Monika Zdaniewicz: Malarstwo było we mnie, odkąd pamiętam

Monika Zdaniewicz:

Malarstwo było we mnie, odkąd pamiętam

Autor: Aleksandra Koperda
Zdjęcia: Ład Studio
Data: 19.08.2026

W warszawskim mieszkaniu połączonym z kompaktową pracownią odwiedzamy artystkę Monikę Zdaniewicz-Wiewiorowską. Wnętrze, w którym mieszka z rodziną, pełne jest osobistych bibelotów i sztuki. Jej sztaluga z obrazem, nad którym właśnie pracuje, oraz niewielki mebel mieszczący narzędzia pracy stoją przy oknie, gdzie na co dzień tworzy. Malująca od dzieciństwa Monika interpretuje klasyczne malarstwo figuratywne, w jej twórczości widoczne są elementy surrealizmu i realizmu magicznego, relacja człowieka z naturą i duchowy wymiar krajobrazu. 

W przestrzeni, w której się spotykamy, niegdyś mieszkałaś sama, dziś jest inaczej. Jak wygląda tu twoja codzienna praca?

To niewielkie wnętrze. Mieszka tutaj moja rodzina – w sumie cztery osoby – a ja również tu pracuję. Nie pochodzę z Warszawy. Przyjechałam z myślą, żeby robić to, co lubię, czyli zajmować się czymś artystycznym. To mieszkanie kupiłam w 2004 roku, niedługo po studiach. Pracowałam wtedy w redakcjach i agencjach fotograficznych, a malowanie było moim hobby. Sztaluga zawsze gdzieś tu stała, żeby było na czym pracować. Dopiero dziś, kiedy malarstwem zajmuję się na co dzień, mogę powiedzieć, że naprawdę pracuję w domu. Znalazłam w mieszkaniu swój kącik i tu czuję się najlepiej. 

Garderoba, 92×65 cm, 2025

Łowiec czekoladowy, 80×80, 2024

Podjęłaś decyzję o odejściu z etatu i skupieniu się na malarstwie?

Zerwanie ze stałym źródłem dochodu zawsze jest trudne i wiąże się z ryzykiem, zwłaszcza jeżeli w planach ma się pracę artystyczną. Poczucie obowiązku przez wiele lat nie pozwalało mi na taki krok. Nadszedł jednak szczęśliwy dla mnie dzień redukcji etatów w mojej firmie. Los za mnie zadecydował. Teraz jestem szczęśliwa.

 

Do Warszawy przyjechałaś na studia. Jaki to był kierunek?

Przyjechałam z planem studiowania na Akademii Sztuk Pięknych. Traf chciał, że nie zostałam przyjęta za pierwszym razem, więc zainteresowałam się wtedy jeszcze raczkującą grafiką komputerową. Ukończyłam ten kierunek z dyplomem.

Później, za namową przyjaciółki, zdałam na Wydział Architektury Krajobrazu SGGW w Warszawie. To był dla mnie ciekawy wybór, bo mogłam połączyć zainteresowanie przyrodą z zamiłowaniem do matematyki. Skończyłam magisterkę i zaprojektowałam nawet kilka ogrodów. Ale cały czas myślałam o malarstwie. Tym razem planowałam studiować je w Paryżu. I wtedy znowu wydarzyło się coś, czego nie planowałam. Prawie z lotniska zawróciła mnie koleżanka, proponując pracę w redakcji „Przeglądu Sportowego”. Miałyśmy stworzyć nowy dział – agencję fotograficzną współpracującą z fotografami w Polsce i za granicą.

I tak zamiast do Paryża trafiłam do świata prasy i fotografii. Ta przygoda trwała kilkanaście lat i bardzo dobrze ją wspominam.

 

Malujesz od dziecka. Jak się to zaczęło?

Malarstwo było we mnie, odkąd pamiętam. Jako sześcioletnie dziecko namalowałam głowę konia i wtedy mój tata powiedział: „Ale masz talent!”. Od tej pory bardzo mnie w tej drodze wspierał. Mieszkaliśmy na Podlasiu, w małym miasteczku, gdzie nie było sklepu plastycznego, dostępu do narzędzi czy muzeów. Tata sam robił mi podobrazia, zdobywał farby, ale też nie zmuszał mnie do malowania. Bardzo to lubiłam. Często robiłam kopie obrazów z przynoszonych przez niego albumów. Zawsze powtarzam, że to starzy mistrzowie nauczyli mnie malować. Dzięki kopiowaniu nauczyłam się mieszania farb, tworzenia kadrów, pracy z kolorem. Pierwsze obrazy olejne malowałam pod okiem kolegi taty, który zawodowo zajmował się malarstwem. Jeżeli w okolicy otwierały się jakiekolwiek kółka plastyczne, to ja w nich uczestniczyłam. Ale od początku miałam też potrzebę, żeby coś tworzyć. Nie mogłam usiedzieć na miejscu, jeśli nie robiłam czegoś, co mogłam zaprojektować, zwizualizować i później pokazać. Tworzyłam scenariusze i scenografię do happeningów i przedstawień szkolnych. To nie zawsze musiało być rysowanie czy malowanie.

 

Mówisz, że „starzy mistrzowie nauczyli cię malować”. Do których z nich wracasz najczęściej?

Tata lubił malarzy renesansowych i impresjonistów, to ich najczęściej kopiowałam. Nie wracam do żadnego z nich dosłownie, ale myślę, że ich twórczość w dużej mierze determinuje moje prace. 

 

Jak wygląda twój dzień pracy? Co sprzyja malowaniu?

Maluję, co dość nietypowe, oglądając, a właściwie słuchając filmów. Paradoksalnie inna rzeczywistość odtwarzanego filmu pozwala mi się skupić na malowaniu. Wypracowany system pracy w towarzystwie ekranu i małe mieszkanie nie pozwalają mi jednak na malowanie bardzo dużych obrazów. Większy obraz maluję mniej więcej raz w roku. Wtedy wynajmuję pracownię.

Pracuję przy świetle dziennym, najchętniej popołudniami. Wtedy jestem już rozkręcona, po zrobieniu w domu wszystkiego, co do mnie należy i mogę się totalnie oddać pracy. Nad obrazem, pełnym detali, pracuję przez miesiąc, siedem dni w tygodniu. Od czasu do czasu jako modelka do obrazu pozuje mi moja córka, czasem syn, choć kobiety są, według mnie, bardziej plastyczne.

Wszystkie narzędzia, których potrzebuję, mam zamknięte w małej szafeczce. Do pracy używam właściwie tylko pędzli i farb, więc tyle miejsca na przybory w zupełności mi wystarcza. Mam jednak w planach zaaranżowanie pracowni na strychu domu mamy, na rodzinnym Podlasiu. Tam będzie już zdecydowanie mniej kompaktowo.

Bal w pokoju, 100×81 cm, 2025

Czuły maj, 112×82 cm, 2025

Które etapy pracy lubisz najbardziej?

Dla mnie praca twórcza kończy się na projekcie obrazu – kiedy już wymyślisz, co ma powstać i zrobisz pierwszy szkic. Pomysł wpada w różnych momentach, niekoniecznie przy sztaludze. Powstaje pierwszy szkic z roboczym tytułem, który czasem później powielam w większej odsłonie. I to właśnie jest dla mnie praca twórcza, a wszystko, co dzieje się później, to już praca rzemieślnicza. Choć bywa i tak, że to, co pojawia się na szkicu, nie jest wersją ostateczną. W pewnym momencie obraz zaczyna żyć własnym życiem. Coś sobie wymyślisz, ale później ci to nie siedzi – jakiś element czy kolor nie pasuje – i znowu musisz wykonać pracę twórczą.

Początek i koniec pracy są najfajniejsze. Początek, bo zaczyna się realizować moja wizja. Mam jakąś koncepcję i nagle coś zaczyna powstawać. Ale fajny jest też sam koniec.

Maluję w trzech etapach. Pierwszy to wstępny szkic kompozycyjny – podmalówka. Drugi to nakładanie właściwych kolorów, a trzeci – detale. Dzięki drugiej warstwie obraz zaczyna nabierać głębi, a przy trzeciej pojawia się trójwymiar. I właśnie ten moment jest dla mnie najbardziej satysfakcjonujący.

 

W swoich obrazach budujesz światy, w których wyjątkowo mocno obecna jest natura. Czy to wynik dorastania na Podlasiu?

Choć wychowałam się otoczona naturą, przez wiele lat nie byłam nią szczególnie zachwycona. Przyroda, lasy, łąki wydawały mi się szare i jednolite, a ja potrzebowałam pełni kolorów. Dopiero podczas studiów na Architekturze Krajobrazu zaczęłam inaczej patrzeć na zieleń. Poznałam gatunki roślin, zaczęłam dostrzegać różnice w odcieniach i barwach. Motywy związane z naturą przychodzą do mnie same. To nie jest tak, że planuję: „namaluję coś zielonego”. Jest jakiś temat, a pojawiające się tło jest konsekwencją pracy.

 

Czy jakiś motyw pojawia się ostatnio na płótnach wyjątkowo często?

To, co fascynuje mnie ostatnio, to postaci aniołów. Byłam wychowywana w domu katolickim, gdzie naturalną rzeczą było niedzielne chodzenie do kościoła. Miałam to szczęście, że „nasz” kościół był bardzo ładny, późnorenesansowy i barokowy, cały w aniołach. Dziś anioły wracają do mnie nie jako symbol religii, ale jako postacie stojące po stronie człowieka i przyrody, bardziej ziemskie. Jest w nich coś takiego, co sprawia, że bardzo chętnie umieszczam je na swoich obrazach.

 

Twoje obrazy są bardzo rozpoznawalne – figuratywne, pełne detali, ale jednocześnie trochę oniryczne. Jak sama określiłabyś swój język malarski?

Lubię malować rzeczy, które znam – ludzi, naturę, przedmioty – ale zestawiać je ze sobą w taki sposób, żeby powstał trochę inny świat. Dużo czasu poświęcam detalom, bo to właśnie one pozwalają mi zbudować atmosferę obrazu. Nie chodzi mi jednak o samo odtworzenie rzeczywistości. Bardziej interesuje mnie to, co dzieje się pomiędzy tym, co realne, a tym, co sobie wyobrażamy.

 

Jakimi przedmiotami lubisz się otaczać? Co sprzyja pracy?

W domu rodzinnym zawsze było dużo obrazów. Choć moja dzisiejsza przestrzeń jest niewielka, starałam się stworzyć wnętrze, które przypomina tamten dom. Zależało mi, żeby było tu jak najwięcej bieli, bo na jej tle najlepiej widzę kolory swoich obrazów. Nie wszystkie ściany mogę jednak zapełniać obrazami. Część musi pozostać pusta, potrzebuję tej przestrzeni jako miejsca do suszenia prac. 

Dom, 60×60 cm, 2025

Ewa, 81×100 cm, 2024

Czytelniczka, 81×65, 2023