Nicole Szmidt:
Zaczęło się od eksperymentów z plamami koloru
Jesteśmy w Gliwicach. W jednym z mieszkań w kamienicy z pierwszej połowy XX wieku swoją pracownię ma malarka abstrakcyjna Nicole Szmidt. Wśród mebli vintage i ważnych dla niej drobiazgów widoczne są jej prace, przez które bada sposób oddziaływania koloru i kształtu na emocje odbiorcy.
Od kiedy pracujesz właśnie tu?
To mój szósty rok w Gliwicach, a pochodzę z Chorzowa. W tym miejscu pracuję i mieszkam niemal 12 miesięcy. Przeprowadzaliśmy się tu z partnerem zeszłego lata, więc w tej pracowni wszystko też jest relatywnie nowe, nie do końca ułożone, ale jest to już moja ukochana przestrzeń.
Wcześniej też pracowałaś w mieszkaniu?
Tak, właściwie wcześniej pracowałam dosłownie w mieszkaniu, miałam jedynie swój pracowniany kąt. Przez chwilę malowałam w garażu przerobionym na pracownię, ale to był zły pomysł, bo pracuję tylko przy dziennym świetle, a tam nie było go za dużo.

Studiowałaś na Akademii?
Nie. Przez dwa lata studiowałam projektowanie ubioru, ale stwierdziłam, że to nie jest dla mnie i poszłam w stronę malarstwa, bo daje mi znacznie większą wolność.
Kiedy zaczęłaś malować?
Jeszcze w dzieciństwie. Moja babcia była malarką jedynie hobbystycznie. Mama też malowała. Mam takie miłe wspomnienia, kiedy w ogródku babci malowałyśmy pejzaże farbami olejnymi i plastikowymi nożykami. Tworzenie od małego było dla mnie czymś naturalnym, w domu rodzinnym i domu babci zawsze było też dużo obrazów. Ja malowałam jeszcze przed studiami, ale to były raczej eksperymenty. Chodziłam na kursy rysunku i malarstwa, ale i do liceum plastycznego. Kiedy zrezygnowałam ze studiów, przez rok pracowałam na etat jako malarka w firmie, która zajmowała się malowaniem obrazów na zamówienie. Bardzo wyrobiłam sobie wtedy rękę. Kiedy przeprowadziłam się do Gliwic, zrezygnowałam z tamtej pracy i zaczęłam malować swoje rzeczy. Od tamtej pory z tego żyję.
Czy od początku bliska ci była abstrakcja?
Tak, zawsze bardziej ciągnęło mnie w tę stronę, mimo że w rysunku moją ulubioną formą było studium postaci. Kiedy w szkole plastycznej były do malowania martwe natury, zawsze szłam w bardziej nierzeczywiste kolory, które nie odzwierciedlały rzeczywistości, a pełniły funkcję ekspresyjną, co średnio podobało się nauczycielom.
Pamiętasz, kiedy w twojej twórczości pojawił się motyw koła?
Zaczęło się od tego, że eksperymentowałam z plamami koloru i na początku te koła nie były tak geometryczne i harmonijne. Powoli zaczęły pojawiać się pierścienie i złożone z nich koła. Nie wyobrażam sobie, przynajmniej na ten moment, skupiać się na innym kształcie. Nie wiem dlaczego. Te koła po prostu bardzo ze mną rezonują. W tych obrazach chodzi głównie o to, jak kolor oddziałuje na emocje odbiorcy. Jak zestawienia kolorów potrafią zmieniać atmosferę obrazu i wprowadzać w dany nastrój. Traktuję je jako portale przenoszące do danej atmosfery i stanu emocjonalnego.
Jakiś czas temu chciałam poeksperymentować z nowym medium, na regale leżą pigmenty malarskie. Chcę też skupić się na tworzeniu swoich pigmentów i farb, pójść w bardziej organiczną, mniej precyzyjną stronę. Moje koła wymagają bardzo dużo skupienia i chciałabym mieć małą odskocznię.
Czy są okresy, kiedy bliżej ci do jakiegoś koloru?
Jasne, zauważyłam to, kiedy zaczęłam malować niebieskie albo kobaltowe obrazy. Uwielbiam kobalt. Był czas, kiedy pojawiało się go na obrazach sporo. Właściwie do dziś mnie do niego ciągnie, ma niesamowitą głębię.






Aubergine, akryl na plotnie, 30 cm średnicy, 2025
Color gravity, akryl na płótnie, 80cm średnicy, 2025




Azul rewers, akryl na plotnie, 120x120cm, 2023


Jak wygląda proces, czy zawsze dokładnie wiesz, jakie to będą kolory, czy to powstaje dopiero w trakcie pracy? Czy najpierw jest jakiś dokładny projekt?
Nie tworzę szczegółowych projektów obrazów. Pomysły zapisuję lub szkicuję na bieżąco, czasem w szkicowniku, czasem w notatkach w telefonie, w zależności od tego, co mam akurat pod ręką. Ważne jest dla mnie uchwycenie pierwszego impulsu i zachowanie go w chwili, w której się pojawia. Czasem wybieram paletę kolorystyczną i robię próbnik na kartce lub płótnie, ale niekiedy jest tak, że wychodzę od jednego koloru i w trakcie pracy okazuje się, z jakim będzie zestawiony. To często spontanicznie podejmowane decyzje. Bywa i tak, że przychodzę do pracowni, siedzę i patrzę na płótno, zastanawiam się, co chcę namalować danego dnia, do jakiego koloru mnie ciągnie.
Na początku powstaje szkic, który kolejno jest pomalowany odręcznie farbą. Każdy pierścień to kilka a czasami kilkanaście warstw farby.
Malujesz codziennie?
Bardzo różnie. Czasem jest tak, że przychodzę do pracowni i maluję od rana do wieczora, szczególnie w okresie letnim, a czasem przez tydzień w ogóle nie maluję. Nie mam konkretnych przyzwyczajeń. Myślę o malowaniu cały czas, tego nie da się zmienić. Ale czy mi tego brakuje, kiedy nie maluję? Nie zawsze. Lubię robić przerwy, żeby wrócić i mieć może trochę inne spojrzenie.
Czy masz swoje rytuały, coś coś lubisz podczas pracy?
Do pracowni rano zawsze wchodzę z kawą. Często odpalam sobie jakieś kadzidełko. I właściwie to wszystko.
Jakie uczucia towarzyszą ci, kiedy obraz jest skończony?
Nie zawsze jestem zadowolona. Często jest tak, że kiedy skończy się obraz, jest się z nim opatrzonym i to wcale nie jest przyjemne, ale kocham malować i mam nadzieję, że będzie mi dane robić to do końca życia. Dzięki temu, że mam pracownię w domu, mogę w trakcie pracy wyjść do innego pomieszczenia i wrócić ze świeżym spojrzeniem. Dużą radość daje mi świadomość, że obraz trafia później do kogoś, kto zobaczy w nim coś swojego. Emocje, coś, co sprawia, że chce mieć go blisko siebie. Wtedy czuję, że obraz znalazł swoje właściwe miejsce.
A czy ty sama masz na ścianach swoje obrazy?
Nie. Nie jestem w stanie do końca stwierdzić dlaczego. Mam je w pracowni, ale na ścianach nie. Może dlatego, że do własnych obrazów trudno mi zachować dystans, znam je od pierwszej kreski i pamiętam wszystkie etapy ich powstawania, dostrzegam kolejne możliwości i patrzę na nie bardziej krytycznie.
W mieszkaniu wieszam obrazy zaprzyjaźnionych malarzy. Przyjmuję je takimi, jakie są – jako zamknięte, kompletne wypowiedzi. Mogę po prostu patrzeć na nie oczami odbiorcy i się nimi cieszyć.
Czym lubisz się otaczać w pracowni? Czy rzeczy, które są tutaj, były z tobą w innych miejscach, czy pojawiły się dopiero tutaj?
Część przedmiotów przywiozłam z podróży. Na przykład laleczka z Japonii. Większość ma dla mnie znaczenie. Książki czy porcelanowy serwis po mojej babci, aparaty po dziadku. Lustro jest ze starego mieszkania, sztaluga z poprzedniej pracowni. Zostawiliśmy większość mebli vintage po poprzedniej właścicielce mieszkania, na przykład tę komodę czy żyrandol. W tym pomieszczeniu wcześniej była jadalnia. To, co mnie otacza, ma dla mnie ogromne znaczenie, jestem bardzo sentymentalną osobą. Wierzę, że przedmioty i obrazy potrafią przechowywać emocje i wspomnienia, stając się pomostem między tym, co było, a tym, co jest.
Twilight reverse, akryl na płótnie, 80x80cm, 2024










