rzeczy, które wydały mi się interesujące. Chwilę poleżały na płótnie i zostawiły swój ślad, a ja na jego podstawie malowałem dalej.

W jednym z odwiedzanych mieszkań widziałam twój obraz – imitację płyty OSB.

To część mojego cyklu, który czeka na osobną prezentację i ciągle się powiększa. Praca nad nim to bardzo wciągające i odprężające zajęcie, jakby medytacyjne. Jest to dla mnie rodzaj odskoczni od tych chaotycznych, gęstych obrazów i dobre ćwiczenie cierpliwości. Wyobraź sobie – przez kilka dni malować, jeden przy drugim, wiórki drewna. Super sprawa.

A co czujesz, kiedy kończysz obraz?

Kiedy kończę obraz, zwykle mam już plan na kolejne. Zazwyczaj mam jeszcze jakieś wątpliwości albo uwagi i najchętniej zmieniałbym go w nieskończoność…

Mimo że już miałeś gotowy plan?

Tak. (śmiech) Albo namalowałbym go jeszcze raz, nieco inną wersję. Zresztą, plan to jedno, ale żywy obraz działa zupełnie inaczej – tego nie da się zaprogramować. Skończony obraz przez chwilę jeszcze tu stoi albo wędruje po ścianach pracowni. Wreszcie mogę sobie na niego popatrzeć, co bywa satysfakcjonujące. Ale zwykle zobaczenie takiego obrazu w materialnej formie pozwala zweryfikować sam pomysł i podpowiada, co robić dalej. Często jest tak, że od jednego obrazu zaczyna się następny.