Ewa Cendrowska: Urządzanie mieszkania jest niekończącą się historią

Autor: Aleksandra Koperda
Zdjęcia: Michał Lichtanski
Data: 16.12.2020

Jesteśmy na granicy wrocławskiego Starego Miasta i Przedmieścia Oławskiego w kamienicy z 1860 roku. W jednym z mieszkań odwiedzamy Ewę Cendrowską, która żyje tu z mężem i 2 synami: „Mieszkamy tuż za fosą, która wyznacza granice Starego Miasta, mamy widok właśnie na nią, więc w dawnych czasach mieszkalibyśmy poza Wrocławiem, a dziś jesteśmy wciąż w ścisłym centrum”. Mieszkanie ma 72 m2, ale dzięki antresolom (na które pozwoliła 4-metrowa wysokość pomieszczeń) powierzchnia zwiększyła się do 90 m2.

Jak trafiłaś do Wrocławia?

Jestem wrocławianką od urodzenia! Moi dziadkowie osiedli się tutaj po zawierusze wojennej i spłodzili moją mamę, od tamtego czasu jesteśmy we Wrocławiu, czyli odkąd Breslau stało się Wrocławiem.

W której dzielnicy się wychowałaś?

Na Biskupinie, według mnie w najpiękniejszej dzielnicy Wrocławia. Niektórzy ludzie dyskutują, że konkurują z nią Krzyki, ale ja uważam, że najpiękniejsze miejsca tego miasta to Biskupin i Sępolno. To śmieszna historia. Tam [na Biskupinie] kiedyś były akademiki. Po wojnie tak zaadaptowano dwukondygnacyjne domy robotnicze. Było wtedy bardzo duże zapotrzebowanie na domy studenckie, bo ludzie, którzy mieli tyły z edukacją, po wojnie masowo zaczęli się uczyć. Tak było również z moimi dziadkami. Po jakimś czasie te akademiki zostały przekształcone w mieszkania i oni tam zostali przez zasiedzenie! Urodziły im się 2 córki, jedną z nich była moja mama. Potem urodziłam się ja. Rodzicom niezbyt wyszedł związek, więc rozstali się bardzo szybko. Żeby mama mogła skończyć studia, zostałyśmy z dziadkami w tamtym mieszkaniu po akademiku na Biskupinie. Ten powojenny stan przeciągnął się aż na moje dzieciństwo. Na Biskupinie mieszkałam do 6 r.ż., a potem mama stwierdziła, że już dosyć tego pomagania i niańczenia mnie (dziadkowie pomagali jej w opiece nade mną), że: „Idziemy z Ewą na swoje”. Przeprowadziłyśmy się na Krzyki, ale cały czas wracałam do dziadków na Biskupin. Aż do ich śmierci (8 lat temu) bardzo często tam bywałam. Moje serce należy do Biskupina.

Czy opuściłaś Wrocław na czas studiów?

Nie! Mój mąż mówi, że to patologia, bo jestem tak związana z tym miastem, że nie wyobrażam sobie ruszyć się stąd na dłużej. Jestem zachwycona tym miejscem, uwielbiam spacerować po Wrocławiu, oprowadzać po nim innych. Lubię poznawać nowe miejsca, ale tak w trybie wakacyjno-podróżniczym, na pewno nie na dłużej. Studiowałam tu dziennikarstwo i komunikację społeczną, tam poznaliśmy się z mężem. Potem on studiował filozofię, a ja kulturoznawstwo. Teraz zajmujemy się (ogólnie mówiąc) reklamą, tak naprawdę ja jestem bardziej PR-owcem, a on bardziej marketingowcem, ale nasze działania często się spotykają. On jest od strategii i myślenia, a ja jestem od wdrażania tego, co tacy jak on wymyślają.

Pracujecie razem?

Nie, ale zdarza się, że proszę go o jakiś pomysł, o świeże spojrzenie na coś. Czasami coś mi doradza i vice versa, ale raczej unikamy rozmów o pracy, bo jest to temat, który nas wybitnie nie relaksuje. (śmiech)

Teraz żyjecie w mieszkaniu po dziadkach twojego męża.

Wszystko kręci się u nas wokół dziadków. Mieszkaliśmy wcześniej w innym mieszkaniu w nowym budownictwie, ale zamieniliśmy się z dziadkiem męża, bo on potrzebował windy, a my potrzebowaliśmy większego metrażu. Ta kamienica była niegdyś przepiękna, widziałam ryciny i plany. Niestety bardzo oberwało jej się podczas wojny – została zbombardowana, a potem odbudowana, ale już kompletnie bez dbałości o detal. Z zewnątrz jest to budynek totalnie niereprezentacyjny. Za to wewnątrz wszystko jest zachowane tak, jak należy, czyli są wysokie stropy, ładna klatka schodowa itd.

Kiedy trafiliście do tego mieszkania?

Mieszkamy tu 6 lat. To była wielka rewolucja w naszym życiu. To mieszkanie było w stanie zupełnie różnym od standardu, w jakim my chcieliśmy mieszkać. Wiedzieliśmy, że chcemy je totalnie wypruć, więc to właściwie nie był remont, ale plac budowy. Trwało to pół roku, mieliśmy tu najazdy inspektora budowlanego, były donosy, że naruszamy konstrukcję, że zaraz będzie katastrofa budowlana, a rozeszło się o to, że na którymś etapie wniesiono kilka ton stali pod budowę antresol. Sąsiedzi byli zaniepokojeni tym, ile to wszystko waży, ale nie wiedzieli, że wcześniej wynieśliśmy 8 kontenerów gruzu z podłogi, więc i tak byliśmy na minusie!

Zachowaliście oryginalny układ pomieszczeń?

Ten główny zarys musiał pozostać taki sam, bo wszystkie ściany są nośne. Ściany, które moglibyśmy burzyć, są między nami a sąsiadami.

To ciekawe!

To wszystko dlatego, że te mieszkania kiedyś inaczej wyglądały, zostały podzielone. Moglibyśmy spokojnie wywalić ścianę między naszym salonem a kuchnią sąsiada i zrobić wielki salon. (śmiech) Wiele zmieniły antresole, bez nich pokoje wyglądały zupełnie inaczej. Do tego wyznaczyliśmy sobie przedpokój, którego wcześniej nie było. Zorganizowaliśmy garderobę i składzik na różnego rodzaju pierdółki. Kuchnię też otworzyliśmy, wcześniej była zamykana drzwiami. Zrobiliśmy jeszcze stryszek nad przedpokojem, da się do niego wejść tylko na czworakach, ale jest super.

Opowiedz co nieco o pomieszczeniach.

Jest tu gabinet mój i męża, na antresoli mamy łóżko. To taka pracownia, którą musimy dzielić, jako że oboje aktualnie pracujemy w domu. No i jedna ze ścian to moja największa chluba, malowałam ją na rusztowaniu i płakałam, bo bałam się, że zlecę. 

W pokoju chłopców jest podobna sytuacja, na dole mają biurka, na górze sypialnię. Balustrady antresol i schody zostały wykonane z wielokrotnie lakierowanej płyty MDF. Szkielet jest ze stali. Żeby wtaszczyć je tutaj na górę, alpiniści rozpięli specjalną konstrukcję między ścianami kilku sąsiadujących kamienic i wciągali kawałki antresol na linach przez okno. Udało się! Mamy jeszcze salon z biblioteczką i piecem oraz kuchnię – długą i wąską, trochę jak tramwaj. Za czasów dziadków z salonu było przejście bezpośrednio do pokoju dzieci, ale jako zła matka kazałam je zamurować, bo nie chciałam, żeby dzieci miały do nas tak krótką drogę. (śmiech) Teraz to wnęka wyłożona kafelkami.

Jaki był pomysł na to wnętrze?

Wiesz, jesteśmy tu parę lat, więc pomysły mam już inne. Chętnie wiele bym zmieniła, ale nie jestem szalona i nie jestem milionerką, poza tym myślę też o ekologii. Nawet gdybym zechciała na to wydać pieniądze, co też nie jest zgodne z moją naturą, bo wydaję raczej racjonalnie, to byłoby to totalnie nieekologiczne, żeby wszystko psuć i wyrzucać. Robię kosmetyczne zmiany. Można powiedzieć, że ten dom w miarę upływu czasu obrasta różnymi rzeczami i nowymi ideami, ale te idee to rzeczy do zrobienia w 2 wieczory, potem też łatwo można je odkręcić.

 

 

 

 

Od zawsze lubiłaś urządzać?

Zawsze miałam do tego ciągoty. Moi rodzice są architektami, tak samo jak ich ojcowie. Mnie się wydaje, że to może być jakiś gen, ale też nigdy nie wybierałam się na żaden kierunek związany z projektowaniem, bo jestem nieuleczalnym debilem z matmy, nawet punkty w grze planszowej liczę na kalkulatorze, więc to by nie przeszło. Zawsze jednak miałam ciągotę w kierunku aranżowania wnętrz, którą realizowałam w swoim pokoju w domu rodzinnym, potem w mieszkaniu studenckim, następnie u męża, no i tutaj. Tutaj rozwinęłam się w pełni, bo miałam przestrzeń i możliwości. To taka niekończąca się historia.

A co wisi pod zegarem?

Takie maciupeńkie obrazeczki, które upolowałam sobie w second-handzie w Sienie podczas wakacji. Lało strasznie, więc weszłam do środka, zobaczyłam te obrazunie i je wzięłam. 

A jak to się zaczęło z talerzykami na kuchennej ścianie?

To było tak, że dostałam od bliskiej koleżanki talerzyk z gilem – to vintage z lat 60. Długo mówiłam o tym, że chciałabym mieć talerze ścienne, więc ona to zapoczątkowała. Dała mi go na Gwiazdkę i powiedziała: „No to masz pierwszy!”. Długo leżał, bo ściana była wcześniej czarna i wisiał na niej nasz plakat ślubny. Ale w końcu nadszedł dzień zmian, machnęłam ścianę na różowo. Potem kupiłam w sieciówkach parę talerzy małowartościowych z kolekcjonerskiego punktu widzenia.

Czy wszystkie były przeznaczone do wieszania?

Nie. Przymocowałam do nich haczyki w kleju epoksydowym. Maczam haczyk w kleju, łączę 2 elementy, klej tężeje, a ja potem zawieszam talerz na gwoździku i wisi. No i cześć! Ten ze szczupakiem to trofeum wędkarskie dziadka jednej instagramerki, a ten z cwanym liskiem jest dla mnie bardzo cenny, bo to po pierwsze prezent od siostry, a po drugie norweski dizajn z lat 50. Tego obrzydliwego kotka pośród zbóż przywiozłam sobie z Wielkiej Brytanii.

Czy oprócz talerzyków lubisz zbierać coś jeszcze?

Ja ogólnie jestem raczej typem zbieracza. Może faktycznie powinnam już troszeczkę przystopować. Mam np. różne ładne kubeczki. Zawsze przywożę sobie kubeczki z miejsc, które odwiedzam. Bardzo lubię stare zdjęcia – mam ich mnóstwo w szufladach.