Natalia Kopytko: W pracy z ceramiką albo się kocha i wykorzystuje wszystkie pojawiające się błędy, albo się z nimi walczy

Natalia Kopytko:

W pracy z ceramiką albo się kocha i wykorzystuje wszystkie pojawiające się błędy, albo się z nimi walczy

Autor: Aleksandra Koperda
Zdjęcia: Michał Lichtański
Data: 23.08.2025

W jednej z krakowskich kamienic odwiedzamy artystkę Natalię Kopytko. Natalia ukończyła Wydział Rzeźby ASP w Krakowie, dziś pracuje na stanowisku adiunkty na UKEN w Krakowie, tworzy rzeźby i instalacje. W swojej praktyce artystycznej porusza tematy związane z pamięcią, odszukuje ślady, przywołuje zapomniane. Zajmuje się archeologią dzieciństwa: eksploruje miejsca, przedmioty i wydarzenia posiadające unikalne znaczenie, których obraz jest wykrzywiony i zamazany, trudny do uchwycenia wprost. Często inspiruje się domem, w którym występują zawiłe, wielowarstwowe, magiczne związki ludzi, przedmiotów, przestrzeni – również tej powiązanej z naturą.

Obecnie trzy jej prace można zobaczyć na wystawie „Nostalgia. Poszukiwacze gasnących gwiazd” w Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie (MOCAK). Są to obiekty rzeźbiarskie Bezoar I i Fotelak oraz instalacje z rzeźbami ceramicznymi pt. Human Weapon.

Spotykamy się w twoim krakowskim mieszkaniu. Od kiedy żyjesz w tym mieście i jak trafiłaś właśnie tu?

W Krakowie mieszkam od dwutysięcznego roku. Po liceum przyjechałam tu na studia. Przez większość czasu wynajmowałam mieszkania w starym budownictwie. Był jednak pewien okres, kiedy aby – jak myślałam – trochę sobie ułatwić żywot, zamieszkałam na nowym osiedlu w Wieliczce w mieszkaniu mojego brata. Bardzo ładnie urządzone wnętrze, w końcu ciepło i wygodnie. Dość szybko jednak stwierdziłam, że nie mogę mieszkać we współczesnej deweloperce. Kiedy zaczęliśmy szukać mieszkania z moim partnerem Marcinem, wiedziałam, że musi być ono z rynku wtórnego i w kamienicy. Chciałam, by mieszkanie miało balkon na „zielone”, zachowaną oryginalną stolarkę i było w miarę w centrum miasta. Nie było to takie proste, ale udało się takie znaleźć. Pięć lat temu, kiedy wszyscy byli zamknięci w domach, my szlifowaliśmy drzwi i samodzielnie odświeżaliśmy mieszkanie. Remont kuchni i łazienki już z ekipą zrobiliśmy w zeszłym roku.

Jak miało wyglądać to wnętrze?

To skromna eklektyczna kamienica z 1938 roku. Czułam, że nie mogę tu powsadzać marmurów, nie chciałam walczyć z tą przestrzenią. Urzekła mnie dębowa, świetnie zachowana podłoga. Choć marzyłam o dwuskrzydłowych kamienicznych drzwiach, nigdy tu takich nie było, dlatego nie zdecydowałam się na tego typu zmiany. Zachowaliśmy też istniejącą od początku przykuchenną spiżarkę. Jej likwidacja mogła powiększyć przestrzeń, ale czułam, że musi zostać. Malutkie, prowadzące do niej drzwi są wyjątkowo urocze. Nie chcieliśmy też wykańczać wszystkiego w perfekcyjny sposób, nie przeszkadzają nam małe niedoskonałości. Remontowaliśmy stopniowo, bo mieszkanie nadawało się do zamieszkania, kiedy je kupiliśmy. Niestety najbardziej na świecie nienawidzę remontów. Podobno dopiero po trzecim zrobi się wszystko tak, jak powinno być. Nie wiem, czy chcę tego doświadczać. Próbowaliśmy urządzić przestrzeń, którą będziemy lubić, w której będziemy się czuć swojsko. Co nieco nadal jest jeszcze do zmiany. 

 

Wychowałaś się w Łysej Górze, twój dziadek Antoni Kopytko był jednym z założycieli Spółdzielni „Kamionka”. Ceramika, z którą pracujesz dziś, była więc blisko ciebie od dziecka. 

Niestety dziadka nie zdążyłam poznać. Zmarł na długo przed moim urodzeniem. Poznawałam go przez książki i rozmowy w dużej mierze, kiedy zbierałam informacje do albumu Łysa Góra. Ludzie i ceramika. Do pewnego momentu nie interesowałam się tą historią. Dorastałam w Łysej Górze, jednak w domu dziadka i babci żyła moja ciocia, siostra mojego ojca z rodziną. Ja wychowywałam się w bloku, który należał do pierwszej spółdzielni mieszkaniowej na terenach wiejskich, przeznaczonym dla nauczycieli i pracowników szkoły. Moja mama jest emerytowaną nauczycielką i tam właśnie otrzymała mieszkanie. Blok mieścił się pomiędzy internatem a technikum ceramicznym, zatem w centrum wydarzeń tej miejscowości. Z domu rodzinnego mam dziś ceramiczną paterę wykonaną w Spółdzielni „Kamionka”. Jest nazywana „zaciekową” z powodu rodzaju użytych szkliw i sposobu ich aplikowania. Patera jest ze mną od dzieciństwa, trzymałam w niej drobne zabawki i niewielkie, ważne szpargały. Mam także bieżnik wykonany w łysogórskim technikum, ponieważ w pewnym okresie oprócz ceramiki i metaloplastyki był tam prowadzony kierunek tkactwa.

Mój dziadek był działaczem społecznym, współodpowiedzialnym między innymi za elektryfikację czy budowanie dróg. Nie wiem, czy był uzdolniony manualnie, na pewno nie projektował, nie tworzył, ale co ważne, i dla mnie symboliczne, odkrył czerwoną glinę dostępną na tych terenach. Wybudował piec i chciał produkować cegły. Okazało się szybko, że ta glina nie jest zbyt dobra do produkcji cegieł. Powstał z nich jednak jego dom, który był w późniejszym czasie moją pracownią. W 2023 roku niestety ją straciłam. Dziadek Antoni był jednym z współtwórców przemysłu ceramicznego w Łysej Górze. To w jego domu tworzono pierwsze produkty.

 

Kiedy ty zainteresowałaś się ceramiką?

Trudno mi to stwierdzić. Wychowywałam się z ceramiką wokół. W domu, na placu zabaw. Otaczała mnie ceramika, surrealistyczne krasnale, królewna Śnieżka, grzyby i dziwne stwory. Łysa Góra była miejscem, gdzie na każdym skwerku stały ceramiczne rzeźby. W moich wspomnieniach ta ceramika cały czas się przewija. Myślę, że to miejsce, ludzie i ceramika mocno na mnie wpłynęły. Odkąd pamiętam, dużo rysowałam, ale też dużo sobie wyobrażałam. Czasy były takie, że bywały momenty, że brakowało kartek papieru. Mama czasem przynosiła z pracy z sekretariatu zapisany czy zadrukowany z jednej strony papier, który był na wagę złota. Poszłam do liceum plastycznego w Tarnowie, gdzie miałam fajnego nauczyciela rzeźby Mieczysława Gogolę. To on nakierował mnie na wybór rzeźby na krakowskiej ASP, choć pamiętam, że w ostatniej klasie myślałam jeszcze o byciu aktorką! Ostatecznie wybrałam Akademię, bo zupełnie nie umiem śpiewać.

 

 

„Czworonoga” 2022, ceramika

Leleń, 2022 ceramika

Droga prowadzi przez szafę, 2019, mixed media
Twoje miejsce w moim śnie, Kolczyk, 2024, ceramika i stal

Było też jedno wydarzenie, które bardzo skierowało mnie w stronę rzeźby i Akademii. Kiedy byłam we wczesnej podstawówce, sąsiadka z bloku Maria Mleczko pracująca w technikum zabrała mnie na wycieczkę do Krakowa. Był grudzień, zaszroniona, mroźna, bezśniegowa zima i miasto wieczorem lśniło jak posypane białym brokatem. Program wycieczki był napięty, spacer, operetka, a ostatnim jego punktem była wizyta na ASP u córki Pani Marii, Małgorzaty. Weszłyśmy do tego budynku, którego wnętrze przypominało mi wtedy zamek i idąc do pracowni malarskich, które mieściły się od zawsze na ostatnim piętrze, po drodze mijałyśmy rzeźby. Moją uwagę szczególnie zwrócił posąg dzika, który, jak już dziś wiem, jest kopią starożytnej rzeźby przechowywanej we Florencji. Ten dzik rzucił na mnie urok. Wtedy pomyślałam, że ja tu na pewno wrócę.

Chwilę przed rozpoczęciem studiów byłam w Londynie, gdzie odwiedziłam sporo muzeów i galerii. Ten wyjazd mocno wpłynął na moje myślenie o rzeźbie i sztuce. W Londynie byłam w 2000 roku, jak się okazało, był to bardzo ważny rok – to wtedy nastąpiło otwarcie Tate Modern. Przed przyjazdem do Londynu byłam zafascynowana Rodinem i Moore’em, których bardzo chciałam zobaczyć na żywo, jednak mimo iż nadal doceniam ich twórczość, to już na miejscu czar tak jakby prysł, ponieważ zobaczyłam sztukę, która poruszyła mnie dużo bardziej. Były to głównie artystki takie jak Louise Bourgeois, która jako pierwsza prezentowała swoją twórczość w Hali Turbin. Przejmujące instalacje Tracey Emin, Rachel Whiteread czy modernistyczne rzeźby Barbary Hepworth. 

Na pierwszym roku na ASP tradycyjnie było rzeźbienie aktów. Ja miałam tendencję do tworzenia dużych formatów. Lubiłam rzeźbić akty czy portrety, ale cały czas przez głowę przechodziły mi myśli o tym, co tak naprawdę dzieje się w świecie sztuki i czułam pewien niedosyt. Już na drugim roku nie umiałam znaleźć dla siebie miejsca. Myślałam o przeniesieniu się do innego miasta na inną Akademię, a nawet o rezygnacji. Ostatecznie zostałam. Miałam też wypadek samochodowy, który utrudnił mi podjęcie decyzji o większych zmianach. Na szczęście pojawiła się nowa pracownia, która rodziła w wielu osobach nadzieję. Pracownia IV prowadzona przez prof. Józefa Murzyna, w której działy się bardzo fajne, współczesne rzeczy. 

Gdy tylko na uczelni pojawił się program Erasmus, wyjechałam na letni semestr do Walencji. I to tam właściwie narodziła się moja świadoma miłość do ceramiki. Tam, w ostrym świetle, w pięknym klimacie, wszystko widziałam bardzo dokładnie. Ceramika była obecna na każdym kroku. Musiałam wyjechać, żeby do niej wrócić. Po powrocie przyjeżdżałam w rodzinne strony i wygrzebywałam ceramikę z szafek czy ze strychu. Ponownie ją odkryłam, zdając sobie sprawę z tego, że nie jest gorsza od tej hiszpańskiej. Ten wyjazd był bardzo orzeźwiający, złapałam wtedy dużo energii do pracy. Kiedy wróciłam do Krakowa, to już wiedziałam, że nie zrezygnuję. 

W 2007 roku zaczęłam pracę nad dyplomem. Była to instalacja multimedialna site-specific. Zawierała szyty, tekstylny obiekt rzeźbiarski, do którego można było wejść, o wymiarach około 4 na 2 metry, zamocowany do ścian na około 200 linach, a także wideo i dźwięk. Szyć pomagała mi koleżanka z Łysej Góry, Agnieszka. Instalacji towarzyszył aneks trzech ceramicznych rzeźb, każda około 1 na 1,2 metra. Poruszyłam wtedy temat, który nazwałam archeologią dzieciństwa, do tej pory pojawiający się w mojej twórczości, tak jak i media: ceramika i tekstylia.

 

Nad czym pracujesz obecnie?

Do niedawna przygotowywałam się do wystawy „Ogród wojenny: Rośliny w czasie konfliktu”, która zostanie otwarta 18 września w galerii 66P oraz Galerii Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Temat wystawy dotyczy II wojny światowej, a szczególnie kobiet i roślin, które wtedy odgrywały ważną rolę. Próbuję ten wątek ugryźć po swojemu. Moje prace z cyklu „Krajobraz” nawiązują do polskich przedstawień malarskich z okresu Młodej Polski. W tamtych obrazach pejzaż, tworzony głównie przez mężczyzn, ukazywany był jako sielankowy, spokojny, niemal oderwany od realnych zmagań i dramatów. Ja zestawiam to spojrzenie z kobiecym doświadczeniem wojny i próbuję wprowadzić do krajobrazu perspektywę bardziej złożoną, pełną niepokoju, codziennych trudów i emocji, które nie mieszczą się w idealizowanych wizjach przyrody. Przygotowałam dwie prace: wideo i płaskorzeźbę z czarno-szarej ceramiki. Wyrzeźbiłam kwiaty – różne gatunki, które normalnie nie kwitną razem, a tu tworzą wspólną kompozycję. Nazwy kwiatów to również często jedyna informacja personalna. Pseudonimy kobiet działających podczas wojny: Malwa, Stokrotka, Wrzos, czy Sasanka. Płaskorzeźba dodatkowo posiada ramę, która nawiązuje do zdobionych, pozłacanych ram, jednak ta rama wykonana jest z tego samego materiału co płaskorzeźba, jest smolista, a jej kształty wymykają się spod kontroli, są niepokojącymi surrealistycznymi formami.

Ostatnio interesuje mnie surowa glina, choć równolegle zaczęłam eksplorować szkliwa z dużą ilością metali ciężkich, mieniące się i mające specyficzne kolory. Surową glinę wykorzystałam niedawno w projektach Błotko oraz Vessels, ale i podczas tworzenia pracy doktorskiej w 2018 kopałam glinę ze złoża, które odkrył mój dziadek.

 

Od dłuższego czasu nie masz swojej pracowni. Jak pracujesz?

Najpierw zazwyczaj powstaje niewielki model, żeby zobaczyć, czy coś ma sens. Choć nie mam stałej drogi, różnie podchodzę do projektów, najczęściej jednak nie mogę odłączyć się od materii. Czasem coś przyjdzie mi do głowy, jednak nie jest to jasna, precyzyjna wizja. To najczęściej odczucie, jakaś mgła, bardzo rzadko potrafię opowiedzieć o tym pełnymi zdaniami, od razu muszę iść do materii i już w niej pozostaję. Teraz faktycznie mam utrudnioną sytuację, bo nie mam swojego miejsca. Najczęściej korzystam z tego, które przygotowałam sobie w rodzinnym domu w Łysej Górze, lub z pracowni na uczelni. Staram się myśleć, że to też jest jakieś doświadczenie i muszę sobie jakoś z tym radzić, choć nie jest to w mojej naturze. Potrzebuję mieć swoją przestrzeń, w której mogę robić, co chcę, gdzie nikt mnie nie obserwuje, gdzie mogę sobie zaśpiewać, mimo że fałszuję. Muszę mieć miejsce dla mojej ekspresji. Do przysiadów, podskoków i fikołków. Mam nadzieję, że wkrótce się to uda. Brak pracowni sprawia, że nie mam też przestrzeni na przechowywanie prac. Od dłuższego czasu wynajmuję magazyn, gdzie wszystko składuję. Część tych mniejszych jest w domu rodzinnym i tutaj.

 

Lubisz z nimi mieszkać?

Tak. Uwielbiam przedmioty, które mają jakieś znaczenie. W swojej praktyce twórczej często biorę jakiś, który niesie z sobą historię. Przerabiam go, w jakiś sposób rozbudowuję. Tak było na przykład ze srebrnym kolczykiem z opalem znalezionym we framudze domu dziadków. Miałam poczucie, że to sygnał od mojej babci Zofii. I tak kolczyk stał się inspiracją do projektu „Twoje miejsce w moim śnie”. To instalacja rzeźbiarska, w której łączę ceramikę, tekstylia i kamień, tworzę poetycką opowieść o pamięci, utracie i intymnej relacji z bliską osobą. Utrata bliskiej osoby wymazała wiele wspomnień, pozostawiając jedynie ulotne obrazy: czesanie włosów, kolczyk, dotyk dłoni. W pracy chciałam stworzyć topografię pamięci, gdzie sen, wspomnienie i rzeczywistość przenikają się, tworząc emocjonalny pejzaż nieobecności i trwania w tym, co codzienne, a jednocześnie nieuchwytne. Projekt był pokazywany w Galerii Nocny Art Patrol w Warszawie w 2024 roku na wystawie „To, co najbardziej kruche”.

Dość dawno temu, w 2015 roku, robiłam cykl „I’m not digital”. Były to obiekty rzeźbiarskie, wykonane na bazie skrawków mojej rzeczywistości, z elementów, które miałam w pracowni. Dałam im nowe życie, zestawiłam z sobą czasami właściwie śmieci, które redefiniowane zostały w szlachetnej materii w ceramice. W zasadzie wszystkie moje prace są od siebie w jakiś sposób różne. Już w liceum słyszałam: „Kopytko, zdecyduj się!”. Jednak za każdym razem wymyślam coś nowego, nie potrafię się zatrzymać. Pracuję w różnych mediach i być może to wszystko składa się na to, że nie mam jednolitego stylu, który można łatwo rozpoznać. Estetyka zależy zazwyczaj od poruszanego tematu i użytych materiałów, wszystko ma dla mnie znaczenie. Stosuję bardzo różne metody, co daje różne efekty. Metodę dobieram do konkretnego problemu i to ten problem lub wyzwanie pracy z materiałem jest dla mnie najistotniejsze. Dlatego nie zawsze wybieram ceramikę. Czasami czuję, że lepiej, kiedy coś będzie miękkie.

 

Czy po tylu latach pracy z tym materiałem coś cię jeszcze zaskakuje?

Kiedy otwieram piec po wypale, to zawsze mam dreszczyk emocji, najczęściej jest to skondensowana chwila szczęścia. Choć czasem pojawiają się myśli, że mogłam coś zrobić inaczej. W pracy z ceramiką albo się kocha i wykorzystuje wszystkie pojawiające się błędy, albo się z nimi walczy. Ja czasem walczę, czasem je kocham. Ceramika z jednej strony w wersji podstawowej jest bardzo prosta, dlatego tyle osób się nią interesuje, ale może też być najtrudniejszą, najbardziej czasochłonną i nieprzewidywalną technologią.

Bezoar, 2021, mixed media

Human Weapon, 2022, ceramika
Twoje miejsce w moim śnie, Portret, 2024, ceramika

Nie szukaj mnie tam, gdzie się schowałam, 2022, mixed media