Ola Sadowska:
Od kiedy kupiliśmy mieszkanie, wiedziałam jedynie, jak ma wyglądać jedna rzecz – podłoga w kuchni
Osiedle Praga II – dziś zabytek – zostało zaprojektowane w 1951 roku przez zespół pod kierownictwem Jerzego Gieysztora. Pierwotne plany były bardziej ambitne, ale w trakcie budowy usuwano z koncepcji kolejne elementy, w tym wysokościowiec, który miał stanąć na placu Hallera. Pomimo ograniczonego budżetu udało się jednak budynki wokół placu obłożyć różnokolorowym wapieniem. W jednym z mieszkań w tej okolicy odwiedzamy Olę Sadowską, lekarkę, w wolnych chwilach zajmującą się ceramiką. Mieszka tu z mężem i dwoma synami.
Kto odpowiada za projekt tego mieszkania?
Urządzeniem tej przestrzeni musieliśmy zająć się sami, nie byliśmy w stanie zatrudnić projektanta, ale zupełnie nie mieliśmy pojęcia, jak się za to zabrać. Wszystko, w tym elektrykę, zaplanowaliśmy sami. Teraz zaprojektowalibyśmy niektóre rzeczy inaczej i na pewno zrobilibyśmy więcej gniazdek – dziś, żeby włączyć ekspres do kawy, muszę jednocześnie zapalić kinkiet! Na całe szczęście to trzy pomarańczowe pączki Sabine Marcelis, więc przy robieniu kawy mamy zawsze miły klimat!

To było pierwsze urządzane przez was mieszkanie?
Tak, wcześniej mieszkania zawsze wynajmowaliśmy, więc możliwości aranżacji były ograniczone. Byłam przekonana, że urządzanie swojego własnego będzie ogromną przyjemnością, ale przyznaję, że po kilku tygodniach miałam dosyć. Było mi niemal wszystko jedno, co tu trafi. Mnogość wyboru i możliwości była przytłaczająca. Od kiedy kupiliśmy mieszkanie, wiedziałam jedynie, jak ma wyglądać jedna rzecz – podłoga w kuchni. Znalazłam kafle cementowe nieistniejącej już manufaktury Purpura w różowym kolorze i w sumie cała reszta została dobrana do nich. Kuchnia to jedyne miejsce, które zaprojektowaliśmy, zanim rozpoczął się remont mieszkania. Fronty szafek to odwrócona tył na przód płyta MDF. Efekt ten tak nam się spodobał, że użyliśmy go i w innych pomieszczeniach. Pomysł na blat pożyczyliśmy z kawiarni MOD na Paryskiej – płytę MDF pokryliśmy własnoręcznie różowym mikrocementem.
Kiedy tu zamieszkaliście i jak wyglądało wnętrze przed remontem?
Przed nami, od momentu powstania budynku w latach 50. XX wieku, mieszkała tu tylko jedna rodzina. Z poprzedniego wyposażenia zostały jedynie cztery krzesła z Ikei. Przetrwał jednak oryginalny parkiet, parapety i kaloryfery.
My mieszkamy tutaj od trzech lat. Początkowo jedynie z sofą, stołem i łóżeczkami dzieci, bez drzwi wewnętrznych, kuchni i dodatkowych mebli. Mieszkaliśmy w polowych warunkach. Samego mieszkania szukaliśmy ponad rok. Kupienie czegoś w tej okolicy było moim marzeniem. Nieopodal jest zoo, do którego dość często przyjeżdżaliśmy z dziećmi. Przez jakiś czas codziennie w ogłoszeniach z nieruchomościami odświeżałam frazę „plac Hallera”. W końcu trafiłam. Przyjechaliśmy je zobaczyć kolejnego dnia i zdecydowaliśmy się na kupno. Mieliśmy trochę przygód, bo brakowało nam doświadczenia w kupowaniu nieruchomości. Chętnych było wielu, mieszkanie było ładne i czuliśmy, że ma potencjał, więc decyzję trzeba było podejmować szybko, ale niedługo potem okazało się, że dach przecieka, ściany są nierówne, a podłoga nie trzyma poziomu.
Zastaliśmy tu inny układ pomieszczeń. Zrobiliśmy dodatkowe przejście między kuchnią a salonem, zlikwidowaliśmy korytarz prowadzący do pokoju chłopców, co powiększyło salon. Pozbyliśmy się szaf, pawlaczy, a toaletę uzupełniliśmy o umywalkę.








Jakie miało być wasze wnętrze?
Tak naprawdę poza różową podłogą nie było żadnego pomysłu. Wychodziłam z założenia, że jeśli połączę z sobą ładne rzeczy, to nawet jeśli one niekoniecznie na pierwszy rzut oka do siebie pasują, to na końcu przez to, że każda z nich oddzielnie ma jakiś potencjał, razem będą wyglądać dobrze. To, co tu powstało, jest efektem takiego myślenia. Powolutku, bardzo powolutku pojawiały się kolejny sprzęty. Od mojej babci dostaliśmy dwa fotele Bunny projektu Józefa Chierowskiego, które zostały odnowione. Części drewniane odrestaurował Pan Wojtek z placu Hallera, a tapicerkę wymieniła Sylwia Biegaj. Marzył nam się też duży drewniany stół. Mieliśmy nadzieję, że będzie miejscem dużych przyjęć dla naszych przyjaciół, ale w praktyce przez większość czasu leży na nim glina w różnym stanie skupienia. Często brakuje miejsca, żebyśmy mogli zjeść posiłek w czwórkę! Mamy słabość do lamp – te nad stołem zmienialiśmy trzykrotnie. Wisi u nas też żyłkowy model ze Spółdzielni Inwalidów Rozwój w Kłobucku, tę do salonu wykonał mój teść Marek, według mojego projektu, wiszącą w korytarzu zrobiłam sama. Stoi tu też piękna lampa marki Baaura. Zaprojektowałam też regał ścienny w salonie, za wykonaniem stoi Desiva. Ostatnio trafiła tu sofa Togo – nasze wieloletnie marzenie – upolowana z drugiej ręki na portalu z ogłoszeniami.
Masz sporo ceramiki swojego autorstwa, w salonie stoi nawet koło garncarskie. Od kiedy sama tworzysz?
Od zawsze miałam ciągoty, żeby robić coś manualnie. Rysować, robić na drutach. Kiedy zaszłam w pierwszą ciążę, zaczęłam szyć ubranka dla wyczekiwanego syna. Potem dość szybko pojawiła się druga ciąża i potrzebowałam czegoś, co mnie odpręży, będzie odskocznią. Wtedy wkręciłam się w ceramikę i zakochałam w niej. To chyba jedyna rzecz, przynajmniej z tych twórczych, które dotychczas robiłam, w której porażki nie traktuję ambicjonalnie. Nie złoszczę się, a raczej cierpliwie próbuję raz jeszcze. Daje mi to dużo satysfakcji. Koło kupiłam mniej więcej sześć lat temu, miałam jednak moment przestoju i w pełni wróciłam do tworzenia około półtora roku temu. Przechodziłam przez różne fazy. Na początku moje prace były bardziej rustykalne. Ostatnio tworzę techniką Nerikomi – łączę różne kawałki zabarwionej gliny, pojawia się sporo różu, a całość malowana jest transparentnym szkliwem. Czasami maluję też obrazy, wielokrotnie przemalowuję płótna, bo trudno mi uznać, że jest już dobrze. To chyba moja natura.






