Na warszawskim Mokotowie odwiedzamy Monikę Michałowską. Swoje mieszkanie łączące stare z nowym urządziła kilkanaście lat temu i był to jej pierwszy projekt wnętrza. Monika ukończyła londyński Uniwersytet Greenwich i Wydział Architektury Wnętrz łódzkiej Akademii Sztuk Pięknych. Dziś prowadzi swoje biuro projektowe.

Kiedy i jak tu trafiłaś?
Historia jest taka, że okres studiów i kilka lat po nich spędziłam w Londynie, łącznie mieszkałam tam siedem lat. Równie spontanicznie jak wyjechałam, tak i wróciłam do Polski. Pod Warszawą mam dom rodzinny i wtedy wróciłam właśnie do niego, na początku nie wiedząc zupełnie, co mam z sobą począć. Czy zostać w Polsce, czy wyjechać dalej. W Londynie warunki mieszkaniowe są dosyć trudne, najczęściej mieszka się ze współlokatorami, czasami z dnia na dzień trzeba się wyprowadzić. Ważne było dla mnie, żeby mieć już własny kąt. Poszukiwania, konkretnie na Mokotowie, zaczęłam z mamą. Obejrzałyśmy kilka lokalizacji, a kiedy weszłyśmy tu, wiedziałam, że to jest właśnie to. Budynek powstał w latach 50. XX wieku. Do mieszkań wchodzi się przez galerie, które wyjątkowo mi się spodobały. Przede mną mieszkał tu starszy pan. Morelowe ściany, zielone grzejniki. Wnętrze było w stanie do totalnego remontu. Poza podłogą, która mnie zupełnie ujęła. Została wycyklinowana i nieco wyjaśniała. Nie musiałam zmieniać układu ścian, zrezygnowałam jedynie z drzwi do kuchni. To wszystko było 13 lat temu.
Wtedy, kilkanaście lat temu, nie było tak oczywiste jak dziś, żeby zostawiać we wnętrzach oryginalne elementy.
Zupełnie nie. Sporo znajomych dziwiło się, że nie pozbywam się wszystkiego, czasami myśleli, że mieszkanie dopiero przejdzie remont. Mam poczucie, że jeśli chodzi o zachowanie tkanki, nieco wyprzedziłam polskie trendy. Po latach spędzonych w Londynie zostało we mnie zamiłowanie do brytyjskiej estetyki. Z jednej strony do prostoty, z drugiej do eklektyzmu, zabawy wzorem i kolorem. Od lat uwielbiam też małe formaty płytek i w swoich projektach nie stosuję innych. To ponadczasowe rozwiązanie.











Czy są tu jeszcze meble, które wykorzystałaś wtedy?
Większość. Fotel należał do poprzedniego właściciela. Przetapicerowałam go. Od początku był blat przy oknie służący za biurko, sofa. Sporo rzeczy przywiozłam z Londynu. Wciąż mam toaletkę, którą wylicytowałam na aukcji i przemalowałam. Łóżko wymieniałam niedawno. Zagłówek wykonała Sylwia Biegaj. On pociągnął za sobą wymianę kinkietów – w tych lustrzanych od Müller Van Severen zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Jakiś czas temu odświeżyłam ściany, wymieniłam dywany. Przybyło trochę bibelotów.
Kiedy się tu przeprowadziłaś, byłaś na początku swojej drogi projektowej. To twój pierwszy projekt wnętrza?
Trochę się męczyłam, szukając swojej drogi. Chodziłam do liceum w Pruszkowie, gdzie nie miałam plastyki, a muzykę. Czwarta klasa, matura, a ja nie wiem, co zrobić dalej. Moja wychowawczyni zapędziła nas do robienia scenografii końcowego przedstawienia i zauważyła, że mam do tego dryg. Wiedziała, że jestem dobra z biologii i to w zasadzie ona podpowiedziała mi architekturę krajobrazu, którą studiowałam później w Londynie. Po pierwszym roku na SGGW pojechałam tam na wakacje i zakochałam się w tym mieście. Bardzo chciałam zostać, ale były to jeszcze czasy przed programem Erasmus na tej uczelni. Musiałam dostać się tam na studia od początku. Zrobiłam gap year i po tym roku zdecydowałam, że na 100% zostaję. Kiedy wróciłam do Polski, mogłam projektować przede wszystkim ogrody, a nie przestrzenie miejskie i to mi zupełnie nie leżało. Ale jeszcze w Londynie, pracując w zawodzie jako architekt krajobrazu, zaczęłam się mocno interesować wnętrzami i to ostatecznie doprowadziło mnie na Wydział Architektury Wnętrz łódzkiej ASP.
Czym lubisz się otaczać?
Uwielbiam otaczać się pięknymi przedmiotami. Trudno mi opisać jakimi. Jest tak, że kiedy mama siostrze i mnie daje słoiki z przetworami, siostra mówi: „Dobra to ja biorę to oblepione, bo Monika ich nie weźmie”. Podobają mi się dosyć proste formy, od zawsze lubię też kolor. Lubię, kiedy wszystko z sobą w moim poczuciu gra. Długo miałam taką zasadę, że cała baza powinna być biała, teraz trochę od tego odchodzę.
Co trafiło tu ostatnio?
Sporo bibelotów trafia tu po tym, jak wybieram coś dla swoich klientów i sama też chcę to mieć. To na przykład poduszki i koce, którym trudno mi się oprzeć. Relatywnie niedawno jedna z klientek podarowała mi lampkę pączka projektu Sabine Marcelis z limitowanej kolekcji IKEA, a ja sama uległam urokowi niebieskiego dzwoneczka VERPAN. Świeża jest też ręcznie wykonana maska izraelskiej marki Umasqu – zainspirowana tradycją afrykańskich masek i ich nieodłącznym brakiem realizmu. Pierwszy raz spotkałam je w showroomie Conco na warszawskim Żoliborzu i skradły moje serce. Od lat polecam je klientom, a w ramach wdzięczności za tę konsekwentną sympatię, marka podarowała mi jedną z nich.
Najnowszy jest haftowany portret moich czworonogów, Nitki i Figi, autorstwa Marianny Engelmayer, który zamówiłam po tym, jak zobaczyłam na ścianie swoich klientów wykonaną przez nią podobiznę ich pieska. Mam ogromną słabość do sztuki tekstylnej. Uwielbiam Gosię Mirgę-Tas, na wystawach Magdaleny Abakanowicz byłam w różnych zakątkach Polski i Europy. Te inspiracje później naturalnie przenoszę na płaszczyzny wnętrzarskie.
Jak projektujesz dla innych? Co jest ważne, by powstał projekt, który jest po prostu dobry?
Dobry projekt to taki, który obroni się w czasie. Nie goni ślepo za trendami, ale z godnością się starzeje i odpowiada na indywidualne potrzeby. Ważny jest dla mnie kontekst – osadzenie wnętrza w miejscu i czasie: lokalizacja, rodzaj budynku, data jego powstania. To trzymanie się ram pozwala zachować autentyczność.
Projekt musi być dopasowany do mieszkańców lub wymogów przestrzeni – ich stylu życia, osobowości, przyzwyczajeń. Lubię „poczuć” ludzi, zrozumieć, co ich pociąga, co cenią, jak żyją i w jakich momentach ich serca biją mocniej.
Wierzę, że nasze otoczenie ma namacalny wpływ na to, jak się czujemy – na poziom energii, zadowolenia z życia i samego siebie. Dlatego tworzę wnętrza skrojone pod osobowość mieszkańców. Dla jednych będzie to mała, intymna przestrzeń, dla innych – otwarta i przestronna. Dla kogoś – eklektyczna, pełna wspomnień, a dla innego – minimalistyczna i uporządkowana. Moją rolą jest znaleźć tę właściwą formę i nadać jej charakter, który będzie prawdziwy, a nie tylko efektowny.






