Monika i Mikołaj:
Po trzech latach spędzonych w Hiszpanii zdecydowaliśmy się na powrót
W jednej z krakowskich kamienic odwiedzamy Monikę Sosnowską Nicer i Mikołaja Nicera. Monika jest projektantką wnętrz – tworzy studio MON Interiors, a Mikołaj pod szyldem Nicer Design zajmuje się projektowaniem przemysłowym. Ich wyremontowane po latach mieszkanie wypełnia mieszanka mebli vintage, wzorów z sieciówek, projektów Mikołaja i sztuki znajomych artystów.
Jak tu trafiliście, czy od razu zamieszkaliście tu wspólnie?
Monika: To mieszkanie, w którym ja zamieszkałam pierwsza jeszcze w okresie studiów. Układ pomieszczeń był tu wtedy zupełnie inny, a jeden z pokoi zajmował mój współlokator. Studiowałam architekturę wnętrz na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie i w tamtym czasie poznałam Mikołaja. Spotkaliśmy się dzięki mojemu przyjacielowi, który okazał się jego kuzynem.
Mikołaj: Zaczęliśmy się spotykać, pomieszkaliśmy tu jakiś czas razem, a po skończonych w Krakowie licencjatach wyprowadziliśmy się na studia magisterskie. Ja pojechałem do Holandii, Monika do Mediolanu

Czyli po wspólnym mieszkaniu wylądowaliście w dwóch różnych krajach.
Monika: Moje studia były krótsze, jednak zaraz po nich dostałam pracę na Costa del Sol. Mikołaj dojechał do mnie po roku, jednak jeśli chodzi o szeroko rozumiany dizajn, praca jest tam przede wszystkim dla projektantów wnętrz. Po trzech latach spędzonych w Hiszpanii zdecydowaliśmy się na powrót do Polski, choć nadal żyjemy trochę tu, trochę tu.
Mikołaj: Kiedy zdecydowaliśmy się na przeprowadzkę do kraju, Monika odeszła z hiszpańskiego biura projektowego i zaczęła pracować na swój rachunek. To było duże ryzyko, bo moja sytuacja zawodowa też była niestabilna. Dopiero zaczynałem karierę projektanta, a od początku zdecydowanie chciałem pracować na własną rękę.
Monika: Zdecydowałam się na zmianę, mimo że praca w tamtym biurze to marzenie większości projektantów. Specjalizowało się w wysokobudżetowych inwestycjach, gdzie kreatywność była nieograniczona. Ale zawsze ceniłam w Mikołaju ambicję i chęć bycia niezależnym. Mimo że dostawał propozycje pracy na etacie, to sam starał się rozwijać i tworzyć portfolio. Spokojnie dążył do obranego przez siebie celu. Dziś staramy się łączyć życie polskie i hiszpańskie, bo moimi klientami są głównie Polacy mieszkający w Hiszpanii. Projektuję zdalnie, będąc w Polsce, a Mikołaj, będąc w Hiszpanii, może zajmować się rozpoczętymi tu projektami. Obecnie bardzo odpowiada nam ten tryb, okoliczności nam na to pozwalają. To idealny układ. Z jednej strony oboje jesteśmy bardzo rodzinni i lubimy być w Polsce, z drugiej możemy być w Hiszpanii, gdy tu pogoda nie dopisuje.
Mikołaj: Wydaje mi się, że dzięki temu, że mieliśmy szansę mieszkania za granicą przez dłuższy czas już na studiach, dostrzegamy w Polsce rzeczy, których nie widać, kiedy pojedzie się gdzieś na krótko. Doceniamy ją.
Wróćmy do mieszkania. Od kiedy wygląda tak jak dziś?
Monika: W 2022 roku, kiedy po ślubie zdecydowaliśmy się zostawać w Polsce na dłużej, zaczęliśmy planować remont. Wcześniej nadal był tu stary układ powojennej kamienicy. Kuchnia była tam, gdzie dziś jest nasza sypialnia. Wchodziło się do niej od strony korytarza, w miejscu, gdzie obecnie znajduje się dwustronna, garderobiana szafa, do której możemy się dostać także od strony sypialni. Staraliśmy się stworzyć jak najbardziej otwartą przestrzeń dzienną z kuchnią i salonem. Zarówno do łazienki, jak i sypialni wchodzi się przez ukryte drzwi w stolarskiej zabudowie.









Jakie to miało być wnętrze?
Monika: Było ogólne założenie, jak nowe mieszkanie powinno wyglądać, choć nie obyło się bez małych tarć, bo mieliśmy nieco inne wizje. Mikołaj jako projektant produktu patrzył na przestrzeń przez pryzmat konkretnych przedmiotów i ich funkcji. Ja myślałam bardziej całościowo, szerszym kontekstem, jak to ma w zwyczaju projektant wnętrz. Ostatecznie spotkaliśmy się gdzieś pośrodku. Oboje chcieliśmy użyć sporej ilości polskiego dębu i mieliśmy ustalony ogólny kierunek kolorystyczny: beże, brązy, odcienie koniaku. Regały na książki planowaliśmy zlecić mojemu stolarzowi, ale nie mogliśmy tak długo czekać, więc wybraliśmy ikeowski projekt Mai Ganszyniec. Szewc bez butów chodzi.
Mikołaj: Mieliśmy konkretne założenia, ale potem pojawiły się obrazy, bibeloty, książki, przedmioty niewiadomego pochodzenia i wnętrze stało się bardziej eklektyczne. Dobrze się w nim czujemy. Kilka przedmiotów to moje projekty: modułowe donice Stack czy lampy Bonbon w kilku rozmiarach. Są też obrazy krakowskiego artysty Wiesława Obrzydowskiego, Mateusza Sarzyńskiego czy Krzyśka Świętka. Krzesła i fotele to wyroby skandynawskie z lat 70. i 80. XX wieku, zakupione w krakowskim komisie. Totem od Ludism pojawił się tu w drodze wymiany z moim projektem domku dla ptaków w formie numerków wieszanych na dom.
Mikołaj, czy w twojej rodzinie ktoś projektował?
Mikołaj: Mój dziadek jest rzeźbiarzem, tata grafikiem i projektantem, wujek plakacistą. Zapewne sporo wydarzeń z dzieciństwa miało duży wpływ na moje zainteresowania. Od małego lubiłem tworzyć rzeczy. Myślę, że zamiłowanie do projektowania może brać się z zainteresowania technologią użytkową lub kwestiami bardziej artystycznymi. U mnie przeważało to drugie, choć tato zachęcał mnie, by rozwijać i umiejętności ścisłe. Może dlatego skończyłem inżynierię wzornictwa na Politechnice Krakowskiej. Po studiach miałem jednak poczucie braku wielu projektowych umiejętności, dlatego zdecydowałem się na Integrated Product Design na TU Delft w Holandii.
Kiedy powstały pierwsze projekty dla przemysłu?
Mikołaj: Faktyczne projektowanie zaczęło się po ukończeniu studiów, czyli ponad cztery lata temu. Wychodziłem poza swoją strefę komfortu, bo z natury nie lubię się narzucać, a okres po studiach wymagał dużo motywacji i cierpliwości, wielokrotnego odzywania się z propozycjami do marek. Zgłosiłem się wtedy do Ciarko Design. Napisałem wprost, że chciałbym dla nich coś zaprojektować. I była to jedna z nielicznych firm, która mi odpisała! Spotkaliśmy się i przerodziło się to w długofalową współpracę trwającą do dziś. Jednymi z moich pierwszych zawodowych wyzwań były projekty elementów wnętrz do samochodów autonomicznych dla firmy z San Francisco, ale dziś zdecydowanie więcej satysfakcji dają mi projekty, w których jestem odpowiedzialny za produkt od A do Z, jak lampa czy mebel.
Co zaprojektowałeś w ostatnim czasie?
Mikołaj: Ostatni projekt to Arch – kolekcja mebli dla marki Bizzarto. Jestem z niej bardzo dumny, bo udało się połączyć tak szeroką kolekcję jednym motywem estetycznym. Całość wyrasta z jednej idei formalnej: przecinających się płaszczyzn i łuków, które tworzą grę świateł i cieni. Lekka konstrukcja łączy się z szeroką gamą wykończeń: tapicerką, skórą i sklejką. W skład kolekcji wchodzą fotele, kanapy, stoliki kawowe, pufy, taborety, ławki, stoły i krzesła.
Jako projektant zaczynałem od nieoczywistych przedmiotów jak szklana butelka. To moje pierwsze projekty mebli. Bardzo chciałem w końcu zaprojektować właśnie mebel, szczególnie tapicerowany, i to się udało.
Jakie projekty tworzysz, co jest dla ciebie ważne?
Mikołaj: Na pewno ukształtowały mnie staże i czas spędzony w Danii, w agencji VanBerlo, czy miesięczny wyjazd do Japonii. Weszła mi w krew estetyka tych krajów. Choć początek projektu to zawsze próba zrozumienia użytkownika jako takiego, przewidzenia doświadczenia, jego interakcji z produktem. Od tego wychodzimy, a potem staramy się nadać temu fizyczny wymiar, by ostatecznie przejść etap syntezy – odejmowania pewnych elementów.





