Moje trzy rzeczy: Przemek Dębowski

Moje trzy rzeczy:

Przemek Dębowski

Autor: Aleksandra Koperda
Zdjęcia: Michał Lichtański
Data: 22.05.2026

Przedmioty – nieodłączny element naszej codzienności. Towarzyszą nam od pierwszych dni życia, czasem odczuwamy ich brak, czasem mamy ich zbyt wiele. Nieustannie je kupujemy, dostajemy, przestawiamy, porządkujemy, myślimy o nich z czułością albo irytacją. Niektóre są wyjątkowo trwałe, inne szybko ulegają działaniu czasu. Z biegiem lat potrafią nabierać i tracić znaczenia i wartości. 

O trzy ważne dla niego przedmioty pytam Przemka Dębowskiego absolwenta edytorstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim, grafika, współzałożyciela, dyrektora artystycznego i projektanta krakowskiego Wydawnictwa Karakter. 

Spotykamy się w twoim biurze, w siedzibie Karakteru. O jakich przedmiotach masz chęć opowiedzieć?

O trzech, które wszędzie ze mną podróżują, choć używam ich najczęściej w biurze lub w domu: to miejsca, gdzie i ja jestem najczęściej. Czwarty, bonusowy, wisi tylko w biurze. 

 

Zacznijmy od tego bonusowego.

Załapał się trochę w ostatniej chwili. Kiedy zaproponowałaś, żebyśmy porozmawiali na temat ważnych dla mnie przedmiotów, zacząłem się zastanawiać, czy w ogóle jakieś istnieją. O ile dziesięć lat temu bez problemu byłbym w stanie wymienić rzeczy, które tworzą moje miejsce, to dziś właściwie nie ma ich zbyt wiele. Może prócz paru szpargałów, które trzymam, chociaż właściwie do niczego się nie przydają. Czasem zawieszę na nich oko. 

Ten bonusowy przedmiot to przypinka z wyborów w Stanach Zjednoczonych. „Reagan for President”. Dostałem ją od mojego przyjaciela Wojtka, z którym pracuję w jednym pokoju. Do niedawna dzielił czas pomiędzy Stany a Polskę i z każdego wyjazdu przywoził mi urocze szpargały. Przypinkę znalazł na chodniku. Ktoś pozbył się drobiazgu sprzed kilkudziesięciu lat i w ten sposób trafił on do mnie. Dorastałem w schyłkowej komunie, dla chłopca zza Żelaznej Kurtyny Reagan wydawał się wszechmocnym bossem. Mam do Ronalda pewien sentyment, więc przypinka cały czas wisi przy moim monitorze.

Z jakimi więc przedmiotami podróżujesz?

Pierwsza rzecz to nic szczególnego, ale korzystam z niej na okrągło. To notatnik Moleskine, zdaje się, że już czwarty. To moje podstawowe narzędzie pracy. Na co dzień pracuję na komputerze, jestem w końcu grafikiem komputerowym, ale pierwszy etap to zawsze zapiski i szkice w notatniku. Przez długi czas myślałem, że właściwie wystarczy mi byle jaki notes, ale w końcu stanęło na Moleskine’ach. Nie ze względu na markę, ale dlatego, że jest w nich jakaś konstelacja cech, które idealnie mi pasują. Nie zaczynam bez niego pracy: kiedy jeden się zapełni, to kupuję kolejny, identyczny. Mój notes ma miękką okładkę (nie może być czarna!), format nie za duży i nie za mały, i gumkę do zapinania. W środku ma kropeczki, nie lubię ani linii, ani kratki, ani zupełnie gołych stron. No i ma kieszonkę na jakieś ekstrasy. Trzymam w niej na przykład kartkę z pierwszym słowem, które napisała moja córka 12 lat temu: „Atat”. Nie wiedziała jeszcze, że pisze się od lewej do prawej. 

Komplet z notatnikiem tworzy zupełnie zwyczajny automatyczny ołówek Muji, który ma już dobre kilkanaście lat i właściwie chętnie bym się go pozbył, bo doskwiera mi fakt, że końcówka mu pękła, a mnie denerwuje, jak coś jest pęknięte. Niestety, działa bez zarzutu, więc nie bardzo mam jak go wyrzucić. Przyzwyczaiłem się do jego konstrukcji, do tego, jak leży w dłoni, do uchwytu z karbowanego metalu: zrobiłem nim setki projektów, jakoś się do siebie dopasowaliśmy.

Kolejna rzecz to…

To jest rzecz zupełnie nowa, ale myślę, że zostanie ze mną bardzo długo. Pudełeczko na perfumy, które kupiłem dwa miesiące temu w Diptyque w Berlinie. To metalowe pudełko z grawerowanym napisem i abstrakcyjnym obrazkiem. Ma ładny owalno-prostokątny kształt, jest czarne, ma swój ciężar, przyjemnie się otwiera i uroczo klika, kiedy je zamykam. Żaden ze mnie fetyszysta przedmiotów, ale raz na jakiś czas trafię na coś, co powoduje, że nie mogę się oderwać od obcowania z tą rzeczą. To się rzadko zdarza. Większość tego, co nas otacza, przeznaczone jest do szybkiej konsumpcji, a ja po prostu lubię przedmioty, które zostają na lata, najlepiej na dekady. 

 

Ostatni, najmniej oczywisty jak dla mnie przedmiot, to wkrętarka.

Rzecz z zupełnie innej parafii, ale nie wyobrażam sobie bez niej życia. Ciągle coś remontuję, skręcam, wiercę, usprawniam w domu czy w biurze. Kiedyś zajadle wszystko robiłem ręcznie, ale w pewnym momencie uznałem, że czas podarować sobie odrobinę luksusu i kupiłem jakąś najprostszą wkrętarkę. Raz dwa się spaliła, ale uświadomiła mi, jakie możliwości stają przede mną otworem. Kolejną kupiłem porządniejszą. To też nie jest sprzęt z wysokiej półki, po prostu działa. I dziś, kiedy przynosiłem te rzeczy do biura z myślą o rozmowie, żona zapytała, co wezmę. Powiedziałem o zeszycie i o perfumach, a ona mówi: „No, ale wkrętarkę to musisz wziąć, bo cały czas z nią urzędujesz!”.

 

Wspomniałeś, że dziesięć lat temu twoje podejście do przedmiotów było nieco inne. Co wpłynęło na zmianę?

Mój stosunek do przedmiotów zmienił się dosyć zasadniczo. Kiedyś byłem chomikiem, gromadziłem, co się da. Teraz najchętniej miałbym ich jak najmniej, możliwie jak najlepszych, ale też bez fetyszyzmu i przesady. Staram się zachowywać tylko takie, które dobrze się starzeją i takie też staram się kupować. Myślę: „O, to pewnie moja ostatnia kurtka w życiu: niezniszczalna, przetrwa dekady”.

 

Przedmioty z jakiej kategorii są dla ciebie ważne na co dzień? 

Użytkowe przedmioty, które dobrze spełniają zadania, do których zostały przeznaczone. Czyli na przykład wkrętarka, zeszycik. Chociaż z zastrzeżeniem: jeśli wygląd mi nie leży, to nic z tego nie będzie. Mieliśmy kiedyś porządne rodzinne auto, nigdy się nie zepsuło. Ale było tak nieforemne, boleśnie praktyczne, za każdym razem, gdy je widziałem, myślałem sobie: „Boże, co za baryła!”, i czułem się dwadzieścia lat starszy. W końcu je sprzedaliśmy.

 

Czy jest taki przedmiot, który kiedyś miałeś i żałujesz, że się go pozbyłeś? 

Ponownie środek lokomocji! W pandemii kupiłem sobie Vespę, bardzo się z nią zżyłem. Sprawdziły się wszystkie obiegowe sądy na temat Vesp: człowiek siada i od razu jakoś lżej na duszy. Musiałem ją po paru latach sprzedać, co mnie jakoś nieoczekiwanie mocno dotknęło, ale po jakimś czasie koło fortuny się obróciło i kupiłem sobie nową tej już w życiu nie sprzedam.

 

Czy pamiętasz przedmiot, który kupiłeś sobie sam jako dorastający człowiek, a który został z tobą na długo?

To był ciuch. Byłem niedożywionym studentem, który wyjechał z przyjacielem w plecakową podróż na południe Europy. Dojechaliśmy aż na kraniec Turcji, pod granicę z Iranem. Wracając, już niemal zupełnie bez pieniędzy, przejeżdżaliśmy przez Saloniki, gdzie na witrynie sieciówki z ubraniami zobaczyłem skórzaną kurtkę. Pomyślałem: „Kurde, taka piękna kurtka! Nigdy jej nie będę miał”. Ale parę miesięcy później w Krakowie, kiedy akurat miałem jedną ze swoich pierwszych wypłat w kieszeni, kupiłem sobie tę właśnie kurtkę, która kosztowała dokładnie tyle, ile wynosiła moja pensja. Do dziś wisi u mnie w szafie, a czasem chodzi w niej moja córka.