Odwiedziny

Marta Bradshaw

Dziś odwiedzamy Martę Bradshaw – rzeźbiarkę i założycielkę portalu Eataway. Eataway to społeczność kucharzy gotujących w swoich domach i osób, które chcą zjeść domową kuchnię, a przy okazji nawiązać nowe znajomości. Mieszkanie Marty znajduje się na krakowskim Salwatorze. Trafiamy na moment, kiedy Marta przekłada do słoików zrobione chwilę wcześniej  konfitury z pomarańczy. Dostajemy najlepszy na świecie sernik z solonym karmelem, tosty z chleba daktylowego, a do tego wszystkiego konfitury na wynos.

Pochodzisz z Krakowa?

Marta: Wychowałam się tu. Jedną babcię miałam w Hucie, drugą na Kazimierzu. Jedna bardzo dużo gotowała, miała siedmioro dzieci, druga była skrajnie niepodobna do pierwszej, nie gotowała wcale i nigdy nie widziałam by coś jadła!

Czy od małego miałaś ciągoty do gotowania i pomagałaś babci w kuchni?

Marta: Kuchnia wtedy wcale mnie nie interesowała. Moje koleżanki i koledzy po szkole przybiegali do nas na kiszone ogórki. Babcia nie robiła dziesięciu sznycli tylko sto sznycli. Codziennie na obiady schodziły się dzieci, wnuki, ciocie, mamy, wujkowie. Był to ciepły, otwarty dom. Ale babcia powtarzała: musisz robić coś ciekawszego niż gotowanie. Wtedy gotowanie nie było niczym spektakularnym, było niedoceniane. Moja mama była zawodową kucharką, ale po pracy nie mogła patrzeć na kuchnię. I to też nie ona nauczyła mnie gotować. Ja od małego babrałam się w glinie, biegałam na kółka plastyczne, przesiadywałam w domach kultury, wiedziałam, że zostanę rzeźbiarką.

Od nastoletnich lat dużo podróżowałaś.

Marta: W wieku 15 lat uciekłam do Liceum Plastycznego w Wiśniczu. Namówił mnie na to chłopak, który się we mnie podkochiwał. Rodziców poinformowałam o tej decyzji dwa dni przed wyjazdem. Gdy tylko otwarto granice, to z kumplem z licealnej ławki zaczęliśmy jeździć stopem po Europie i malowaliśmy na ulicach. Później był plan na wyjazd do Izraela, przystanek miałam w Grecji i zostałam tam na dwa lata. Podróży w moim życiu rzeczywiście było sporo. Wróciłam do Polski i zaczęłam studia na rzeźbie w Krakowie. Na studiach wyjechałam na program wymiany studentów Erasmus do Londynu. Potem na chwilę przyjechałam do kraju, a następnie na jakiś czas udałam się do Afryki i Wenecji. Na stałe osiadłam w Krakowie 17 lat temu. Wtedy z mężem założyliśmy pierwszy anglojęzyczny portal o Krakowie Cracow-life.com. Były to czasy kiedy 90% moich znajomych nie miało adresów mailowych, do Krakowa zaczęli przyjeżdżać turyści i brakowało im podstawowych informacji o mieście. Później stworzylismy 30 podobnych portali turystycznych w całej Europie.

 

 

 

 

 

Kiedy w takim razie zaczęłaś gotować?

Marta: Chyba kiedy zaczęłam rzeźbić. Wracałam z pracowni i gotowałam. Kuchnia działała na mnie uspokajająco i terapeutycznie. A odkąd powstał nasz krakowski portal cała redakcja się u mnie stołowała, jako że przez jakiś czas mieszkaliśmy nad naszym biurem. Lubię gotować dla ludzi. Lubię kiedy smakuje im, to co dla nich przyrządzę.

Jak powstało Eataway?

Marta: Eataway ma trzy lata. Kiedyś z mężem pojechaliśmy do Kazimierza nad Wisłą. Był długi weekend, wszystkie miejsca z jedzeniem były zapchane i nie do końca budziły moje zaufanie. Miałam potrzebę zjeść coś lokalnego, najlepiej od gospodarza. Próbowałam coś znaleźć w internecie i okazało się, że nie znalazłam kompletnie nic. Żadnych informacji o tym co oferuje ten region. Kiedy wracaliśmy do Krakowa, w głowie zaświtała mi myśl o stworzeniu  portalu, na którym możesz znaleźć osoby, które ugoszczą cię i nakarmią w swoich domach. Trochę trwało zanim udało się zrealizować pomysł. Na początku zabudowaliśmy małą stronę, na której opisałam swój pomysł i zaprosiłam ludzi na obiad do siebie. Po paru dniach odezwali się pierwsi chętni. Pomysł się sprawdził. Zdobyliśmy inwestora, powstał portal, pojawiało się coraz więcej kucharzy i gości.

Kto najczęściej przychodzi na takie spotkania przy stole?

Marta: Najpierw myślałam, że odbiorcami będą głównie turyści, szczególnie zagraniczni, chcący spróbować domowej, polskiej kuchni. Ale okazało się, że popularnością cieszy się na przykład kuchnia koreańska, którą w Krakowie serwuje Mira. Bo gdzie najlepiej spróbować kuchni z danego kraju, jeśli nie u osoby, która z niego pochodzi. W tym momencie na portalu mamy zarejestrowanych kucharzy z 49 krajów, ale ci najbardziej aktywni są w Polsce. Ja sama nadal robię regularnie kolacje dla gości.

Jaką kuchnię serwujesz na kolacjach?

Marta: Polską. Chcę gotować dobrą, prostą, uczciwą kuchnię. Na moje kolacje przychodzą głównie obcokrajowcy. Robię “normalną” kuchnię. Z tego co jest dostępne i jest blisko. Gotuję polskie klasyki, bardzo lubię przepisy z „Kuchni Neli”. Na moim stole często znajdziecie kaczkę czy gęsinę. Obowiązkowo sernik lub szarlotkę. W mojej kuchni nigdy nie zabraknie grzybow, swieżych ziół, jałowca, szałwii, chrzanu i zakwasów. Uprawiam własny warzywnik, dużo kiszę, suszę i wędzę. Robię domowe nalewki i wina, cydry z jabłek z mojego starego sadu.

Jakie jest Twoje ulubione danie?

Marta: Trudno jest wybrac jedno ulubione danie. Bardzo lubię młode ziemniaki, kapustę, wszystko okraszone wiejskim maslem, koperkiem i nie znam nikogo kto tego nie lubi. Lubię też odgrzewane ziemniaki! I babcine sznycle, które teraz robię sama.

 

 

 

 

Od kiedy mieszkasz na Salwatorze?

Marta: Od pięciu lat. Zawsze lubiłam tą dzielnicę, ale kupienie, a nawet wynajęcie czegoś w tej okolicy zawsze graniczyło z cudem. No i w końcu się udało.

W mieszkaniu dominują intensywne kolory.

Marta: To prawda, koloru jest tu sporo. Wszystko w tym mieszkaniu to zbieranina. Uwielbiam pająki, czyli ludowe ozdoby wieszane niegdyś na środku izb, wykonywane ze słomy, piór, włóczki, kolorowych bibułek i papierów. Więc mam ich parę. Robię je sama. Tydzień przed Wielkanocą prowadzę warsztaty z ich przygotowywania. Na ścianach wiszą prace moje, męża i młodych polskich artystów. Większość przedmiotów przywędrowała z nami z poprzednich mieszkań. Ale nie przyzwyczajam się do rzeczy, nie są dla mnie zbyt ważne. Zazwyczaj kupuję wszystko za grosze, często coś zmieniam, rozdaję.

Co Cię relaksuje?

Marta: Relaksuje mnie robienie pająków i pisanek, zbieranie grzybów i gotowanie na ogniu na moim wiejskim piecu. Mogę tak siedzieć godzinami, dokładać drewna do pieca i patrzec jak sobie rosół powoli pyka. Lubię tez obserwowac ptaki w ogrodzie i robić pikniki nad brzegiem rzeki.

 

 

 

 

 

 

 

Wywiad: Ola Koperda, Zdjęcia: Michał Lichtański.

Komentarze 1

  1. emilia
    Reply

    ładne miejsce

    10 Marzec, 2018

Zostaw Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *