Paweł Sobczak:
Malowanie buduje moją rutynę, która daje mi poczucie bezpieczeństwa
Dorastał na Górnym Śląsku, jeden dziadek był hutnikiem, drugi górnikiem. On wybrał malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach, gdzie żyje do dziś, choć co jakiś czas na dłuższe okresy opuszcza rodzinne strony. Odwiedzamy Pawła Sobczaka – artystę sztuk wizualnych, tworzącego w nowym nurcie romantycznym, podejmującego tematy związane z problematyką duchowości, transformacji, przemijania i seksualności.
Odwiedzamy cię w katowickim mieszkaniu połączonym z pracownią. Od kiedy tu żyjesz i tworzysz?
Mieszkam tu ponad trzy lata. Bardzo lubię tę lokalizację, industrialny pejzaż, widok na tyły dworca PKP. To stara kamienica, więc jest specyficzny vibe, ale dobrze się tu odnajduję.
Chciałeś tworzyć od małego?
Od małego tworzyłem i wydawało mi się to bardzo naturalne. Nie wiedziałem jednak, że będzie to moja przyszła praca. Moim marzeniem z dzieciństwa było zostać archeologiem. Jako nastolatek chciałem studiować grafikę, ale kiedy chodziłem na kursy przygotowawcze, prowadząca powiedziała mi, że na grafikę się nie dostanę. Powiedziała, że to, co robię, jest bardziej plamą niż rysunkiem i ostatecznie na malarstwo poszedłem trochę z braku laku. Ale już na drugim roku poczułem, że była to dobra decyzja.
Na samym początku trochę się z tym malarstwem męczyłem. Myślę, że to przez doświadczenie ze szkoły plastycznej, do której wcześniej chodziłem. Sztuka była w domu, od kiedy byłem mały. Moja mama była malarką, ale po tym, jak zaszła w ciążę, zupełnie przestała malować. Później prowadziła zajęcia w domu kultury i kiedy nie miała ze mną co zrobić, to zabierała mnie do pracy i spędzałem czas z innymi dziećmi, rysując i malując. Mój dziadek – górnik, robi rzeźby z różnych fragmentów, które znajduje w lesie. Są to głównie ciekawie powyginane gałęzie, korzenie lub fragmenty huby.

Boto cor-de-rosa, 150×150 cm, 2024
Studia skończyłeś niedawno, czy przez te kilka lat tworzenia mocno zmieniły się interesujące cię tematy?
Akademię skończyłem ponad trzy lata temu. Początkowo malowałem głównie portrety. Ciągnęło mnie do realizmu, ale czułem, że to nie był do końca kierunek, którego Akademia ode mnie chciała. Dziś w sumie to doceniam, dzięki temu zacząłem malować inaczej, z większą otwartością. Eksperymentowanie sprawiło, że pojawiły się motywy rozmyć i niedopowiedzeń. Zacząłem tworzyć bardziej intuicyjnie, zdawać się na przypadek.
Końcowy dyplom odnosił się do problemu alkoholowego mojej mamy. Opierał się na analizie baśni oraz mitów i sytuacji z okresu dzieciństwa. To była próba znalezienia jakiegoś rozwiązania, wyjścia z sytuacji. Ten motyw w jakiś sposób przepracowałem i zostawiłem za sobą. Czuję, że to był okres, w którym skupiałem się w rozmyślaniach nad własną podmiotowością i doświadczeniem jednostkowym. Aktualnie staram się od tego odchodzić i myśleć bardziej kolektywnie.
Podoba mi się pewnego rodzaju motyw „zanikania” nawiązujący do potrzeby zniknięcia, zmienienia swojej tożsamości. Przez długi czas bardzo intensywnie analizowałem siebie i to, jak ludzie mnie odbierają. Doszedłem do momentu, kiedy bardzo przytłaczało mnie, że wszystko, co mówię i robię, ma wpływ na to, jak widzą mnie inni. Zaczęło to generować kompulsywne myśli na temat zmiany wszystkiego, wyjazdu, zerwania wszystkich kontaktów, zaczęcia totalnie od nowa. Im bardziej uciekałem od tych myśli, tym częściej się pojawiały. Dlatego zacząłem ten temat eksplorować przez malarstwo. Forma „znikania” od tamtej pory pojawiała się w pejzażach, które zaczęły być rozmyte. Ten zabieg stosowałem, malując gatunki zwierząt, które są w momencie zagrożenia wyginięciem, ale i w Maryjach, które „roztapiając się” ku górze, pokazują proces sekularyzacji, czyli zaniku religii jako dominującego systemu odniesienia w społeczeństwie i kulturze.
Czasami w moich pracach pojawiały się motywy związane z górnictwem i Śląskiem. Jako przykład: Róg Obfitości czy Góra Excalibur z wbitym kilofem.
Czy jakiś nowy temat zaintrygował cię ostatnio?
Aktualnie zacząłem pracować z obiektami wykonanymi z węgla, interesuje mnie on jako materiał niosący w sobie realnie skumulowaną energię, zapisaną w jego strukturze w sensie fizycznym i geologicznym, a nie wyłącznie symbolicznym. Kończę też realizację filmu Chrysopoeia, który nie tyle interpretuje proces powstawania węgla, ile buduje autorską mitologię wokół jego formowania. Prace dotyczące tego motywu będzie można zobaczyć na wystawie duo, którą realizuję z artystką Patrycją Orzechowską. Wystawa odbędzie się pod koniec marca w Miejskim Ośrodku Sztuki w Gorzowie, kuratorką będzie Emilia Orzechowska.
Jest tak, że mam jakąś zajawkę na jakimś punkcie i przez jakiś czas tworzę wokół niego. Wcześniej na przykład miałem zajawkę na ołtarze i pojawiło się ich bardzo dużo. Coś zaczyna mnie interesować, jest duża ekscytacja, a później pojawia się coś nowego. Ale nie lubię za bardzo analizować tych rzeczy. W mojej praktyce bliżej mi do jungowskiego rozumienia symbolu jako formy pojawiającej się intuicyjnie z nieświadomości, niosącej znaczenie, którego nie próbuję domykać interpretacją. Czasami miałem chęć planować to, co pojawi się na płótnie i czuję, że te obrazy, przez to, że są planowane, tracą swoją szczerość i stają się bardziej produktem.
Tworzysz też rzeźby. Od czego się zaczęło?
Rzeźby pojawiły się bardzo spontanicznie. W większości są to porzucone obiekty, pewnego rodzaju śmieci. Na przykład teraz na balkonie mam opony, które aktualnie przerabiam na chrzcielnice. Niektóre rzeczy znajduję na targach staroci. Najczęściej wykorzystuję wizerunek Maryi. Lubiłem go już w dzieciństwie. Pamiętam, że jako dziecko nie mogłem bawić się lalkami mojej siostry i za każdym razem, gdy ktoś mnie na tym przyłapywał, kończyło się to problemami. W rezultacie sięgałem po figurki Maryi z kolekcji mojej babci, które dziś odczytuję i przetwarzam w perspektywie queerowej.





Teoria wielkiego wybuchu w naszej dekadenckiej erze, 150×150 cm, 2025

Chrysomallon squamiferum & Tyrannosaurus, 50×60 cm, 2025


Żyjesz i pracujesz w jednym miejscu. Czy to dla ciebie najwygodniejsze rozwiązanie?
To wnętrze nie jest najlepsze. Potrzebowałbym zdecydowanie więcej przestrzeni, ale nie wyobrażam sobie, żeby mieć pracownię oddzieloną od miejsca, w którym żyję. Pracuję o bardzo późnych porach dnia. Najczęściej zaczynam malować o 21, a kończę o 4. Mam „ciągi malarskie”. Żeby coś zaczęło mi wychodzić, muszę się rozmalować. Ten etap trwa około dwóch godzin i później ciężko mi przerwać i pójść spać. Czuję, że nie chcę tego „rozmalowania” marnować. Jung mówił o „boskim szaleństwie”, kiedy zapominamy o potrzebach fizjologicznych: głodzie lub pragnieniu. Liczy się tylko proces twórczy. Zazwyczaj kończę bardzo zmęczony. Wszystko zostawiam, zasypiam i dopiero rano zaczynam sprzątać. Dzień jest czasem na odpowiadanie na maile, tworzenie rzeczy na social media itd. Noc jest czasem tworzenia.
Z niektórymi rzeczami, które wyjątkowo brudzą albo są szkodliwe dla zdrowia, pracuję na strychu. Przestrzeń jest tam jednak bardziej ograniczona – głównym zadaniem tego miejsca jest magazynowanie większości obiektów i obrazów.
Jak często malujesz?
Z reguły trzy dni w tygodniu. Z rzeźbami jest inaczej. Rzeźby powstają swoim tempem. Czasami od nich odchodzę, za jakiś czas wracam, znowu odchodzę.
Malarstwo, które uprawiam, zawiera głównie technikę alla prima, czyli malowanie mokrym na mokre (technika malarska polegająca na nakładaniu kolejnych warstw farby, zanim poprzednie wyschną, często w jednej sesji i bez wstępnego rysunku czy podmalówki – przyp. red.). Efektu rozmazań i innych rzeczy nie jestem w stanie uzyskać, kiedy płótno wyschnie. Często jest to wyścig z czasem. Muszę namalować pejzaż w jedną noc, żeby móc edytować go poprzez rozmycia lub inne efekty. Dodatkowo unikam rozpuszczalników typu terpentyna. Maluję czystym olejem lnianym ze względu na moje zdrowie i dlatego że pracuję w tej samej przestrzeni, gdzie śpię.
Jak wygląda przygotowanie do nowej pracy?
Często podczas spaceru lub podróży pociągiem robię zdjęcia. Nie są to stricte pejzaże, które później maluję, ale używam pojedynczych elementów. Zaczynam od koloru, który po prostu czuję i zaczynam malować bardzo intuicyjnie, a później posiłkuję się zdjęciami, które robiłem, na przykład danego drzewa, danego krzewu albo światła, które było na wodzie. Nazwałbym to właśnie kolażem rzeczy, które zbieram podczas swoich podróży. Kiedy pojawiają się np. owoce, to staram się, żeby to były owoce malowane z natury. Mam tu taki mały ołtarzyk, na którym wymieniam regularnie eksponaty i obserwuję ich proces rozkładu.
Masz jakiś obraz, nad którym właśnie pracujesz?
Mam trzy. Są jeszcze dosyć mokre. To jest właśnie ta pierwsza warstwa, którą malowałem alla prima.
Czy wiesz, co się na nich pojawi?
Jeszcze nie. Jeszcze nie zdecydowałem. Pojawiło się tu też ostatnio malowidło na ścianie, Chciałem poćwiczyć przed stworzeniem pracy na wystawę „BLACKOUT” w Rondzie Sztuki w Katowicach. Podoba mi się ten motyw, jest bardzo intuicyjny i spontaniczny.
Czy proces samego malowania jest dla ciebie przyjemny?
Jest taka romantyczna wizja malowania, że malarstwo jest przyjemne. Myślę, że dla mnie przyjemność tworzenia to może 20% samego malowania. Czasami jest moment, że skończy się obraz i jest na tyle dobry, że szczęście osiąga 100%, coś tak bardzo mi się podoba, że siadam, oglądam i jestem z siebie zadowolony. Ale tak nie jest przy każdym obrazie. Taki stan pojawia się może raz na trzy, cztery miesiące. Ale to uczucie szczęścia jest na tyle silne i uzależniające, że nie potrafię przestać malować.
Od kiedy maluję, były może dwutygodniowe okresy, kiedy nie tworzyłem. Najczęściej, kiedy gdzieś wyjeżdżałem. To też jest taki temat, który poruszam z moją terapeuką, żeby nauczyć się odpoczywać i trochę odpuszczać. Bo czuję, że malowanie buduje moją rutynę, która daje mi poczucie bezpieczeństwa. I bywa mi ciężko bez tego uczucia.
Czy przedmioty, które masz w przestrzeni pracowni, niebędące narzędziami pracy, są dla ciebie ważne? Czym lubisz się otaczać?
Często są to przedmioty z historią. Większość to rzeczy mojego dziadka, które od niego dostaję przy odwiedzinach. Na przykład te świeczniki albo krzesło. Lampa jest od drugiego dziadka, który przeczytał artykuł na temat tego, że lampy solne są dobre dla zdrowia. Jest też na przykład lusterko, które dostałem od przyjaciółki Angeliki. Często z niego korzystam.
Planujesz zostać na Śląsku?
Bardzo lubię Śląsk i nie chciałbym go tak w pełni opuszczać. Choć, przyznaję, często planowałem różne wyprowadzki, ale nigdy nie dochodziły do skutku. Stwierdziłem, że przestaję planować, że będzie co będzie. Kiedy podczas Erasmusa mieszkałem w Hiszpanii, większość kolorów na moich płótnach zaczęła być o wiele żywsza. Kiedy odwiedziłem Brazylię, byłem bardzo zafascynowany różowym kolorem. Zauważyłem, że po każdym powrocie na Śląsk pojawiały się obrazy wzbogacone jakimś nowym elementem. Chciałbym, żeby Śląsk miał swój własny, wyraźny wizualny rdzeń i atmosferę, bo mam poczucie, że ten region naprawdę różni się od reszty świata i że jest w nim coś specyficznego, co warto wydobyć i z czym mógłby być kojarzony.
Oprócz pracy artystycznej angażujesz się w działania wolontariackie, pomagasz innym.
Przez jakiś czas współpracowałem z ośrodkiem Wyspa w Chorzowie. Prowadziłem różne warsztaty artystyczne dla dzieci. Później udzielałem się w fundacji Always More działającej na rzecz kobiet i osób z doświadczeniem kobiecym. Ostatnio zacząłem współpracować z Akademią Przyszłości. Po odbyciu szkolenia zostaje się połączonym z dzieckiem, z którym raz w tygodniu przeprowadza się zajęcia; najważniejszy jest fakt spędzania czasu razem, w ten sposób pracuje się nad poprawą samooceny dziecka. To było ciekawe doświadczenie także dla mnie. Nauczyło mnie większej otwartości, bo zostałem przydzielony do dziecka, które zupełnie nie było zainteresowane sztuką. Zobaczę, co będzie dalej. Nie lubię zatrzymywać się w jednym miejscu, wolę zmiany. Myślę, że te działania wynikają z potrzeby poczucia pewnego rodzaju sprawczości, bo sztuka nie do końca mi je daje, a działania oparte stricte na pomocy zdecydowanie tak, sprawiają, że czujemy się potrzebni.


Jaja Moa i wiśnie, 110×150, 2025













