Scotia Gilroy: Polski to piękny, fascynujący język

W jednej z krakowskich kamienic nieopodal Rynku Głównego odwiedzamy Scotię Gilroy. Kraków to miasto, które Scotia wybrała do życia wiele lat temu. Przyjechała z Kanady, gdzie studiowała literaturę angielską na Uniwersytecie Simona Frasera. Dziś zawodowo zajmuje się tłumaczeniem na angielski polskiej literatury, a także sama pisze prozę i poezję. 

Jak to się stało, że zdecydowałaś się na to, by przyjechać do Polski?

Na początku była polska literatura. Wszystko zaczęło się od Brunona Schulza i jego książki Sklepy cynamonowe, którą czytałam pod koniec studiów. Trafiła w moje ręce zupełnie przypadkowo, oczywiście w angielskim tłumaczeniu. Na ostatnim roku studiów z literatury angielskiej w Vancouver mój ówczesny chłopak pracował w antykwariacie i podczas pracy spędzał dużo czasu na czytaniu, nieustannie odkrywając nowe rzeczy. Pewnego razu po pracy pokazał mi książkę, którą przeczytał tego dnia i tak bardzo mu się spodobała, że ją kupił: były to właśnie opowiadania Brunona Schulza. Zaczęłam je czytać i nie mogłam odłożyć książki. Zafascynował mnie osobliwy, wyjątkowy, oniryczny język Schulza. Kiedy go odkryłam, byłam w ostatnich miesiącach pisania pracy na temat powieści Marcela Prousta W poszukiwaniu straconego czasu, tak więc literacka tematyka powrotów do przeszłości, dzieciństwa, ledwo zapamiętanych i mocno zmitologizowanych wczesnych lat życia była czymś, o czym intensywnie myślałam w tamtym czasie. Po przeczytaniu Schulza mój chłopak i ja zaczęliśmy czytać wielu innych polskich autorów i interesować się polską kulturą. Oglądaliśmy filmy z lat 60. i 70., z okresu kina moralnego niepokoju i tak zakochaliśmy się w tym kraju. Uwielbiałam wolność wyrażania się i intensywność doświadczeń w polskiej literaturze, sztuce i muzyce, które odkrywałam. 

To wszystko zbiegło się w czasie z momentem, kiedy kończyliśmy studia i zastanawialiśmy się, co robić. Jako absolwenci literatury angielskiej pomyśleliśmy, że możemy podróżować i uczyć angielskiego. Byłam gotowa na wielkie przygody, gotowa opuścić Kanadę, gdzie mieszkałam od urodzenia. Już wcześniej, kiedy byłam młodsza, kilka razy odwiedziłam Europę Zachodnią. Bardzo chciałam zobaczyć, co jeszcze tam jest, poznać Europę Środkową i Wschodnią. Dzięki literaturze Polska nagle stała się dla mnie bardzo fascynującym miejscem. Kupiłam więc bilet w jedną stronę, nie mając żadnych konkretnych planów poza tym, że chciałam nauczyć się polskiego na tyle, żeby móc czytać polską literaturę w oryginale. To był mój cel, do tego dążyłam. Chciałam nauczyć się czytać i mówić po polsku i zamieszkać w miejscu o fascynującej historii, pięknej architekturze, bogatej kulturze i dynamicznym życiu kulturalnym. Wszystko to, a nawet więcej znalazłam w Krakowie. Więcej, niż mogłam sobie wyobrazić. To miasto nie przestaje mnie zachwycać i inspirować.

Zostałaś do dziś. Czy były momenty, gdy chciałaś wyjechać?

Od czasu do czasu, oczywiście, tęskniłam za domem, czułam się niespokojna i myślałam o opuszczeniu Polski i powrocie do Kanady. Są w życiu gorsze chwile, kiedy człowiek myśli, że mógłby być szczęśliwszy gdzie indziej. Ale z upływem czasu powrót stał się coraz trudniejszy i mniej realny. Tu było moje życie, coraz bardziej ukorzenione. I Kraków wciąż jest dla mnie idealnym miastem. Wprost wymarzonym, jakby stworzonym specjalnie dla mnie. Uwielbiam to, że wszędzie mogę chodzić pieszo, otacza mnie tu wspaniała architektura i wiele warstw historii, a miasto tętni życiem. Co chwila odbywają się tu wydarzenia literackie, festiwale, koncerty. Nie można się nudzić. 

 

Zaczynałaś od lekcji angielskiego, dziś tłumaczysz polską literaturę. Czy polskiego uczyłaś się, już żyjąc tu?

Kiedy tu przyjechałam, nie znałam ani jednego słowa po polsku. Nawet „dzień dobry” czy „do widzenia”. Ciężko pracowałam przez wiele lat, aby nauczyć się tego języka. Dopiero po 15 latach intensywnej nauki czułam się gotowa, aby zacząć tłumaczyć. Polska literatura mnie zafascynowała. Tyle unikalnych głosów, swoboda eksperymentowania. Wyjątkowo zainteresowali mnie autorzy z okresu międzywojennego, tacy jak Witold Gombrowicz, Witkacy, Bruno Jasieński czy Zofia Nałkowska, a także autorzy powojenni, jak Sławomir Mrożek, Marek Hłasko czy Tadeusz Konwicki. Jedną z moich ulubionych polskich powieści jest Mała apokalipsa. Jest niesamowita. Ale istnieje też wspaniała literatura współczesna. Unikalne głosy i odważne eksperymenty oraz przekraczanie granic trwają nieustannie. Fascynujące rzeczy dzieją się obecnie w polskiej poezji współczesnej.

Do 2017 roku uczyłam angielskiego w Krakowie: robotników fabrycznych, pracowników banków, w różnych szkołach językowych, a ostatecznie na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez te wszystkie lata nauczania języka angielskiego, w wolnym czasie, w domu, intensywnie uczyłam się języka polskiego. Czytałam książki, studiowałam liczne podręczniki, a przede wszystkim rozmawiałam z Polakami, których spotykałam, i zanurzałam się w otaczającym mnie życiu. Miałam ogromne szczęście, bo zostałam wybrana do udziału w świetnym programie dla początkujących tłumaczy w Anglii: The Emerging Translator Mentorship Program, prowadzony przez British Centre for Literary Translation (BCLT). Moją mentorką została wtedy Antonia Lloyd-Jones, tłumaczka wybitnych polskich autorów, takich jak Olga Tokarczuk, Jacek Dehnel, Jarosław Iwaszkiewicz, Mariusz Szczygieł i wielu innych. Od ukończenia tego programu tłumaczę na pełen etat. Przez pierwsze kilka lat robiłam mniejsze rzeczy. Bardzo dużo próbek dla wydawnictw czy tekstów do galerii. W końcu pojawiły się duże projekty. Ostatnio przetłumaczyłam powieść Heksy Agnieszki Szpili, która ukaże się w przyszłym roku nakładem wydawnictwa Penguin Random House w USA. Przetłumaczyłam również fascynujący zbiór opowiadań Weroniki Murek pod tytułem Uprawa roślin południowych metodą Miczurina, który ukaże się wkrótce nakładem MTO Press, niezależnego wydawnictwa w Anglii. Obecnie pracuję nad tłumaczeniami dzieł, które bardzo mnie zachwycają, ale jako że nie mają jeszcze umów wydawniczych, na razie nie mogę o nich wspominać. Tłumaczenie to bardzo wymagająca praca, ale uwielbiam ją, bo dzięki temu mogę spędzać swoje dni, robiąc dwie rzeczy, które kocham najbardziej: czytać i pisać. Jestem też władczynią własnego czasu, pracując o dowolnej porze dnia i nocy. Ta wolność jest dla mnie ważna. Ale przede wszystkim cieszy mnie to, że mogę być ambasadorką literatury polskiej w anglojęzycznym świecie.

Wciąż pracuję nad swoim polskim, przede wszystkim nad biegłością w mówieniu. To najtrudniejsza rzecz, wyrażanie się ustnie. Polski to piękny, fascynujący język. Uwielbiam go, bo jest miękki, kreatywny, ma bardzo interesujące struktury gramatyczne. Ale jest wyjątkowo złożony. Więc żeby się go uczyć, trzeba mieć zamiłowanie do wyzwań. A ze mną jest tak, że im trudniejsze jest coś do osiągnięcia, tym bardziej mnie to ekscytuje. Gdy w końcu pojawia się możliwość odbywania satysfakcjonujących rozmów, jest to niesamowite uczucie.



 

 

Jaki tekst przetłumaczyłaś jako pierwszy?

Można powiedzieć, że od razu rzucono mnie na głęboką wodę. Tak się złożyło, że jedną z pierwszych autorek, które tłumaczyłam, była Wisława Szymborska. Na samym początku laureatka Nagrody Nobla! Instytut Książki, znakomita polska instytucja wspierająca wszelkiego rodzaju inicjatywy literackie w tym kraju, od organizowania festiwali i fundowania nagród po przyznawanie stypendiów pisarzom i tłumaczom, co roku wydaje katalog w języku angielskim pod tytułem New Books from Poland (Nowe książki z Polski), zawierający fragmenty ostatnio wydanych książek. Przez kilka lat zatrudniali mnie tylko jako redaktorkę tych katalogów. Sprawdzałam i redagowałam tłumaczenia innych osób. Aż pewnego dnia, kiedy wyraziłam swoje pragnienie, aby zostać tłumaczką, jednej z miłych pracownic tej instytucji, powiedziała mi: „Scotia, do naszego następnego katalogu chcielibyśmy, abyś przetłumaczyła również kilka próbek”. Wysłali mi więc kilka fragmentów. W tym właśnie Szymborskiej, z książki Lektury nadobowiązkowe. Tak to się właśnie zaczęło. Będę zawsze wdzięczna Instytutowi Książki – a zwłaszcza tej pracownicy – za to, że uchylili mi drzwi. 

Ciekawe jest to, że jestem tłumaczką polskiej literatury i pracuję w pomieszczeniu, z którego okna widok mam na Dom Literatów, w którym mieszkali między innymi Wisława Szymborska, Sławomir Mrożek, Tadeusz Różewicz, Konstanty Ildefons Gałczyński i Tadeusz Nowak. Widzę też Ogród Mehoffera i wszystkie inne dzikie ogrody otaczające go z każdej strony. To piękna, magiczna zielona oaza w samym centrum miasta, zaledwie kilka minut piechotą od Rynku Głównego. 

 

Oprócz tłumaczeń, piszesz także swoje teksty. 

Miałam silną potrzebę pisania praktycznie od momentu, gdy nauczyłam się to robić, czyli odkąd miałam cztery lub pięć lat. W języku polskim istnieje takie powiedzenie: „piszę do szuflady”. Kiedy Polacy pytają mnie, czy piszę, żartuję, że „piszę do szafy”. Bo mam w mieszkaniu dużą, piękną drewnianą szafę, pełną zeszytów, dzienników, wierszy, opowiadań, które napisałam, oraz wielu niedokończonych tekstów. Każdego dnia staram się poświęcić trochę czasu na pisanie. Głównie w dzienniku. Moją ulubioną porą na pisanie jest zmierzch, bo wtedy, kiedy dzień stopniowo przechodzi w noc, czuję tę atmosferę przemiany. Codziennie ustawiam budzik i pozwalam sobie na godzinę pisania, ale tylko wtedy, gdy czuję, że udało mi się już zrobić wystarczająco dużo pracy nad moimi projektami tłumaczeniowymi. Moja pasja do pisania wynika z potrzeby uporządkowania własnych myśli, uczuć i doświadczeń oraz stworzenia pisemnego świadectwa, które będzie dla mnie dowodem, że naprawdę żyłam. Piszę, kiedy tylko mam wolną chwilę, ale jest to dość trudne, bo polscy pisarze zajmują większość mojego czasu. Do tej pory wydałam tylko kilka swoich opowiadań i wierszy. Ale pracuję obecnie nad czymś większym.

 

Co sprawia, że dobrze ci się pracuje?

Kiedy jest ciepło, tłumaczę cały dzień na balkonie, z widokiem na mój dziki ogród pod ogromnym dębem. Lubię być na zewnątrz. Nie mieszkałabym w tym mieszkaniu, gdyby nie miało balkonu. Czuję się bardzo dobrze na dworze – prawdopodobnie dlatego, że podczas mojego dorastania w Kanadzie byłam cały czas na zewnątrz, ciągle bawiłam się w lasach i na polach wokół naszego gospodarstwa. Jako dziecko prawie nigdy nie przebywałam w domu. Biegałam swobodnie, ciągle eksplorując otoczenie. Kiedy jest chłodno, pracuję w mieszkaniu, przy moim dużym dębowym stole. To on jest sercem mojego domu. Spędzam przy nim całe dnie, czytając, pisząc i tłumacząc polską literaturę. Na biurku stoją portrety moich dziadków, którzy poświęcili życie literaturze i z którymi czuję silną więź. Stół stoi przy oknie, z którego widać 150-letni dąb. Dęby są znane jako „królowie drzew” ze względu na ich siłę i trwałość. Bardzo cieszy mnie, że mogę codziennie patrzeć na to drzewo i czerpać z niego inspirację, bo sama staram się być jak dąb – silna w obliczu wszystkich życiowych burz.

Żeby dobrze pracować, muszę mieć bardzo mocną herbatę. Prawie cały dzień słucham też muzyki barokowej. Mam kilku ulubionych kompozytorów, których odtwarzam w kółko. Muzyka pomaga mi się skupić, nie jestem w stanie bez niej tłumaczyć, podnosi mnie też na duchu, bo pracuję w samotności. Muzyka barokowa jest dla mnie jak lekarstwo – to niesamowite, jak potężny ma wpływ, poprawiając mi nastrój i pozwalając zachować optymizm podczas pracy.

Piszę na urządzeniu z przeszłości, o nazwie Alphasmart Neo2. Jest to klawiatura bez połączenia z internetem. Została wynaleziona w latach 90. XX wieku, aby pomóc dzieciom nauczyć się pisać na klawiaturze. Obecnie jest to kultowy przedmiot wśród pisarzy, bo nie można się niczym rozpraszać podczas pisania. Na tym urządzeniu są tylko teksty, które później można przesłać do komputera za pomocą kabla USB. Uwielbiam je.

 

Czym lubisz się otaczać? Jakie przedmioty zebrałaś podczas swojego pobytu w Polsce?

Niemal wszystkie meble, jakie tu są, dostałam za darmo. Bo jako emigrantka jestem jedną nogą w świecie Polaków, drugą w świecie przyjezdnych. Wiele osób z zagranicy przyjeżdża, myśląc, że zostaną na dłużej, zaczną nowe życie, ale po jakimś czasie decydują się wyjechać. Pogoda, język, jest sporo powodów, dla których trudno zostać na dłużej. Choć myślę, że dziś jest coraz łatwiej niż 10, 15 lat temu. Czasem ludzie przyjeżdżają z powodu miłości. Są w związku przez jakiś czas, a potem nagle, po jego zakończeniu, wyjeżdżają. Tak właśnie zdobyłam pianino. Dostałam je od szwedzkiego organisty, który zakochał się w Polce. Przeprowadził się tutaj, kupił pianino, ale potem związek się rozpadł i postanowił wrócić do pracy jako organista kościelny w Szwecji – i oczywiście musiał szybko pozbyć się polskiego pianina.

Ciekawą historię ma zielony kredens. W 2007 roku przeniosłam się do dużego mieszkania w pięknej, starej kamienicy przy ulicy Blich, z oknami i wielkim balkonem z widokiem na tory kolejowe. Uwielbiałam oglądać przejeżdżające pociągi. Było tam kilka przypadkowych mebli i sporo dziwnych, zbędnych rzeczy. Wśród nich ten kredens z zegarem pośrodku. Właściciel powiedział, że to wszystko zostało po poprzedniej wynajmującej, która pewnego dnia została aresztowana i nie zdążyła uporządkować przestrzeni. Mieszkałam tam 10 lat i od czasu do czasu pojawiał się ktoś, kto pytał, czy nadal tu mieszka. Ten kredens zdecydowałam się oczyścić i zostawić. Bardzo go lubię. Stare walizki pochodzą od mojej amerykańskiej sąsiadki, która też zdecydowała się na wyjazd z Polski. Stoi na nich mój pierwszy akordeon. Prawie każdy przedmiot i mebel w moim mieszkaniu ma jakąś historię. Mogłabym opowiadać o nich chyba cały dzień.

Uwielbiam stare przedmioty. Szczególnie te już nieużywane, niepełniące swojej funkcji.
Przestarzałe rzeczy. Jak maszyny do pisania czy przyciski do papieru. Kiedy studiowałam w Kanadzie, stare maszyny można było kupić za 5–10 dolarów na garażowych wyprzedażach. Zebrałam ich około 20, ale nie miałam jak przywieźć ich wszystkich do Polski, więc wzięłam tylko jedną. Kolejne dwie kupiłam już tu. Mam też kolekcję starych kluczy. Kiedy klucz nie jest już potrzebny, to jest w tym coś tragicznego. A to często bardzo piękne przedmioty, które szkoda wyrzucić.

Koło dębowego stołu, przy którym pracuję, jest kilka zdjęć kobiet z mojej rodziny. To między innymi babcia, prababcia i praprababcia. Bardzo dzielne, bliskie mi kobiety będące dla mnie wielką inspiracją. Stoją tu i mnie strzegą.

 

Które miejsca w Krakowie są twoimi ulubionymi?

Wyjątkowy jest dla mnie Zakrzówek, stary kamieniołom wapienia. Trafiłam tam z grupą ludzi mojego pierwszego wieczoru w Polsce. Ci Polacy, z którymi byłam – nowi przyjaciele – palili ognisko, piekli ziemniaki, pili wódkę i rozmawiali w tym szalonym, pięknym, szeptanym języku, który brzmiał jak szum wiatru w liściach. Wszystko to pod jasnym, srebrnym księżycem. Byłam całkowicie oczarowana. To było piękne pierwsze doświadczenie w tym kraju. Wtedy Zakrzówek był absolutnie dziki i ludzie mogli tam robić, cokolwiek chcieli. Dwa lata temu miasto zmieniło tę przestrzeń na bardziej uporządkowaną, ale wciąż dobrze pamiętam, jak było kiedyś, a ta noc na zawsze pozostanie w mojej pamięci jako początek mojego nowego życia w Polsce.